Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eva&Janek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eva&Janek. Pokaż wszystkie posty

6.07.2018

Od Evy C.D. Janka

Jego spojrzenie hipnotyzowało, gdy patrzył na mnie twardo swoimi przenikliwymi, błękitnymi oczyma. Łobuzerski uśmiech chłopaka sprawiał, że wyglądał on na młodszego niż w rzeczywistości.
- Janku - westchnęłam, wtulając twarz w jego dłoń. - Dlaczego funkcja Marcusa miałaby zrobić na mnie wrażenie?
- Skoro zastępuje ojca, musi być bardzo ważny... I bardzo odpowiedzialny, jeżeli chodzi o obowiązki - zauważył Janek, muskając moje czoło ustami. - Nie wątpię, że to dla niego powód do dumy... I do przechwałek.
Wzruszyłam delikatnie ramionami, nie wiedząc, dlaczego rozmawiamy w tej chwili o Marcusie. Nie było tajemnicą, że młody Polak za nim nie przepadał, tym bardziej dziwiła mnie jego ciekawość. Wiedziałam jednak, że Janek prowadził z Marcusem walkę o moje zainteresowanie, którą ten drugi przegrał już przed tym, nim na dobre się rozpoczęła.
- W armii nie ma ludzi niezastąpionych - westchnęłam. - Marcus jest tak jakby substytutem swojego ojca, a z braku lepszego kandydata, przejął jego obowiązki - uśmiechnęłam się lekko.
Janek wyprostował się, opierając się plecami o pień drzewa, a ja oparłam głowę na jego ramieniu. Jedyne, o czym mogłam myśleć, to słońce ogrzewające nasze twarze i bliskość Janka. W tej chwili nie chciałam skupiać się na niczym innym.
- Czyli słynne transporty, do których biorą najlepszych? - zapytał od niechcenia, bawiąc się rąbkiem mojej sukienki.
- To akurat zdanie Marcusa - zaśmiałam się cicho. - Sytuację można przedstawić na dwa sposoby; jest jedną z nielicznych osób nadzorujących dostawę broni ze względu na wyjątkowe zaufanie, jakim jest obdarzany... Lub po prostu braki w żołnierzach nie pozwalają na zaangażowanie w to większej ilości osób - stwierdziłam, wzruszając ramionami. - Każdy wybiera sobie opcję bardziej odpowiadającą.
Janek zaczął kreślić opuszkami palców wzory na moim ramieniu, które odsłonił opadający materiał sukienki i poczułam, jak opiera brodę na czubku mojej głowy.
- A ty, którą opcję wybierasz? - zaśmiał się cicho Janek.
- Tę, która sprawia, że Marcus nie będzie mógł pojawić się u nas na kolacji w sobotę - zadrżałam od tłumionego śmiechu. - Oczywiście obiecał, że nadrobimy to w innym terminie, mimo wszystko cieszę się, że tym razem unikniemy z mamą tego świetnego towarzystwa.
Na chwilę zapadła cisza, więc z ulgą uznałam temat za zakończony. Poczułam, jak Kari trąca swoim mokrym nosem moją dłoń, domagając się pieszczot, ale odgoniłam ją łagodnie, wiedząc, że jeśli zaczniemy zabawę, to ani ja, ani Janek nie będziemy mieli z nią spokoju przez długi czas.
- Skąd pewność, że nie zaszczyci was wizytą przed lub po kolacji? - zapytał kpiąco Janek.
- Fakt przygotowań do północy oraz pełnienia swojej poważnej funkcji po tej godzinie, skutecznie zajmą go na cały wieczór i całą noc - zapewniłam z uśmiechem. - Więc może ty miałbyś ochotę na mile spędzony wieczór, z gwarancją uniknięcia zgrzytów między tobą a nim?
- Czy to zaproszenie na kolację, Fräulein Kastner? - usłyszałam tuż przy uchu szept Janka.
- Tak - nie byłam w stanie powstrzymać wykwitającego na moich ustach uśmiechu. - Przyjmie je pan? - zapytałam zaczepnie, mając nadzieję, że odpowiedź, jaka panie z ust młodego Polaka, będzie odpowiedzią twierdzącą.
Janek znów musnął ustami moje czoło, wzruszając lekko ramionami, a ja wyczułam w tym geście wahanie.
- Nie wiem, czy nie będę miał innych obowiązków - stwierdził cicho. - Niemniej, cieszę się, że w przeciwieństwie do innego gościa, jestem tu przez ciebie mile widziany.
Przez głowę przemknęła mi myśl, że Janek zawsze będzie tutaj mile widziany, jednak nie wypowiedziałam tego na głos. O ile ja pragnęłam spędzać z nim każdą chwilę, a moja mama była oczarowana jego zachowaniem, to wiedziałam, że wizyty Polaka nie odpowiadają głowie naszej rodziny. Ojciec, przez wzgląd na moje dobro i starą przyjaźń, wolałby pewnie zastąpić Janka Marcusem. Nie zamierzałam myśleć o tym teraz ani psuć naszej wspólnej chwili odpoczynku. Zamiast tego spojrzałam na Janka, który był pogrążony w zadumie i dotknęłam delikatnie jego policzka. Niepokoiło mnie jego zamyślenie.
- O czym myślisz? - zapytałam cicho. - Czyżbym... Zrobiła lub powiedziała coś nie tak?

(Janek? Tęskniłam <3)

28.06.2018

Od Janka do Evy

Było po południu, skończyłem pracę w miarę szybko. Frau Kastner zaproponowała mi wcześniejsze pójście do domu, ale wykręciłem się od tego zaoferowaniem pomocy Evie przy koniach. Matka Evy podsumowała to tym uśmiechem, którego używają dorośli, którzy już wszystko przeszli, wszystko przewidzieli i znają wszystkie zakończenia.
Być może przewidziała też zakończenie, w którym siedzę na ogrodzeniu i przeszkadzam Evie w czyszczeniu koni, przeczesując jej długie włosy w palcach i chowając w nich twarz.
- Mówiłeś coś o pomaganiu - powiedziała Eva z udawaną naganą.
- Nie pomagam? - spytałem, posyłając jej uśmiech. - Staram się jak mogę.
Boże w niebiesiech, wiesz, że przestałbym jej przeszkadzać, ale jej włosy są tak przyjemne w dotyku... Serce biło mi żywiej, gdy byłem z nią. Każda chwila, nawet zwykłe bycie z nią podczas pracy dawało mi nieopisaną radość. Teraz jednak moje szczęście zagłuszała myśl o tym, co musiałem zrobić. Myślałem o tym przez cały czas w ostatnich dniach. Nie chciałem tego, nawet dla Sprawy. Chciałem nie zajmować się niczym oprócz Evy. Nad moim karkiem dyszało jednak zbyt wiele osób i musiałem stanąć na wysokości zadania.
- Swoją drogą... co słychać u młodych Braunów? - zarzuciłem temat, niby od niechcenia.
- Zależy o którego pytasz - odparła dziewczyna, której głos nagle stężał. Uh, nie jej ulubiony temat.
- Młodszy wydaje się być całkiem fajny. Młody artysta, etc...
- Tak, Erick to małe słoneczko...
- Jak to możliwe, że są rodzeństwem? - powiedziałem, nie mogąc się powstrzymać. Z jakiegoś powodu nie chciałem używać imienia Marcusa w rozmowie. Miałem nadzieję, że Eva się zaśmieje.
- Czasem się nad tym zastanawiam - odpowiedziała z nutą rozbawienia w głosie. - Może to przez wojskowy rygor.
- Ja też jestem pod prawie wojskowym rygorem. - Dziwnie było zaczynać temat harcerstwa z kimś z poza. - Nie zachowuję się przez to jakbym lizał Hitlerowi buty od lepszej strony.
- Och, uwierz mi, nie zamierzam go usprawiedliwiać - zapewniła mnie Eva, kręcąc głową, jakby z rezygnacją, jakby nie chciała już strzępić języka. Rozczulił mnie ten gest. Szalenie podobała mi się jej przyzwoitość, grzeczność i opanowanie. Nie pamiętam, żeby kogokolwiek wcześniej obraziła czy podniosła głos. Przynajmniej nie przy mnie, ale nie uwierzyłbym, gdyby ktoś powiedział, że coś takiego jednak się zdarzyło. Była taka delikatna...
- Gdyby chociaż robił coś... dobrego. Nie odbierz tego źle, przełknąłbym tą jego pretensjonalność, gdyby to komu służy chociaż trochę mu przeszkadzało.
Eva skończyła czyścić klacz, poklepała ją po zadzie, co kobyła odebrała jako sygnał, że może odejść. Zaproponowała, byśmy siedli pod jabłonią. Od razu dołączyła do nas Kari wraz ze swoim kochającym wszystko i wszystkich językiem. Usiadłem jak najbliżej Evy, aby cały czas czuła moją fizyczną obecność. Miałem w tym motyw, by podświadomie czuła nacisk z mojej strony, ale by nie zdawała sobie z tego sprawy. Byłem wściekły sam na siebie.
- Rozumiem, że nie mogliście się znaleźć w bardziej wrogich sobie obozach - przyznała Eva. Ton jej głosu wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie cieszy jej temat naszej rozmowy. Czułem się źle z tym, że nie mogę po prostu jej przerwać i powiedzieć czegoś o jej buzi, ale teraz, kiedy już udało mi się wejść głębiej w sprawę Marcusa, nie mogłem odpuścić. Ona też go nie lubi, powtarzałem sobie. Jest niemal wrogiem... - Oswajanie was nawzajem byłoby stratą czasu. Na szczęście Marcusowi właśnie kończy się urlop i wraca na służbę.
- Och, tak? - Mój głos automatycznie się ożywił. Zbliżyłem się do niej jeszcze bardziej. - Jak wspaniale. Długo go nie będzie?
- Przypuszczalnie...
- No tak, w końcu służba nie drużba. Nie wiesz czy nie wyślą go na wschód? - zapytałem, pozwalając sobie na trochę więcej złośliwości. Eva rzuciła mi mordercze spojrzenie, udałem więc, że próbuję schować się sam w sobie. Na wschodzie Niemcy próbują kąsać Sowietów i po ostatniej zimie nie można powiedzieć, że idzie im przesadnie gładko. - Wybacz. Na wschodzie mają ładną przyrodę.
- Myślę, że Marcus się o tym nie przekona. Jego ojciec zajmował się rzeczami takimi, jak transporty i tym podobne. Marcus jest jego "zastępczą wersją".
Dotąd trzymając wzrok na puszystym pysku Kari, przeniosła spojrzenie na mnie i zauważyłem, że zadrżała minimalnie, gdy zauważyła, że cały czas przyglądam się jej intensywnie. Dokładniej, przyglądałem się od chwili, gdy wypowiedziała słowo "transporty". Moje spojrzenie było pewne siebie, nieugięte, a jednocześnie na tyle subtelne by jej nie wystraszyć. Niby od niechcenia przeniosłem wzrok na brzeg jej sukienki i ścisnąłem go w palcach.
- Założę się, że nie powstrzymywał się przed pochwaleniem się swoim zadaniem przed tobą - rzekłem swoim zwyczajowym, odrobinę lekceważącym tonem.
- Czy moglibyśmy już nie rozm...
Przerwałem jej, kładąc dłoń na jej policzku i patrząc jej głęboko w oczy:
- Pochwalił się, prawda? - spytałem, czy raczej stwierdziłem, posyłając jej najbardziej junacki uśmiech, starając się, by cała sytuacja przybrała jak najbardziej żartobliwy charakter. - Zrobił na tobie wrażenie?


Witam po przerwie, Evo c: // bardzo chaotycznie wyszło, ale ogólna intencja została chyba podkreślona ;-; //

3.09.2017

Od Evy C.D. Janka

Delikatnie przeciągnęłam kciukiem po kartce, rozmazując lekko kontury swojego rysunku. Uśmiechnęłam się, zdając sobie sprawę, że obraz wygląda identycznie jak widok z mostu na Wisłę i zachodzące słońce, które widziałam ze swojej perspektywy podczas spaceru z Jankiem. Ta chwila wyryła się w mojej pamięci na zawsze, wyraźniejsza niż jakiekolwiek inne wspomnienie.
- Jak pięknie - pochwalił Erick, patrząc krzywo na swój rysunek słonia. - Mi nie wyszło...
- Dlaczego tak twierdzisz? - zapytałam z uśmiechem, nie chcąc zniechęcać dziesięciolatka. - Według mnie ten słoń jest uroczy. Niepowtarzalny - zapewniłam, rozczulając się na widok krzywych, wykonanych drżącą dłonią linii i nierównych wielkością uszu słonia.
Chłopiec skrzywił się lekko, nadal niezadowolony z efektu i wsparł głowę na dłoni, najwyraźniej myśląc, jak go naprawić. Podniosłam na chwilę wzrok, a widząc na sobie wzrok siedzącego po drugiej stronie stolika Marcusa, znów opuściłam głowę, udając, że przyglądam się naszym rysunkom. Mój starszy towarzysz popijał kawę, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Kończcie rysowanie - powiedziała z uśmiechem mama, pojawiając się na ganku z tacą, na której niosła talerz pełen kanapek i dzbanek ciepłej herbaty. Postawiła wszystko na stole i zajęła swoje miejsce po drugiej stronie Ericka. - Jedzcie - upomniała uprzejmie.
Odkąd tata wyjechał do Niemiec, Marcus często do nas wpadał. Zwykle sam, ponieważ Sharlotte ostatnio była zajęta, a swojego młodszego brata zwykle spławiał, uważając, że jego towarzystwo będzie mi działać na nerwy. Było to oczywiście głupie stwierdzenie - dużo bardziej wolałam towarzystwo młodszego z braci Braun. Ciszyłam się więc, iż na dzisiejszym śniadaniu pojawił się chłopiec.
- Eva... Pomogłabyś mi poprawić uszy słonia? Parz, to jest większe! - poprosił smutno chłopiec.
- Erick, daj spokój - westchnął Marcus. - Eva nie ma ochoty zajmować się twoim głupim rysunkiem. Teraz jest czas na śniadanie.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem i wyraźnym zirytowaniem. Na pytające spojrzenie Niemca pokręciłam jedynie głową, obracając się do Ericka i biorąc ołówek w dłoń.
- Oczywiście, że ci pomogę - uśmiechnęłam się, zabierając się za dopracowywanie rysunku chłopca zgodnie z jego wskazówkami.
Zatraciłam się w rozmowie z chłopcem i rysowaniu na tyle, że nie zwracałam uwagi na rozmowę mamy i Marcusa, dopóki nie usłyszałam swojego imienia. Podniosłam głowę, napotykając uważny wzrok Marcusa.
- Słucham? - miałam nadzieję, że ktoś powtórzy najwyraźniej zadane mi przed chwilą pytanie.
- Nie masz mi chyba za złe, że nie zjawię się jutro na kolacji? - zapytał Marcus z lekkim uśmiechem. - Oczywiście chętnie bym przeszedł... Kuchnia twojej mamy jest wyśmienita, a twoje towarzystwo uświetniłoby mi wieczór - zapewnił. - Musze jednak wracać do pracy...
- Koniec urlopu? - zapytałam zdziwiona. Pierwszą moją myślą było, iż teraz Niemiec nie będzie miał aż tyle czasu na wizyty, którymi ostatnio nas raczył i musiałam powstrzymać cisnący mi się na usta uśmiech.
- Skoro mój ojciec wyjechał, mi powierzono jego obowiązki - stwierdził Marcus dumnie, najwyraźniej szczycąc się, iż jest tak bardzo zaufaną osobą w niemieckiej armii. - Będę jedną z nielicznych osób nadzorujących dostawy broni dla naszego wojska - dodał po chwili, mając pewnie nadzieję, że tak ważny powód usprawiedliwi w moich oczach jego nieobecność na kolacji. Najwyraźniej miał nadzieję, iż mi na tym zależy.
- Oczywiście, że nie mam ci tego za złe. Rozumiem, jak ważne masz obowiązki - powiedziałam lekkim tonem, nalewając sobie do szklanki herbaty, a następnie napełniając także pozostałe.
- Wycofałbym się, gdybym mógł, ale mamy i tak zbyt mało ludzi, a transport będzie godzinę przed północą. Już cztery godziny wcześniej będę musiał być gotów, chociaż wątpię, by przygotowania coś dały. Mamy naprawdę niewielu ludzi.... Nawet nie będzie miał kto obstawiać głównych dróg - powiedział wściekle.
Od razu przypomniały mi się rozmowy taty i pana Brauna, którzy narzekali na mający odbyć się transport. Miał być niezwykle wartościowy, ale także zlekceważony przez dowódców, którzy przydzielili do niego mało żołnierzy, potrzebując ich gdzie indziej. I tak sporo z nich miało teraz urlopy... Dla mnie były to jednak tematy wpuszczane jednym uchem, a wypuszczane drugim. Nie znosiłam bycia słuchaczem takich rozmów, chociaż w moim domu zawsze odbywało się ich sporo.
Widząc, że ani mnie, ani mojej mamy nie zainteresuje tematem, Marcus zamilkł, zabierając się tak jak jego młodszy brat za jedzenie. Także sięgnęłam po jedną kanapkę, a chłopiec zagadnął mnie tym razem o psy, głaszcząc leżącą przy moich nogach Kari. Suczka jednak nie siedziała długo w miejscu. Po kilku minutach poderwała się, wybiegając z ganku i szczekając radośnie.
- Janek przyszedł - stwierdziłam z szerokim uśmiechem, podrywając się z ławki i ruszając śladem Kari. Usłyszałam za sobą cichy śmiech mamy, ale nie zwróciłam na to uwagi. Zbyt długo nie widziałam Janka, więc teraz, zauważając go przy bramce, na powrót zachwycił mnie goszczący na jego ustach uśmiech. Chłopak zdążył wejść na podwórko, więc od razu go objęłam. Zaskoczony takim powitaniem, pocałował mnie w głowę, gładząc po plecach.
Uniosłam głowę, muskając delikatnie jego usta i rozpoczynając krótki, czuły pocałunek.
- Tęskniłaś? - zaśmiał się chłopak, nie wypuszczając mnie z objęć.
- Oczywiście - powiedziałam prosto, przytulona do jego piersi. - A ty nie?
- Nawet nie wiesz jak bardzo - wyszeptał. Usłyszałam jego ciche westchnięcie i zobaczyłam, iż wpatruje się przed siebie, ponad moim ramieniem. Po tym, jak poczułam, że się spina, zorientowałam się, że przygląda nam się Marcus.
- Przyjechał z młodszym bratem na śniadanie - wyszeptałam, odrywając się od chłopaka, ale splatając razem nasze dłonie. Ruszyliśmy powoli w kierunku domu, a ja w tym czasie mówiłam Jankowi o jego pracy na dziś; o murku w ogrodzie, o którym mama ostatnio wspominała, iż trzeba go rozebrać.
- Dziś żadnej pracy ze zwierzętami? - zaśmiał się Janek.
- Założę się, że Kari i tak nie odpuści cię na krok - zapewniłam rozbawiona. - Ale jeśli będziesz chciał, możesz później zostać i pomóc mi czesać psy i wyczyścić konie - zaproponowałam, wiedząc, że i tak czeka mnie dziś to zajęcie.
- Z przyjemnością - odparł z uśmiechem chłopak. Kiedy doszliśmy do ganku, Janek przywitał się uprzejmie z moją mamą, która z uniesioną brwią i uśmiechem rozbawienia na ustach wpatrywała się w nasze splecione dłonie. Za to wzrok Marcusa mógłby zabijać.
- Witaj Janku - mruknął Marcus, mierząc go wzrokiem.
- Witaj, Marcusie - Janek odwdzięczył się identycznym spojrzeniem. Napięcie między nimi zauważyłby nawet ślepiec.
- To jest młodszy brat Marcusa, Erick - przerwałam niezręczną ciszę, przedstawiając wpatrującego się we mnie i w Janka chłopca. - Jest mistrzem w rysowaniu słoni - dodałam, mrugając do chłopca, który uśmiechnął się szeroko. Z nim także Janek się przywitał i jednocześnie pożegnał, kiedy Marcus stwierdził, że muszą już jechać. Zapewnił jednak, iż odwiedzi nas jeszcze dziś wieczorem lub jutro rano. Kiedy Niemiec odjechał, niemal odetchnęłam z ulgą.
- Idę pokazać Jankowi murek i dać narzędzia - zwróciłam się do mamy, kiedy zostaliśmy tylko we troje. Gdy skinęła głową, pociągnęłam chłopaka przez dom do ogrodu. Kiedy znaleźliśmy się w małej przybudówce, służącej do przechowywania narzędzi i ogrodowych sprzętów, Janek nie czekając, przyciągnął mnie do siebie i pocałował; długo i namiętnie, obejmując dłońmi moją twarz. Oddałam mu pocałunek z równą siłą, chcąc jakoś wynagrodzić sobie sobotę i niedzielę, kiedy to niedane nam było się widzieć...

(Janek? Przepraszam za jakość, ale nie mam weny... Dodaję bez sprawdzania, więc za ewentualne błędy przepraszam...)

29.08.2017

Od Janka C.D. Evy

Nie wiem ile zwlekałem z pozwoleniem sobie na zaśnięcie. Po tym, jak oboje zamilkliśmy, przez długi czas jeszcze wsłuchiwałem się w cichy, miarowy oddech Evy, która zasnęła znacznie szybciej, niż ja. Czas przed zaśnięciem potrafi rozciągać się niemiłosiernie, minuty mogą być długie jak godziny, więc nie wiem ile czasu spędziłem na bawieniu się jej włosami, zanim w końcu zmorzył mnie sen.
Obudził mnie śpiew rannych ptaków latających za oknem. Ta okolica była na tyle zalesiona, by można było zrezygnować z budzików na rzecz ptasiego śpiewania. Eva nadal spała. Przeznaczyłem kilka chwil na nacieszenie się jej widokiem, zanim zaczęło mnie ciekawić która jest godzina. Zegar na ścianie wskazywał 6:30. Mimowolnie wydałem z siebie pomruk ziytowania. Jest sobota, do cholery. Opadłem z powrotem na poduszkę, topiąc w niej swoją twarz. Kątem oka jeszcze raz spojrzałem na Evę i pozwoliłem sobie na dotknięcie jej policzka.
Przypuszczalnie znów zasnąłem, najprawdopodobniej z dłonią pozostawioną na szyi dziewczyny. Obudził mnie jej ruch.
- Janek... - mruknęła zaspanym głosem, otwierając oczy.
- Dzień dobry - wymamrotałem przywitanie stłumione przez materiał poduszki. Podniosłem głowę i posłałem jej rozleniwiony uśmiech. Dziewczyna odpowiedziała śmiechem. - Co jest...
- Twoje włosy - odparła, przecierając skórę pod oczami. - Wyglądają przeuroczo.
Natychmiast domyśliłem się, że pewnie wyglądam jakbym przez tydzień nie widział szczotki czy grzebienia, zresztą jak zawsze po przebudzeniu. Z powrotem rzuciłem się policzkiem na poduszkę, jakby to mogło mi pomóc.
Serce podskoczyło mi do gardła, gdy spojrzałem na zegar. Dochodziła ósma.
- Muszę uciekać.
Podniosłem się, ale Eva mnie zatrzymała. Pochyliłem się nad nią i po krótkim namyśle pocałowałem ją.
Przez uchylone okno dało się słyszeć warkot nadjeżdżającego samochodu. Dźwięk urwał się po chwili, gdy pojazd zaparkował przed domem. Ojciec Evy miał dziś jechać do Niemiec. Pewnie zaraz opuści dom, przedtem chcąc się pożegnać z córką, a ja wciąż tu jestem.
- Eva! Tata wyjeżdża - rozległ się głos pani Kastner, brzmiący niebezpiecznie blisko.
- O nie... - sapnęła Eva, zrywając się z łóżka. - Muszę zejść na dół, nie mogą tu wejść, poczekaj chwilę.
Uśmiechnąłem się, widząc jej strach. Wczoraj to ja się bardziej bałem. Dziewczyna wyszła w swojej koszuli nocnej na dół, a ja zmusiłem się do opuszczenia wygodnego łóżka i sięgnięcia po swoje ubrania. Najpierw jednak ogarnąłem włosy, przeglądając się w dużym lustrze. Tak jak podejrzewałem, prezentowały się tragicznie.
Nie mogłem się powstrzymać przed wyjrzeniem przez okno. Przed bramą stał dumny mercedes, do którego zbliżał się ojciec Evy z innym mężczyzną, najprawdopodobniej tatą Marcusa. Smak rtęci w ustach wywołał u mnie widok wymienionego, idącego dwa kroki za nimi.
Po kilku minutach wróciła Eva.
- Marcus zostaje na śniadanie? - spytałem, chcąc sypnąć jakimś żartem.
- Na szczęście nie - odparła blondynką, choć po jej głosie i wyrazie twarzy mogłem się domyślić, że albo ciężko jej się było przed tym obronić albo ogólna rozmowa z nim była niezbyt przyjemna.
- Za późno wstałem - mruknąłem z niezadowoleniem. - Trzeba było uciekać przed wschodem słońca.
- Powiedz mi lepiej jak ci się spało - ucięła temat Eva, siadając na fotelu stojącym przy ścianie.
- Och, wyśmienicie - przyznałem, przywołując na twarz perlisty uśmiech. - Nigdy tak dobrze mi się nie spało.
Natychmiast znalazłem się przy Evie, owijając ją ramionami i całując po szczęce i szyi.
 - Muszę już iść,prawda? - mruknąłem z nosem przy jej uchu.
- Dokładnie - westchnęła blondynka, jednak sekundę potem jej westchnienie przeszło w okrzyk zaskoczenia, gdy rzuciłem się z nią na łóżko. Wiedziałem, że ciężko będzie się pożegnać.




- Braun, tak? - mruknął Beksa, zaciągając się papierosem, który wyglądał jakby przebył wielotygodniową podróż w kieszeni cygańskiego cyrkowca. - To świetnie. Wiesz ile ciekawostek się można od niego dowiedzieć?
Poczułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Wiedziałem, że nie powinienem był mu nic mówić.
Staliśmy w bramie wejściowej do parku, czekając na przesyłkę dla Feliksa. O tej porze było tu pełno ludzi, co chwilę widziało się jakiś mundur, ale mówi się, że pod latarnią zawsze najciemniej, więc w swym optymizmie nie baliśmy się zbytnio niewygodnych sytuacji. Nie miałem pojęcia jakiego typu przesyłkę ma odebrać mój przyjaciel i nie obchodziło mnie to zbytnio, stałem z nim głównie dla ozdoby i żeby przy okazji porozmawiać.
- No, ilu? - spytałem.
- Nie wiem, jedna to byłby dla Barana szczyt marzeń.
- Zamierzasz mu to powtórzyć?
- Mam taki obowiązek - odparł, nie racząc nawet na mnie spojrzeć. - Rozumiem, że chcesz być w porządku w stosunku do swojej Evy, ale przecież wiesz, jakie powinny być twoje priorytety.
- Wyciągnie informacji od kogo tylko się da - syknąłem ze złością. Wiedziałem już, że nie uda mi się wykręcić z tej powinności.
- Nie widzisz w jak wspaniałej sytuacji jesteś? Rozkochałeś w sobie dziewczynę, w której zakochany jest ten Niemiec. Ona zrobi wszystko o co ją poprosisz, a on zrobi wszystko dla niej. Patrząc pod kątem logistyki i strategii, nie wolno ci zmarnować takiej możliwości.
Ludzie przechodzili obok nas, nie zwracając uwagi na nasze istnienia. Jeśli trafił się ktoś w mundurze, to tylko rzucił nam czujne, acz krótkie spojrzenie i przenosił uwagę na coś innego. Raz czy dwa razy udało mi się usłyszeć ściszone głosy wśród przechodzącej obok grupki dziewcząt, na siedemdziesiąt procent mówiły o nas, w przeciwnym razie nie zniżałyby głosu. Ale z zasady nikt się nam nie przyglądał. Ja natomiast obserwowałem każdego z osobna, nie przejmując się, że zachowuję się w ten sposób podejrzanie. Byłem wściekły, bo również zdawałem sobie sprawę z plusów swoich nowych znajomości. Wyłaził że mnie cholerny kombinator. Jeszcze kilka tygodni temu pewnie cieszyłbym się z takiego obrotu spraw.
- Nie mów Baranowi - odezwałem się po chwili milczenia. Mój głos zabrzmiał tak błagalnie, że zwrócił uwagę Beksy, który w końcu odwrócił wzrok w moją stronę.
Nadszedł posłaniec. Chłopak młodszy od nas, nie kojarzyłem jego twarzy. Podszedł do nas, machając przyjaźnie. Pod pachą trzymał średniej wielkości pudełko po butach. Zamienił z Beksą kilka luźnych zdań, oboje sprawnie udawali znajomych. Feliks przejął paczkę i pożegnał chłopaka.
- Idziemy - zarządził, chowając przesyłkę pod łokciem. Znów go usłuchałem.



Była niedziela, słoneczne popołudnie. Felicja z Julią układały bukiet z kwiatów, które zebrały na Wisłą. Podczas gdy one zajmowały się sztuką, siedząc przy przykrytym białym obrusem stole i upuszczając na niego suche łodygi roślin, ja siedziałem,czy raczej pół leżałem na sofie i zajmowałem się rozmyślaniem - jednym z najbardziej znienawidzonych przeze mnie zajęć, jednak nie pozwalającym bez siebie przetrwać. Długo tłumione myśli potrafią zabić.
Energiczne pukanie do drzwi natychmiast ucięło ożywioną dyskusję sióstr o tym, które kwiaty mają znajdować się w środku bukietu, a które należy całkiem wyrzucić; dziewczyny natychmiast poleciały do drzwi.
Dogoniłem je szybko, karcąc je za ich nieposłuszeństwo. Nie wolno im samym otwierać drzwi, nawet jeśli ktoś dorosły jest w domu. Odesłałem je z powrotem do salonu i sam otworzyłem niezapowiedzianemu gościowi. Mógłbym się bać, że to policja, żandarmeria, albo nie daj Boże gestapo, ale szansa na to była nadzwyczaj niska. Jest niedzielne popołudnie, a organy sprawiedliwości, szczególnie te ostatnie, zwykle pojawiają się z rana i na tygodniu.
Ujrzałem przed sobą Jana. Miał na sobie niedbale narzuconą cienką kurtkę i trzymał ręce na biodrach. Po jego twarzy poznałem, że nie będziemy rozmawiać o ostatnim filmie puszczonym w kinie Napoleon.
- Cześć. Możemy porozmawiać? - spytał, wzdychając cicho.
- Witam serdecznie. Oczywiście, wchodź. - Zrobiłem mu miejsce w drzwiach. Baran przywitał się z moją mamą i siostrami, po czym udaliśmy się do mojego pokoju. Chłopak najpierw przeszedł się po całym wnętrzu, trzymając palce na podbródku, rozejrzał wszędzie gdzie tylko sięgnął jego wzrok i stanął na środku, odwracając do mnie głowę.
- Spróbujesz coś dla nas zrobić - powiedział, siląc się na lekki uśmiech.
- Nie zrobię nic co mogłoby...
- Spokojnie, nic co zaszkodzi twojej dziewczynie - zaczął mnie uspokajać. - Ale musisz się nią wspomóc. Wiesz co zrobił Gusław? - Zniżył konspiracyjnie głos. - Wyczaił tego twojego Brauna.
- Jak to wyczaił? Który to Gusław? - spytałem, nieco zbity z tropu. Zaczynałem się bać.
- Znalazł trochę informacji o nim.
- Przez jeden dzień?!
- Co, nie wierzysz z możliwości naszego wywiadu? Dowiedział się na tyle, że mamy w miarę wyraźny jego obraz i uwierz mi, jest to bardzo interesujący obraz.
Zaśmiałem się ponuro, słysząc niefortunny dobór słów plutonowego. Ten westchnął tylko, pozostawiając mój złośliwy śmiech bez komentarza. Tak, przyznaję, jest bardziej poważny ode mnie.
- To może być kopalnia informacji. Tylko trzeba do niego podejść z odpowiedniej strony.
- Jeszcze się nie zgodziłem.
- Wiemy o planowanej dostawie broni dla oddziału SS stacjonującego u nas - kontynuował Baran. - Przyjadą konwojem aż z Niemiec z karabinami, pistoletami i innymi zabawkami. Plus podobno motocyklami, ale co do tego nie jesteśmy pewni. Wszystko przyjedzie specjalnie do nas. Tego nie można tak zostawić.
Nie pytałem skąd o tym wie, i tak najpewniej bym nie uwierzył. Co niektóre metody Szarych Szeregów były dla mnie połączeniem magii i brawurowego samobójstwa.
- Nie znamy tylko dokładnych godzin, szczegółowej trasy i stanu ochrony. Tego potrzebujemy od ciebie. Ten Braun może wiedzieć więcej, niż wszystkim się wydaje i musisz sam się o tym przekonać. W końcu jego ojciec też jest wojskowym i to nie pierwszym z brzegu. Tak, tego też się dowiedzieliśmy.
Skrzywiłem się z niesmakiem. Oczywiście, że chętnie wyciągnąłbym jakieś informacje od Marcusa, ale nie chciałem tego robić za pośrednictwem Evy, co było niestety konieczne. Na samą myśl ogarniał mnie wstręt do samego siebie za to, że jeszcze nie wyrzuciłem Barana z domu.
- Co zrobicie z bronią? - spytałem.
- Wyeliminujemy. Większość. Planujemy też wziąć pewną część dla siebie.
- Ambitne plany jak na tak nikłą ilość informacji.
- Nie masz zbytnio wyboru - powiedział Jan, a jego głos stał się nagle o wiele mniej przyjemny. - Twojej odmowy nie można nazwać inaczej niż niesubordynacji, prawda?
Patrzył głęboko w moje oczy, jakby chciał mnie nakłonić do posłuszeństwa. Nie dałem mu satysfakcji i nie odwróciłem wzroku.
- A jeśli nic nie wie? - wysunąłem przypuszczenie.
- Nigdy nie mów nigdy, zawsze warto sprawdzić. Jestem bardzo dobrej myśli - zapewnił Baran, uśmiechając się lekko pod nosem.
Miałem ochotę zedrzeć mu ten uśmiech z twarzy.



< Eva? // >

25.08.2017

Od Evy C.D. Janka

Poczułam na sobie wzrok Janka i uniosłam głowę, patrząc mu prosto w oczy. Z lekkim uśmiechem, sięgnęłam kciukiem do jego ust i przesunęłam nim po jego dolnej wardze. Kąciki ust chłopaka uniosły się ku górze, a ja wzięłam go za rękę, pociągając go w swoją stronę i wskazując mu wolne miejsce na łóżku, tuż obok siebie.
Janek delikatnie ucałował moją dłoń i zajął miejsce obok mnie. Nie czekając, wtuliłam się w niego, przymykając lekko piekące ze zmęczenia oczy. Czułam, że chłopak bawi się moimi włosami, odgarniając je i przeczesując palcami. Uniosłam lekko głowę, a gdy nasze spojrzenia się spotkały, Janek po chwili wahania rozpoczął pocałunek, który oddałam mu z równą siłą. Miałam ochotę nigdy go nie przerywać, a przynajmniej nigdy nie wypuszczać Janka ze swojego pokoju. Było mi zbyt dobrze w jego ramionach, obdarowywanej jego czułymi pocałunkami, które teraz przeszły na moją szyję.
Wsunęłam palce w jego włosy, bawiąc się nimi lekko. Po dłuższym czasie Janek powrócił pocałunkami do moich ust, a następnie spojrzał mi w oczy.
- Jesteś zmęczona - zauważył troskliwie, muskając ustami czubek mojego nosa.  Pochylił się nade mną, zmuszając, bym się położyła i przytulił mnie mocno do siebie. - Dobranoc - dodał rozbawiony, gdy zaczęłam protestować.
- Muszę się przebrać - szepnęłam ze śmiechem, wiedząc, że dalej mam na sobie sukienkę. Powinnam także odświeżyć się, odłożyłam to jednak na rano, nie chcąc opuszczać Janka. Chłopak niechętnie pozwolił mi wyswobodzić się z jego objęć i wstać, a ja podeszłam do starej, dębowej szafy, wyjmując z niej długą koszulę, która pełniła rolę mojego stroju do spania. Materiał był miły, do tego sięgał kolan. Uznałam to za raczej odpowiednią długość, by założyć ją przy chłopaku.
- Odwróć się - nakazałam ze śmiechem, a gdy Janek wykonał moją prośbę i odwrócił ode mnie wzrok, zdjęłam sukienkę i nasunęłam na siebie koszulę, powoli zapinając jej guziki. W takim stroju podeszłam do toaletki, sięgając po jedną ze wstążek do włosów. Złapałam je i skręciłam, formując z nich lekkiego koka, którego związałam wstążką. Zauważyłam w lustrze, że nie muszę nawet zmywać szminki - na moich ustach nie pozostał po niej nawet ślad. Gdy pomyślałam o tych wszystkich pocałunkach, uśmiechnęłam się lekko, a na moich policzkach pojawiły się bladoróżowe plamy.
Kiedy znów odwróciłam się w stronę Janka, zauważyłam, że cały czas mi się przygląda. Nie zawracałam sobie jednak głowy tym, w którym momencie zrezygnował z słuchania mnie i się odwrócił. Z szerokim uśmiechem podeszłam do niego, siadając mu na kolanach i opierając głowę na jego ramieniu.  Janek niemal natychmiast przewrócił mnie lekko na łóżko, pochylając się nade mną i całując mnie w skroń. Chwycił za moją kołdrę i nakrył mnie nią, układając wygodnie na łóżku.
- Dobranoc - szepnął, całując mnie delikatnie. Widząc, że wstaje, zmarszczyłam brwi i przytrzymałam go za rękę.
- Gdzie się wybierasz? - zapytałam zdziwiona. Widząc, jak patrzy w stronę fotela, roześmiałam się, kręcąc głową. - Nie wygłupiaj się, moje łóżko nie jest aż tak małe, zmieścimy się - zapewniłam. Zanim Janek zdążył cokolwiek powiedzieć, przesunęłam się, robiąc mu obok siebie miejsce. Szatyn przewrócił oczami, rozpinając trzy górne guziki koszuli i położył się obok mnie. Od razu to wykorzystałam, okrywając go kołdrą i przytulając się do jego piersi. Musnęłam delikatnie ustami jego ciepłą skórę, odkrytą przez rozchylone poły koszuli. Janek przytulił mnie do siebie, obejmując mnie obronnym gestem i oparł policzek na mojej głowie. Nie mając sił, by dłużej trzymać oczy otwarte, pozwoliłam opaść powiekom. Zasypianie tej nocy przyszło mi niezwykle łatwo. Zazwyczaj nawał myśli skutecznie odpędzał ode mnie sen, dziś jednak spałam spokojnie. Zdawałam sobie sprawę, iż kojąco wpływała na mnie obecność Polaka. Odkąd go poznałam, większość moich wieczornych rozmyślań dotyczyła głównie jego osoby. Teraz jednak, czując miarowe unoszenie się klatki piersiowej i bicie jego serca pod moją głową, nie musiałam zaprzątać sobie niepotrzebnie głowy. Nie musiałam martwić się o jego powrót do domu, nie musiałam martwić się o nic. W końcu Janek był tutaj, przy mnie, obejmując mnie. Świadomość, iż do snu kołysze mnie bicie jego serca i otula jego zapach sprawiła, że mogłam tej nocy śnić tylko i wyłącznie o nim...

(Janek? Takie jakieś... Jakby nie spod mojej ręki :c Przepraszam!)

24.08.2017

Od Janka C.D. Evy

Pakowanie się teraz do domu Evy mogłoby być porównywalne z wchodzeniem do paszczy lwa, któremu przed chwilą nadepnęło się na ogon. Miałem chęć podzielić się tym porównaniem z dziewczyną, ale w końcu się powstrzymałem.
- Przecież wiesz, że nie mogę... - mruknąłem, opierając podbródek na jej głowie. W rzeczywistości z wielką chęcią bym został. Nie z obawy przed patrolami, z nimi już wielokrotnie sobie radziłem, ale dla samego faktu pozostania przy Evie. Bycie przy niej przez całą noc przedstawiało się w tej chwili jak szczyt moich marzeń. W głowie cały czas ćwierkały mi pobożne, wysokie głośniki traktujące o tym, jak bardzo jest to niemoralne i wbrew jakimkolwiek zasadom; sprawiały, że pomysł z każdą chwilą wydawał mi się atrakcyjniejszy.
- Janku. Proszę.
Jej głęboki, acz delikatny głos nie dawał mi szans na postawienie się. To już nie pierwszy raz.
Nie odezwałem się przez dłuższą chwilę, trzymając ją w niepewności. Dziewczyna trwała z policzkiem przy mojej piersi, otoczona moimi ramionami, więc nie widziała mojej pogrążonej w zadumie twarzy i lekkiego, bezradnego uśmiechu zdradzającego moją decyzję.
- Jak chcesz to zrobić? - spytałem w końcu. Poczułem, jak Eva odetchnęła z ulgą.
- Zaprowadzę cię - powiedziała, biorąc mnie za rękę i ciągnąc z powrotem w stronę mieszkania. Dyskretnie zakradliśmy się na tył domu i weszliśmy na werandę. Nagle z ciemności wyskoczył ku nam pies, machając radośnie ogonem.
- Ćśśś, Kari, tylko nie szczekaj - szepnęła Eva, odpychając pysk suki. Otworzyła drzwi i wpuściła mnie do środka. Trzymając moją dłoń, poprowadziła mnie w stronę schodów, nie zapalając światła.
- Idź do mojego pokoju - powiedziała tuż przy moim uchu, niemal bezgłośnym szeptem. - Zaraz przyjdę.
Domyśliłem się, że musi wystawić się dobrowolnie na rodzicielską reprymendę, bo w przeciwnym razie, gdyby kazała rodzicom fatygować się do siebie, mogłaby ściągnąć na siebie więcej gniewu, niż to konieczne. Rzecz znana każdemu dziecku. Nie wspominając o mojej obecności.
Bezgłośnie wszedłem po schodach na górę i wszedłem do pokoju, w którym już dziś raz byłem. Nie odważyłem się zapalić światła, choć prawdopodobnie na całym piętrze nikogo nie było. Podszedłem do okna, odsuwając firanki i wyjrzałem na słabo oświetloną ulicę. Zastanawiałem się jak bardzo dostanie się Evie za późne wracanie do domu. Jej ojciec był naprawdę wściekły i ciężko mi było uwierzyć, że jeszcze mnie nie wylał z pracy. Próbowałem sobie wyobrazić jego reakcję, gdyby przyłapał mnie teraz w pokoju córki. Prawdopodobnie bym tego nie przeżył.
Do pokoju weszła Eva, zapalając światło.
- Ojciec zdjął pas? - Nie mogłem się powstrzymać przed zadaniem tego pytania. Zaczęliśmy się śmiać, choć był to śmiech, w którym pobrzękiwały nerwy.
- Musimy być wybitnie cicho - powiedziała Eva, opierając się że zrezygnowaniem o ścianę. - Przetrzymuję cię tu nielegalnie.
Kiwnąłem głową, okazując gotowość do milczenia. Czułem zdenerwowanie i jednoczesne rozbawienie z odczuwanego stresu, co najwyraźniej powoli udzielało się Evie. Uśmiechała się lekko, jednak wyraźnie widziałem na jej twarzy czujność i niepewność.
- Cieszę się, że zostałeś - szepnęła. Podszedłem do niej i objąłem ją w pasie.
- Nie chcę zabrzmieć nieodpowiednio, ale ja też się cieszę - przyznałem.
- Nie mogłabym znieść myśli, że mógłbyś...
Nie zostać na noc? - dopowiedziałem w myślach. Chyba też bym nie mógł.
- Dać się złapać patrolowi? Byłoby mi wstyd, gdyby się tak stało.
- Przestań się zgrywać.
- Oczywiście. - Przyjąłem poważny wyraz twarzy.
Usiedliśmy na łóżku; dokładniej Eva usiadła na łóżku, a ja zająłem miejsce na podłodze, tuż przy niej, by mieć ją przed sobą i móc na nią patrzeć. Dziewczyna ściągnęła męczące ją od wielu godzin buty na obcasach. Ja swoje zdjąłem nieco wcześniej, podobnie jak marynarkę.
- Jak chcesz ukryć moją obecność tutaj? - spytałem, przechylając głowę jak ciekawskie szczenię.
- Nie wiem... Nie wpuszczając tu nikogo i nie wypuszczając ciebie. - Wzruszyła ramionami.
- To dobry plan - odparłem z uprzejmą ironią.
- Jak na razie wystarczający - stwierdziła dziewczyna, sięgając dłonią do moich włosów i wplatając w nie palce. Czułem jej kciuk głaszczący delikatnie moją skroń. Uniosłem podbródek i musnąłem wargami gładką skórę na jej przedramieniu, w miejscu, gdzie ukazywały się niebieskie żyły.
- W każdym razie... dziękuję za tą propozycję. To miłe uczucie wiedzieć, że ktoś się o ciebie troszczy - szepnąłem, spoglądając na nią spod uniesionych brwi. Widziałem ją w słabym świetle lampki nocnej, ze zmęczeniem atakującym jej śliczną aryjską twarz. Uśmiechała się mimo to, i wyglądała pięknie. Kosmyk jasnych włosów spływał na jej pierś, lekko zafalowany. Miałem chęć owinąć go sobie wokół palca, a potem rozwinąć i puścić luzem, by sprawdzić jak bardzo będzie się skręcał. Chciałem odgadnąć go do tyłu, by nie zasłaniał mi widoku jej szyi i obojczyka, na których planowałem pozostawić ślady po pocałunkach. Atakowały mnie myśli, że bardzo chciałbym z nią być, a jednocześnie zaklinałem samego siebie, że największym zaszczytem, jakiego jestem godzien dostąpić, jest złożenie ciepłego pocałunku na jej ustach i czułe szepnięcie "dobranoc" do jej ucha, ale z przyzwoitej odległości. W mojej głowie brzmiał mój własny głos powtarzający ciągle jak wielkie mam szczęście, że moim szczęściem jest ta dziewczyna i że nie mogę tego szczęścia stracić.


< Eva? // dalej nie piszę, bo wiem że mi nie wyjdzie // trzeba znać swoje możliwości >

22.08.2017

Od Evy C.D. Janka

To wszystko wydawało się takie nierealne... Mocny uścisk ramion Janka, który przytulał mnie do siebie, sprawiał, iż czułam się bezpieczniej niż kiedykolwiek. Miałam świadomość, że uczucie to jest złudne, a obecne czasy obfitują w zagrożenia, jednak... Nie bałam się. Nie przy Janku. Nie w tej chwili. Teraz zamierzałam cieszyć się naszym otwartym okazem uczuć, które do tej pory skrywaliśmy. Bo to, że czuję coś do chłopaka już dawno było przesądzone i nie mogłam - ani nie chciałam - się tego pozbyć.
- Eva... - zaczął niepewnie, jakby bojąc się zepsuć swoim głosem ten ulotny moment. Uniósł nasze splecione dłonie, patrząc mi w oczy. - Idziemy?
Skinęłam głową, patrząc na Janka z uśmiechem. W tej chwili nie miało dla mnie znaczenia, gdzie chce mnie zaprowadzić i co pokazać. Jedyne, czym byłam w stanie się ekscytować i zachwycać była jego obecność tuż przy mnie, jego bliskość. Janek jak gdyby czytając mi w myślach uścisnął lekko moją dłoń i pocałował mnie w czoło. Gest ten był tak delikatny i wyrażał tyle troski, że nie potrafiłam się nie rozczulić.
Janek widocznie miał już zaplanowany cel naszego spaceru i teraz powoli prowadził mnie w głąb mostu, prosto na drugi brzeg Wisły. Widząc moje pytające spojrzenie, uśmiechnął się lekko i objął mnie ramieniem.
- Myślę, że spacer brzegiem Wisły po zachodzie słońca ci się spodoba - szepnął mi do ucha.
- Za tobą pójdę wszędzie - zapewniłam prosto, opierając głowę o jego ramię.
Zabawne wydawało mi się, że do tej pory staraliśmy się unikać dotyku, a teraz, kiedy zrobiliśmy to odważniej, niemal bolesny dla mnie był brak zwykłego uczucia, że chłopak jest obok i trzyma mnie za rękę. Posmakowawszy jego bliskości, nie miałam zamiaru z niej zrezygnować.
Nie zwracając uwagi na godzinę ani na księżyc, który stawał się coraz wyraźniejszy na tle ciemnego nieba, spacerowaliśmy, ciesząc się sobą i chłodną wodą, która obmywała nam stopy, gdy ostrożnie staraliśmy się iść samym brzegiem. Kilka razy ochlapaliśmy się dla zabawy, jednak szybko z tego zrezygnowaliśmy. Noce nie były już tak ciepłe, a chłodny wiar sprawił, że na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka. Janek, widząc to objął mnie, przytulając do siebie i wyprowadzając na kamienisty brzeg. Dopiero tam puściłam dół sukienki, którą do tej pory lekko unosiłam, ratując ją przed zanurzeniem w wodzie, a na stopy nasunęłam sandałki.
- Mówię to niechętnie... Ale powinienem cię już odprowadzić - powiedział cicho Janek, patrząc na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. - Twoi rodzice pewnie się martwią. A tobie jest zimno.
- Nie będzie mi zimno, jeśli będę miała ciebie przy sobie - szepnęłam, obejmując chłopaka i przytulając się do jego ciepłego ciała. Janek roześmiał się dźwięcznie, jednak odwzajemnił uścisk i czule pocałował mnie w czoło. Byłam gotowa spędzić z nim tutaj całą noc, wiedziałam jednak, że moi rodzice zapewne nie śpią, martwiąc się o mnie. Od razu poczułam wyrzuty sumienia. - Nie chcę się z tobą rozstawać - szepnęłam niczym dziecko, wciąż przytulona do jego silnego ciała. Te słowa same wyszły z moich ust, jednak podniosłam wzrok na Janka, by zobaczyć jego reakcję na nie.
Szatyn wpatrywał się we mnie jakby oczarowany, a po chwili roześmiał się cicho. W myślach stwierdziłam, że to jeden z najprzyjemniejszych dźwięków, jakie dane mi jest słyszeć. Janek złapał w palce moją brodę, unosząc ją, by spojrzeć mi prosto w oczy.
- Ja także nie chcę opuszczać cię ani na chwilę - zapewnił. - Jednak muszę.
Skrzywiłam się lekko, zdając sobie sprawę, iż Janek przyjdzie do pracy dopiero w poniedziałek. Musiałabym więc wytrzymać cały weekend bez niego...
- Możemy zobaczyć się przecież jutro - szepnął łagodnie, jakby czytając mi w myślach. Złożył na mych ustach lekki pocałunek, który po chwili przerodził się w długi, bardziej namiętny.
Kiedy zdecydowaliśmy się wrócić do domu, zorientowaliśmy się, że pewnie już dawno minęła godzina policyjna. Staraliśmy się omijać wszystkie patrole, a przed kilkoma żołnierzami musieliśmy nawet umykać w wąskie, ciemne uliczki Warszawy, w których Janek orientował się doskonale. Mimo niebezpieczeństwa, pod mój dom dotarliśmy rozbawieni. Zdyszana, śmiałam się z naszych ucieczek, chociaż w głębi duszy wiedziałam, że śmiech ten ma ukryć rozczarowanie związane z rozstaniem z chłopakiem. Tak bardzo nie chciałam, by to spotkanie dobiegało końca...
Janek odprowadził mnie na ganek, tuż pod same drzwi wejściowe do domu. Westchnęłam smutno, stając przodem do niego i zarzucając mu ręce na szyję.
- Dziękuję za ten wieczór - szepnął mi do ucha chłopak.
W odpowiedzi złożyłam mu dłoń na karku, zmuszając, by pochylił głowę. Mogąc dosięgnąć jego warg, złożyłam na nich delikatny pocałunek. Szybko jednak oderwałam swoje usta od warg chłopaka, słysząc ciche skrzypienie drzwi wejściowych. Pospiesznie obróciłam się w tamtą stronę, stając tyłem do Janka i chowając ręce za siebie. Poczułam jednak po chwili, jak chłopak odszukuje moją dłoń i splata swoje palce z moimi.
Stojący w drzwiach ojciec najpierw zmierzył wzrokiem mnie, a później Janka. Nie dało się nie zauważyć iż spojrzenie posłane chłopakowi było dużo groźniejsze. Widziałam, że tata jest wściekły. Zanim zdążył się odezwać, w drzwiach pojawiła się także ubrana w koszulę nocną i owinięta kocem mama. Można było jednak poznać po niej, że nie zmrużyła wcale oka. Jej spojrzenie było jednak łagodne,  a ja byłam w stanie zauważyć w nim nawet wyrozumiałość i pobłażliwość. Zupełnie przeciwnie niż w ciskającym gromami wzroku ojca.
- Godzina policyjna już dawno minęła - powiedział ostro, po niemiecku. - Północ minęła. Masz coś do powiedzenia? - zapytał, patrząc prosto na mnie, jednak nie dał mi szansy na odpowiedź i przeniósł wzrok na Janka.
- Tato... - zaczęłam, jednak wystarczyło jedno jego spojrzenie, bym zamilkła. I nie chodziło tu o to, że się go bałam, a o jego silny autorytet. Od zawsze był osobą, z którą nie potrafiłam się sprzeczać. W końcu odkąd tylko sięgam pamięcią, zawsze miał rację. Jego rady były trafne, a obecność kojąca. Byłam jego małą księżniczką, którą chronił. I najwyraźniej nadal próbował, nie zauważając, jak wiele się zminiło. Ani ja nie byłam już małą, naiwną dziewczynką, ani on nie był silnym mężczyzną, który był w stanie sobie ze wszystkim poradzić. Ja wchodziłam w dorosłość i poznałam okrutny świat, widząc oblicze wojny, przed której rzeczywistością tata nie dał rady mnie ochronić. On zaś... Był schorowanym człowiekiem, który zdał sobie wreszcie sprawę, że na ogrom rzeczy nie ma wcale wpływu.
- Nauczę cię, o której powinno się wracać do domu - powiedział wściekły. - Od dzisiaj nie chcę widzieć, byś po dwudziestej była poza domem. Szczególnie z nim - skinął głową w stronę Janka. - Inaczej straci pracę.
- Nie zrobisz tego - powiedziałam z niedowierzaniem. W tej chwili nie poznawałam ojca i ni miałam pojęcia, czy bardziej zdenerwowała go godzina powrotu, czy towarzystwo Janka. - Jestem dorosła. Poza tym Janek to mój pracownik - powiedziałam z uporem.
- Co innego widnieje na umowie - syknął ojciec, pocierając ze złością skronie. - Koniec dyskusji.
- Eva... - zaczął Janek, ściskając delikatnie moją dłoń.
- Eva wraca już do domu - warknął ojciec, obrzucając mnie i chłopaka chłodnym spojrzeniem. Widziałam w nim chłód, który skierowany był tylko do Janka. Zmrużyłam oczy, patrząc na ojca niezadowolona. Obarczał on winą za mój późny powrót Janka, jakby nie biorąc pod uwagę, iż to ja chciałam zostać dłużej w jego towarzystwie.
- Christian - powiedziała cicho mama, chcąc najwyraźniej przypomnieć ojcu o kulturze, o której w chwili wściekłości zapomniał.
Widząc, że nadal stoję bez ruchu przy Janku, już miał się odezwać, gdy wyprzedziłam go. Obiecałam, że przyjdę kiedy tylko odprowadzę do bramy Janka i posłałam mu błagalne spojrzenie. Przekonany przez mamę, w końcu skinął głową, jednak z jego twarzy ani na moment nie zszedł wyraz zawziętości. Gdy usłyszałam trzaśnięcie drzwi i zostałam na ganku sama z chłopakiem, przez głowę przeszła mi myśl, że ojciec nigdy nie wściekłby się tak, gdyby obok mnie w tej chwili stał Marcus. Zapewne porozmawialiby chwilę, żartując, a później ojciec podziękowałby za to, iż chłopak bezpiecznie odprowadził mnie do domu. Pewnie nie obyłoby się bez uszczypliwości na temat późnej godziny, byłoby to jednak łagodne ostrzeżenie, obrócone na końcu w żart. Mimowolnie zacisnęłam z wściekłością zęby. Nigdzie nie dało się uciec przed idiotycznymi podziałami dyktowanymi miejscem urodzenia. I chociaż moi rodzice byli przykładem pary nie wpisującej się w ten chory schemat, ojciec mimo wszystko nie życzył sobie, bym obracała się w towarzystwie Polaków. Niezaprzeczalnie troszczył się o mnie, myśląc, iż trzymając z Niemcami będę bezpieczna. To był jego priorytet. Nie myślał jednak o tym, iż bardziej nad bezpieczeństwo, ja ceniłam sobie szczęście.
- Nie chcę, byś odchodził - szepnęłam, wtulając twarz w pierś chłopaka. - Wszędzie kręcą się patrole... A jeśli trafisz na jakiś? Nawet nie chcę o tym myśleć - dodałam po chwili. - Zostań.
- Wątpię, by to był dobry pomysł - powiedział spokojnie Janek. Zdążył już zauważyć, jak chłodno potraktował go ojciec. Ja także byłam pewna, że tata nie zgodziłby się na to. Oczywiście, że nie. Taka opcja nie wchodziłaby nawet w grę.
- Proszę - szepnęłam. - Powiedz, że zostaniesz... Z samego rana, o świcie ojciec Marcusa przyjedzie po tatę. Wyjeżdżają do Niemiec - wzruszyłam delikatnie ramionami. - Nie pozwól mi się martwić o to, czy bezpiecznie dotarłeś do domu...
Wiedziałam, że gdyby tylko Janek zgodził się zostać, mogłabym wprowadzić go do domu tylnymi drzwiami. Były wystarczająco daleko od sypialni rodziców i wystarczająco blisko schodów prowadzących na górę, do mojego pokoju, by Janek przeszedł niezauważony.

(Janek? Totalnie zniszczyłam końcówkę...)

19.08.2017

Od Janka C.D. Evy

Objąłem jej drobne ciało ramionami i ukryłem twarz w jej miękkich, pachnących włosach. Nie potrzebuję teraz niczego innego, prócz jej ciepła i zapachu, których nie życzę sobie odbierać.
Stojąc na moście, czując policzek i koniec ślicznego, drobnego nosa Evy przy swojej szyi i wpatrując się w przestrzeń daleko przed sobą, dałem się atakować nawałowi niezatytułowanych obrazów zapisanych w mojej pamięci i odnawiających się pod wpływem gotujących się we mnie emocji. Przypomniałem sobie dłoń Evy po raz pierwszy zaciśniętą na moim przegubie, gdy odprowadzała mnie od policjanta spod kina, jej przyjemny, głęboki głos gdy mówiła o swoich ostatnich wakacjach, dźwięk końskich kopyt stukających o bruk gdy szedłem rankiem po raz pierwszy do jej domu, dotyk szorstkiej sierści jednego z owczarków podczas szczotkowania go, smak chleba z mięsem i z ciepłą herbatą złączony z uczuciem chłodnej, niezamiecionej podłogi pod gołymi stopami, kolor nieba w ostatni wtorek, spostrzeżenie dotyczące niezwykle ładnego uśmiechu Charlotte i mdły ucisk za mostkiem kojarzony z obrazem Marcusa. W połączeniu z nimi, wróciły wcześniejsze obrazy; lodowata woda oblewająca moje łydki, gdy stoję na zanurzonym w rzece kamieniu, głos niemieckiego żołnierza karcącego moją matkę za nieprzestrzeganie godziny policyjnej, widok bladej twarzy żydowskiej dziewczyny czekającej na tramwaj w chłodne, jesienne popołudnie. Wszystkie te wspomnienia wydały mi się absurdalne, ale z jakiegoś powodu cieszyłem się, że je widzę, jakbym po wielu latach otworzył ulubioną książkę. Były też w pewien sposób złączone z chwilą obecną, choć z pewnością tylko ja mógłbym dojrzeć te niewidzialne łączenia.
Złożyłem delikatny pocałunek na jej szyi, odgarniając wcześniej jej włosy.
- Janku...
- Tylko nie mów, że chcesz iść do domu - mruknąłem, tuląc ją mocniej. Chciałem zaprowadzić ją na drugi koniec mostu i przeczekać z nią do rana gdzieś na obrzeżach, w lasku, wśród zarośli, gdzie nikt nas nie znajdzie i nie będzie groził karabinem.
- Nie... Chciałam, żebyś się odezwał - przyznała. - Żebym mogła cię usłyszeć.
- Mogę cię jeszcze nie odprowadzać do domu? - spytałem, biorąc jej twarz w dłonie i gładząc jej policzek kciukiem.
Mimo otaczającej nas ciemności, dostrzegłem jak ciemno zarysowane usta na bladej twarzy Evy wykrzywiają się w lekkim uśmiechu.
- Możesz mnie jeszcze nie odprowadzać do domu - odparła i westchnęła ze spokojem. Złożyłem delikatny pocałunek na jej czole i przytuliłem jej głowę do swojej piersi.
- A mogę wyprowadzić gdzieś z dala od niego? - mruknąłem. Dostałem w odpowiedzi piękny uśmiech, kojarzący mi się początkiem lata. Wzięła mnie za rękę; uniosłem ją do ust pochylając lekko głowę i pocałowałem ją centymetr ponad kostką jej palca wskazującego.
- Czy zachody słońca nie są banalne? - spytałem z nieodłączną żartobliwą nutą w głosie. Nie sądziłem, że takie okoliczności, jakże oklepane i typowe, byłyby w stanie mnie zachwycić. A jednak. Człowiek poznaje siebie przez całe życie.
Nie mam pojęcia kto zainicjował kolejny pocałunek; jednak stało się. Przez długą, wlekącą się leniwie chwilę trwaliśmy z w moimi ustami dotykającymi jej ust. Było to tak niewinne i urocze, że przez chwilę zapomniałem o ponurej, przerażonej Warszawie i smutnej Wiśle. Przez moment wierzyłem, że jesteśmy w lepszym miejscu.

< Eva? // wybacz, że krótko ;-; >

14.08.2017

Od Evy C.D. Janka

Słowa Janka zaskoczyły mnie. Nie chodziło o sam fakt rywalizacji między chłopakami, bo z tego doskonale zdawałam sobie sprawę. Także to, iż rywalizowali o mnie było widoczne. Nie sądziłam jednak, że Janek otwarcie się do tego przyzna, jak gdyby było to rzeczą naturalną.
Wiedziałam, że moje policzki zalała czerwień. Czułam się zawstydzona. Jeszcze nigdy nikt nie zachowywał się tak w stosunku do mnie... A i ja nie czułam tak targającej mną mieszanki uczuć. Moje myśli galopowały, ale i tak głównym tematem każdej z nich był stojący obok mnie chłopak. Wypełniało mnie trudne do opisania podekscytowanie, zdawało się, że obecność Janka jest na nie lekarstwem... Jednak na sam jego widok znów czułam się rozgorączkowana. Było to jednak pozytywne uczucie, którego nie chciałam się pozbywać.
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, iż nie ma mowy o żadnej rywalizacji? - szepnęłam cicho, starając się dostrzec wyraz twarzy chłopaka.
- Wiem - powiedział cicho, zbolałym głosem. Zaraz jednak uniósł lekko brodę. - Może nie jestem... - zaczął, ale ja pokręciłam delikatnie głową, przerywając mu w połowie zdania.
Szatyn zrozumiał mnie opacznie. Pewnie pomyślał, że moim zdaniem nie ma nawet opcji, by mierzył się z Marcusem. Prawdą był jednak fakt, że Niemiec nie miał u mnie najmniejszych szans. Nic dla mnie nie znaczył. To Janek zaprzątał moje myśli, chociaż oczywiście nigdy bym się do tego nie przyznała, już od naszego pierwszego spotkania. To jego dotyk na swojej skórze pragnęłam czuć, gdy tak jak teraz trzymał mnie za rękę. To jego wzrok chciałam mieć na sobie, szczególnie jeśli patrzył na mnie w taki sposób, jak teraz...
- Janku - zaczęłam cicho, posyłając chłopakowi delikatny uśmiech. - Myślisz, że kiedykolwiek wybrałabym jego? - w moim pytaniu kryło się pełno niedowierzania. - Wierzę, że Marcus nie jest całkowicie złym człowiekiem, jednak... W jego spojrzeniu brak mi radości, a w uśmiechu szczerości. Jest pełen poczucia wyższości... I przede wszystkim nie jest tobą - dodałam szeptem. - Daleko mu do bycia taką osobą, jak ty...
Zauważyłam zdumienie na twarzy Janka. Chłopak wziął głęboki wdech i wpatrzył się w nasze dłonie. Kilka razy wydawało mi się, że zamierza coś powiedzieć, jednak ciągle się rozmyślał i od nowa ważył słowa. Postanowiłam dać mu chwilę i przeniosłam wzrok na rozgrywający się na niebie spektakl. Powoli zapadała ciemność. Nie mogłam się nadziwić, że nadal potrafię dostrzec piękno w zachodach słońca, mimo iż widziałam je już tyle razy. Noc chyba była jednak porą uniesień, wzruszeń i... Bezgranicznej szczerości. Tak, byłam tego pewna. Po zachodzie słońca z naszych ust padały słowa ukrywane gdzieś w podświadomości w ciągu dnia.
- Ale czy taka osoba jak ja będzie dla ciebie kiedykolwiek odpowiednia? - wyszeptał zachrypniętym głosem, a ja poczułam powiew jego oddechu na policzku. Nie zauważyłam nawet, kiedy Janek przysunął się tak blisko mnie.
Teraz to ja potrzebowałam czasu na odpowiedź. Rozproszona jego bliskością, nie byłam w stanie zebrać myśli. Zatonęłam w jego smutnym spojrzeniu, zapominając, o co właściwie mnie zapytał. Mogłam myśleć tylko o tym, że chciałabym zobaczyć na jego twarzy uśmiech zamiast tego wyrazu niepewności.
Twarz Janka znalazła się jeszcze bliżej mojej, a chłopak odszukał moje spojrzenie, gdy odwróciłam wzrok. Puścił moją dłoń, jednak zaraz poczułam jego dotyk na moim rozgrzanym policzku. Mimowolnie wtuliłam twarz w jego dłoń. Usłyszałam ciche westchnięcie chłopaka w reakcji na mój pełen ufności gest. Wsparłam dłoń na jego ramieniu i stanęłam na palcach. Zbliżyłam się do niego, pokonując ostatnie dzielące nasze twarze milimetry i niepewnie musnęłam ustami jego wargi. Wiedziałam, że Janek tylko czekał na ten gest, na to przyzwolenie z mojej strony.
Rozpoczęliśmy delikatny, niespieszny pocałunek, po raz pierwszy ciesząc się swoją bliskością. Te kilka zamienionych z Jankiem słów i ten wywołujący na mojej skórze dreszcze dotyk chłopaka przemienił słabo zapowiadające się spotkanie w jeden z najpiękniejszych wieczorów w moim życiu. Odsunęliśmy się od siebie, cicho dysząc. Janek odgarnął mi z twarzy opadające kosmyki włosów, jednak ja nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Zamiast tego ukryłam twarz w zagłębieniu jego szyi, wdychając przy każdym oddechu jego zapach.
W tej chwili nic nie miało dla mnie znaczenia. Ani czekający w domu rodzice, ani godzina. Nie dopuszczałam do siebie faktu, że za jakiś czas będziemy musieli się rozstać. Jedyne, co pozwalałam sobie teraz odczuwać to łagodne podmuchy wiatru i ciepły dotyk Janka.

(Janek? Awww, romantycznie ^^ Mam nadzieję, że nie przesadziłam xD )

Od Janka c.d. Evy

Zawiesiłem wzrok na dziewczynie, przez dłuższą chwilę się jej przyglądając. Chciałem odczytać uczucia wypisane na jej twarzy. Spodziewałem się ujrzeć rozczarowanie, może nawet skrywaną złość... Ale nie widziałem tego. Widziałem tylko smutne, piękne oczy wpatrujące się we mnie.
Ostrożnie splotłem nasze dłonie.
- Pokażę ci jedno miejsce - powiedziałem szeptem, minimalnie unosząc kącik ust w słabym uśmiechu. Eva kiwnęła lekko głową i pozwoliła mi się poprowadzić. 
- Co to będzie za miejsce? - spytała po chwili ciszy.
- Zobaczysz, jak dojdziemy - odparłem cicho.
Poszliśmy w stronę rzeki, na most Kierbedzia. Wybrałem go dlatego, że o tej porze nie będzie tam wielu ludzi i rozciąga się z niego piękny widok na miasto i szeroką Wisłę. Mieliśmy spory kawałek do pokonania i również z tego powodu wybrałem owo miejsce. Potrzebowałem długiego, jak najdłuższego spaceru.
- Przepraszam - mruknąłem cicho, patrząc na nasze złączone dłonie. - Wywoływanie konfliktu z Marcusem było nieodpowiednie. Nie chciałem zepsuć wam wieczoru.
Eva patrzyła przed siebie, prawdopodobnie pogrążona we własnych myślach. Mimo to, wiedziałem, że mnie słucha.
Przez głowę przeszła mi myśl o jej ustach. Wyglądały bardzo ładnie w pomidorowej szmince. Sekundę potem zdałem sobie sprawę z nieadekwatności tej myśli.
- Nie... - zaczęła, ale natychmiast jej przerwałem.
- Postaram się, byś nie żałowała chociaż reszty tego wyjścia.
Poczułem jak jej białe, zgrabne palce zaciskają się trochę mocniej na mojej dłoni.
- Nie będę go żałować - powiedziała cicho.
Słońce zachodziło powoli. Pomarańczowo-różowo-niebieskie niebo rzucało oświetlało ulice i budynki, całkowicie zmieniając ich kolor. Wokół było w miarę cicho i spokojnie, a co najważniejsze, nie było już tak okropnie gorąco.
Weszliśmy na wielki, stalowy most, łączący dwa brzegi Wisły. Na deptaku dla pieszych, ciągnącym się brzegiem konstrukcji, prawie nikogo nie było. Daleko, na drugim końcu, widać było człowieka na rowerze, jadącego w stronę przeciwną do miasta. Bliżej widać było idącą w naszą stronę parę; niebotycznie wysoki mężczyzna w kapeluszu i drobna, gustownie ubrana kobieta, wyglądająca przy partnerze na jeszcze mniejszą, niż w rzeczywistości była.
Zaprowadziłem Evę dalej wgłąb mostu; zatrzymaliśmy się prawie na jego środku. Stojąc przy barierce, milczeliśmy przez dłuższą chwilę ze spojrzeniami utkwionymi w błyszczącej wodzie i brzoskwiniowym niebie. Budynki stojące pod światło były zaciemnione, widoczne były tylko ich wyraźne kontury.
Wisła najwyraźniej postanowiła dziś nie odstraszać ludzi swoim stęchłym zapachem. Czuliśmy za to przyjemny zapach polnych roślin niesiony z daleka, połączony z orzeźwiającą, charakterystyczną wonią wody.
Nadal trzymaliśmy się za ręce. Przez całą drogę żadne z nas nie zdecydowało się ich rozłączyć. Staliśmy w ciszy, Eva zapatrzona w widok przed sobą, ja zapatrzony w nią.
- Podoba ci się? - spytałem z wargami nad jej uchem. Zauważyłem jej lekkie drgnięcie.
- Tak... Jest przepięknie - odpowiedziała z cichym westchnięciem.
- Lubisz takie miejsca?
- Mhm. Są bardzo przyjemne.
- Chciałabyś chodzić w takie miejsca częściej?
Eva podniosła głowę, by na mnie spojrzeć. Stałem przodem do niej przez cały czas i patrzyłem tylko na nią. Smutnym, zakochanym wzrokiem.
Otworzyła lekko usta, chcąc coś powiedzieć, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie i wziąłem jej drobną rękę w obie dłonie.
- Wiesz, że rywalizowaliśmy o ciebie? - wychrypiałem słabym głosem. - Na pewno wiesz. Jestem żałośnie przewidywalny. On zresztą też. - Słowo "on" powiedziałem, jakby było to najzwyklejsze, najczęściej używane słowo, do którego nie dodaje się żadnego akcentu. Puste, bez wyrazu.
Słońce zachodziło. Sklepienie nad nami było już granatowe, a morelowy horyzont przypominał teraz ognistą łunę wychylającą się zza drzew i budynków. Słabiej widziałem twarz Evy.


< Eva? // przepraszam, że się opierdalam // znowu nie umiem dobrze zakończyć opowiadania // jakby co... to nie ze mną jest coś nie tak, tylko z moim zmysłem romantyzmu c': >

10.08.2017

Od Evy C.D. Janka

Po dołączeniu do nas przy kolacji Marcusa od razu wiedziałam, że nie skończy się to dobrze, nie podejrzewałam jednak, że mężczyźni będą pałać do siebie tak otwartą wrogością. Nie miałam pojęcia, czy chodziło tutaj tylko o narodowości i odmienne poglądy, czy o coś więcej, ale zaczynałam poważnie bać się o Janka. W końcu Marcus był niemieckim żołnierzem i mógł poważnie zaszkodzić Polakowi. Zdążyłam poznać go na tyle, iż wiedziałam, że byłby do tego zdolny bez mrugnięcia okiem.
- Ja preferuję kulturę i męskie zajęcia - powiedział dumnie Marcus, patrząc na Janka spod przymkniętych powiek. - Jak na tak wybrakowany kraj, macie w Polsce całkiem niezłe opery. Chociaż i tak najczęściej poluję - uśmiechnął się szeroko. - Huk wystrzałów, zapach prochu, tropienie zwierzyny, dopadnięcie jej... To niepowtarzalne uczucie zwycięstwa. Chociaż nie sądzę, byś cokolwiek o tym wiedział - dodał pogardliwie blondyn.
- Nie dla każdego zabijanie jest rozrywką idealną - wytknął Polak, wytrzymując spojrzenie, jakim obdarzał go młody Braun.
- W tym akurat masz rację... W końcu są myśliwi - błysnął zębami w uśmiechu - i jest zwierzyna - dodał i niemal niezauważalnie skinął głową w stronę Janka. Nie było wątpliwości, że jest to aluzja do wojny, w której to rolę myśliwych mieli odgrywać Niemcy, a rolę ich ofiar - Polacy.
Widziałam, jak po twarzy Janka przebiegł cień gniewu, szybko - ale pewnie z trudem - zastąpiony przez nonszalancję. Szatyn już miał zamiar coś powiedzieć, jednak nie dałam mu na to szansy.
- Dosyć - powiedziałam cicho, lecz dobitnie, wiedząc, że nie zniosę już ani słowa więcej tej konwersacji. Wzrok obu mężczyzn skupił się na mnie, jak gdyby właśnie przypomnieli sobie o moim istnieniu. W oczach Janka zauważyłam wyraźne zawstydzenie tym, iż dał się prowokować Niemcowi. Ten jednak nic nie zrobił sobie z mojej reprymendy.
- Czyżbyś miała odmienne zdanie? - zaciekawił się Marcus.
- Różnimy się poglądami w zbyt wielu sprawach - powiedziałam stanowczo. - Obiecałeś jednak być miłym dla  m o j e g o  gościa.
Zanim Marcus zdążył odpowiedzieć, poczułam jak Janek nakrywa swoją dłonią moją, leżącą na stole i delikatnie gładzi ją kciukiem. Zaskoczona, podniosłam na niego wzrok i spotkałam się z jego przepraszającym spojrzeniem.
- Wybacz - powiedział szczerze. - Obu nas poniosło.
Janek uśmiechnął się do mnie delikatnie, czego nie potrafiłam nie odwzajemnić, chociaż takie zachowanie zdecydowanie nie pasowało do obecnej sytuacji. Niezręczny moment przerwał kelner, przynosząc zamówione przez nas potrawy. Zanim zwróciłam się w jego stronę, by podziękować, dostrzegłam, jak Marcus patrzy na złączone dłonie moje i Janka, marszcząc brwi. Zmieszana wysunęłam delikatnie swoją dłoń z uścisku Janka i sięgnęłam po ustawioną przez kelnera na stole szklankę z wodą, pociągając z niej łyk.
Przez resztę kolacji razem z Charlotte rozmawiałyśmy na błahe tematy, starając się nie dopuszczać, by Janek i Marcus znów zaczęli się przepowiadać. Od czasu do czas któryś udzielił się w naszej rozmowie, jeśli o coś zapytałyśmy, jednak większość czasu spędzili na obrzucaniu się niezbyt miłymi spojrzeniami. I chociaż żal było mi rozstawać się z przyjaciółką, cieszyłam się, kiedy kolacja dobiegła końca i wyszliśmy już z lokalu.
- Odwiedź mnie któregoś dnia wieczorem - poprosiłam Lottę, cmokając ją na pożegnanie w policzek. Z jej spojrzenia wyczytałam, że następne spotkanie nie będzie obejmowało nikogo poza nami dwiema.
- Myślę, że teraz będziemy spotykać się częściej - zauważył pogodnie Marcus. - Mój ojciec wyjeżdża z twoim do kliniki do Niemiec, ktoś więc będzie musiał zająć się tobą i panią Kastner...
- Dziękuję za troskę, ale z mamą zawsze doskonale sobie radzimy - zapewniłam uprzejmie, nieco zirytowana, chociaż miałam nadzieję, iż tego po mnie nie widać.
- Niemniej jednak jestem przekonany, że pan Kastner byłby wdzięczny wiedząc, iż ktoś zaprzyjaźniony ma was na oku. Nie ukrywam także, że i ja byłbym spokojniejszy wiedząc, że wszystko u ciebie w porządku - dodał z lekkim uśmiechem. - Wsiadajcie do auta, odwiozę was.
Pokręciłam od razu głową, nie chcąc zgodzić się na takie rozwiązanie. Byłam więcej niż pewna, że gdybym się zgodziła, Marcus najpierw odwiózłby mnie i Lottę, by zostać sam na sam z Jankiem i dokończyć ich wcześniejszą rozmowę. Poza tym, pogoda dopisywała, a ja nie chciałam kończyć tak szybko dzisiejszego spotkania z Jankiem.
- Słońce nadal jest wysoko, a ja nie pogardzę spacerem - stwierdziłam z lekkim uśmiechem.
- Nie będę spokojny, jeśli będziesz sama chodzić po Warszawie po 20 - powiedział stanowczo Marcus.
- Będę z Jankiem - stwierdziłam prosto, spoglądając na Polaka z uśmiechem.
- Tym bardziej - prychnął Niemiec, jakby towarzystwo Janka miało być gorszą ewentualnością niż samotny spacer.
Posłałam mu pełne dezaprobaty spojrzenie, na co ten westchnął, unosząc ręce w obronnym geście. Ukłonił się lekko na pożegnanie i razem z siostrą wsiadł do auta, po chwili odjeżdżając. Kiedy rodzeństwo Braunów zniknęło nam z oczu, ruszyliśmy przed siebie, jednak po kilku krokach zatrzymałam Janka, łapiąc go za rękę.
- Nie chcę jeszcze wracać do domu - powiedziałam cicho, podnosząc na chłopaka wzrok. - Do godziny policyjnej mamy jeszcze jakieś półtorej godziny...
Od razu zauważyłam, jak na usta chłopaka wypłynął delikatny uśmiech. Najwyraźniej on także nie chciał, by nasze spotkanie dobiegło końca, co niezmiernie mnie ucieszyło.
- Gdzie w takim razie chcesz iść? - zapytał łagodnie, przeszywając mnie uważnym spojrzeniem swoich przenikliwych oczu.
- Gdziekolwiek - wzruszyłam delikatnie ramionami. - Po prostu nie chcę, by ten wieczór już się kończył...

(Janek? Pisane na szybko w półśnie, jeszcze mogę wszystko pozmieniać...)

9.08.2017

Od Janka C.D. Evy

Cholerny Niemiec. Taka myśl nasunęła mi się, gdy tylko ujrzałem go wychodzącego z samochodu. Widząc jego twarz, fryzurę, sposób poruszania się i jego spojrzenie, jakim obdarował Evę, czułem jak coś przewraca mi się w żołądku. Nadęty, wywyższający się frajer. W tej chwili cała moja niechęć do Niemców wydawała mi się całkowicie uzasadniona. Do tego witając się, prawie zmiażdżył mi rękę, jakby chciał mnie na wejściu przestraszyć i pokazać kto tu jest alfą. Z kpiącym uśmiechem wytrzymałem uścisk jego dłoni, nie dając się sprowokować do dziecinnego pojedynku na rękę.
- Miałem tylko przywieźć Lottę... Ale mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko, bym został także na kolację? - powiedział obrzydliwie protekcjonalnym tonem, od którego miałem ochotę dać mu w twarz. Powstrzymałem się przed tym, tak samo jak przed głośnym parsknięciem śmiechem. No jasne. Widocznie lubi Evę tak bardzo, że jest w stanie zniżyć się do pójścia na kolację ze słowiańskim podczłowiekiem, tylko po to by ją przypilnować.
Zauważyłem zirytowanie na twarzy Evy i mimowolnie pomyślałem o tym, że nigdy nie chciałbym być obdarzony takim spojrzeniem. Oraz niezwykle ucieszyło mnie to, że obdarzony został nim Marcus. 
Miałem ogromną chęć kąśliwie go przeprosić i odprawić, ale co by to dało? Pieprzony arystokrata nic sobie z tego nie zrobi i pewnie jeszcze syknie jakimś komentarzem, zapewne po niemiecku, myśląc, że go nie zrozumiem. Mimo pewności siebie i chęci rywalizacji, nie mogłem wyzbyć się uczucia niższości. Facet jest o pół głowy wyższy ode mnie, szerszy w barkach i jest pierdolonym Niemcem. Blond człowiekiem-bogiem o niebieskich... nie, zielonych oczach. Do tego z pewnością ma bogatych rodziców i pewnie jeszcze wywodzi się z arystokracji. Czułem się przy nim jak żałosne zwierzę. Również wywodzę się z inteligencji, ale mój stan finansowy jest opłakany i pod tym względem w rywalizacji z nim mogę być równie dobrze biednym mieszczuchem. 
W takim razie muszę wykazać się w czymś innym. Dokładniej, w prezencji i obyciu. Mogę być lepszym arystokratą od niego. Więc nie mogę zachować się jak słaby idiota i okazać strach, nie zgadzając się na jego towarzystwo.
- Oczywiście, że nie, prawda? - odparłem, patrząc pytająco na Evę i Lottę. Jako kobiety to one powinny mieć najwięcej do powiedzenia. 
Eva nie wyraziła swojej opinii, a Charlotte zdradziła niepewność, za kim powinna się postawić, przenosząc wzrok to na przyjaciółkę, to na brata. Wyszło więc na to, że to ja wyraziłem najwięcej chęci na jego towarzystwo. 
- Chodźmy do środka - zaproponowała Lotta, uśmiechając się pogodnie, by rozładować napięcie. - Zaczynam być głodna, myślę że wy też.
Zyskała aprobatę reszty grupy, która zgodnie weszła z nią do środka eleganckiej, choć całkiem przytulnej restauracji. Wszedłem zaraz za Lottą, co wykorzystał Marcus, by iść ramię w ramię z Evą. Dyskretnie obejrzałem się za siebie, by dojrzeć wyraz twarzy dziewczyny. Entuzjazm, który towarzyszył jej na początku, gdy wychodziliśmy razem z jej domu, zniknął od razu po pojawieniu się Niemca. Z jednej strony cieszyło mnie to, że nie ma on u niej szczególnych względów, ale czułem się źle z tym, że cieszę się poniekąd z powodu jej niezadowolenia. Zdecydowanie wolałbym widzieć ją uśmiechniętą. 
Zajęliśmy miejsca przy zarezerwowanym stoliku; Marcus wyrwał się do odsunięcia krzesła dla Evy, więc ja z grzeczności zaproponowałem to samo Lotcie. Nsiadłem naprzeciw Niemca, mając po lewej stronie Charlotte, a po prawej Evę. Po zebraniu zamówienia przez kelnera Lotta podjęła się zadania rozpoczęcia rozmowy:
- Janku, nie miałam okazji wcześniej spytać Evy; jak się zapoznaliście?
- Jak... - urwałem, nie bardzo wiedząc, jak powinienem odpowiedzieć. Wpadłem na Evę zaraz po nieudolnie wykonanej akcji sabotażowej, w ostatni piątek. Zabłysnąłem przed nią wzorową umiejętnością zachowania zimnej krwi w sytuacji zagrożenia. Ale to chyba nie jest dobra odpowiedź.
- Przez jednego wspólnego znajomego - wtrąciła natychmiast Eva. - Zapoznał nas ze sobą. Przy okazji okazało się, że Janek szuka pracy, a my mamy wolne stanowisko przy opiece nad psami.
- Twój ojciec wspominał, że wasze psy wymagają wiele opieki - wtrącił Marcus ze swoim gadzim uśmieszkiem. - Ale pamiętam, że mówił też, że wymagają odpowiednio wykwalifikowanego opiekuna.
Rzucił mi krótkie, jakby wzywające do pojedynku, spojrzenie.
- Może jestem wystarczająco wykwalifikowany? - podsunąłem z niewinnym uśmiechem.
- Możemy nie rozmawiać o pracy? - wtrąciła Eva. Nie udało jej się ukryć irytacji w jej tonie lub to ja wykazałem się spostrzegawczością. - Charlotte, próbowałaś już tej kaczki, którą zamówiłaś?
- Hm, tak, ostatnio byliśmy tu z rodzicami...
- A Marcus czym się zajmuje? - odezwałem się, patrząc bacznym wzrokiem na Niemca. Zielonooki blondyn spojrzał mi w oczy, a na jego usta wpełzł lekki uśmiech.
- Jestem żołnierzem - odparł, prostując się na swoim krześle, zapewne po to by zaprezentować się dumniej.
- Och, naprawdę? Zostałeś powołany czy sam się zgłosiłeś? - spytałem z przesadnie udawanym zainteresowaniem.
- Zgłosiłem się. - W jego głosie brzmiała nieskrywana duma.
- Więc nie powinieneś być teraz w Rosji? - spytałem. - Podobno dobrze wam idzie. Chyba, że byłeś wysłany na zachód, tam podobno jest trochę lepiej...
Pozwoliłem sobie na dużo, być może wręcz przesadziłem. Moja bezczelność go zdenerwowała, choć starał się tego nie okazywać.
- Byłem wysłany tutaj w 39-tym. Obecnie jestem na przepustce - wyjaśnił nadzwyczaj spokojnie. Więc najwidoczniej należy do tych bardziej opanowanych. W przeciwieństwie do mnie. Jego chełpliwa informacja o udziale w inwazji na Polskę sprawiła, że krew zagotowała mi się w żyłach. Ale w końcu to ja zacząłem.
- Szczęściarz - odparłem mniej kąśliwym głosem, by nie wywołać otwartej wojny. - Najlepszy czas na urlop. Jest ciepło i przyjemnie.
- Owszem...
- Myśleliśmy z Evą ostatnio o wykorzystaniu tej pogody i wykąpaniu się w Wiśle - oznajmiłem, rzucając krótkie spojrzenie blondynce. Zaraz potem przeniosłem je na chłopaka, by zobaczyć jego reakcję. Zauważyłem na jego policzku minimalny, krótki skurcz.
- Och, to mogłoby być całkiem fajne - przyznała Charlotte, próbując swoim udziałem załagodzić konwersację.
- Prawda? - zwróciłem się do niej z uśmiechem. - Pływanie jest najlepszym zajęciem w sierpniu.
- Dla podmiejskich wieśniaków na pewno - mruknął pod nosem Marcus, podpierając podbródek na swojej dłoni. Brzmiało to, jakby mówił do siebie, jednak jego uwaga była wystarczająco głośna, by wszyscy ją usłyszeli.
- Zdecydowanie - zgodziłem się z cierpkim uśmiechem. - A czym w sierpniu zajmuje się arystokracja?


< Eva? // już się gryzą :d >

8.08.2017

Od Evy C.D. Janka

Stanęłam przed lustrem, chcąc zabrać się za upięcie włosów, gdy usłyszałam wesołe ujadanie Kari. Wyjrzałam przez okno i widząc zbliżającego się do domu Janka, szybko zeszłam na dół.
- Charlotte przyszła? - zainteresowała się mama, wyglądając z kuchni. Po całym domu unosił się aromat jej popisowego czekoladowego ciasta.
- Nie, Marcus przywiezie ją pod restaurację - zaprzeczyłam szybko, wygładzając materiał sukienki. - To Janek.
- Janek? - zdziwiła się mama.
- Zaprosiłam go - wzruszyłam lekko ramionami. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi, ruszyłam więc w tamtą stronę.
- Czy to moja szminka? - zapytała rozbawiona mama, najwyraźniej zauważając niecodzienną, jasną czerwień na moich ustach.
- Pożyczyłam - zaśmiałam się cicho, otwierając drzwi. Moim oczom ukazał się Janek ubrany elegancko, w wyjściową koszulę i z nieodłącznym, szerokim uśmiechem na ustach.
- Witam - powiedział powoli chłopak, mierząc mnie wzrokiem. Znów odruchowo wygładziłam czerwoną sukienkę, co wywołało uśmiech na twarzy chłopaka. - Wyglądasz pięknie - zapewnił.
Chwyciłam go za rękę, wciągając do domu. Janek przywitał się krótkim 'Dzień dobry' z krzątającą się po kuchni mamą i ruszyliśmy po schodach do mojego pokoju.
- Ty także jesteś dziś niezwykle elegancki - zauważyłam, wchodząc do pokoju i zapraszając za sobą Janka. - Potrzebuję jeszcze dwóch minut. Rozgość się - posłałam chłopakowi szeroki uśmiech, zdając sobie sprawę, że jest tutaj pierwszy raz.
Janek omiótł wzrokiem niewielkie pomieszczenie i zajął stojący w rogu fotel, tuż obok regału z książkami. Na stoliku przy fotelu stał mały bukiecik suszonej lawendy, dzięki czemu jej zapach rozchodził się po całym pomieszczeniu. Ciekawa byłam, czy Janek zwrócił uwagę, iż bukiet od niego zajmuje zaszczytne miejsce na szafce nocnej tuż przy moim łóżku.
Stanęłam przed lustrem, obserwując przez chwilę w jego odbiciu chłopaka, w końcu jednak złapałam za szczotkę, szybko przeczesując włosy. Złapałam za jedno pasmo, nawijając je na palec i z toaletki podniosłam niewielką spinkę. Zanim jednak cokolwiek zrobiłam, zamarłam, obserwując Janka w lustrzanym odbiciu. Chłopak przypatrywał się moim poczynaniom, najwyraźniej chętny coś powiedzieć.
- Coś nie tak? - zapytałam, obracając się do niego.
Chłopak podniósł się z krzesła i podszedł do mnie, wyjmując z moich dłoni spinkę i odstawił ją na bok. Niepewnym ruchem rozpuścił kosmyk moich włosów i założył mi go za ucho. Najwyraźniej bardzo zadowolony z siebie, uśmiechnął się szeroko.
- Nie upinaj ich - szepnął. - Tak mi się podoba.
Przez kilka sekund stałam tylko, wpatrując się w chłopaka i nie wiedząc, co mam odpowiedzieć. Jego dotyk i bliskość skutecznie wytrąciły mnie z równowagi. Po chwili jednak odetchnęłam głęboko, przywołując na twarz uśmiech.
- Cóż, w takim razie jestem już gotowa do wyjścia - stwierdziłam.
Chwyciłam leżącą na łóżku małą torebeczkę, przewieszając ją sobie przez ramię i wyszliśmy z domu. Droga do restauracji zajęła nam kwadrans. Spożytkowaliśmy ten czas na rozmowie, a ja zauważyłam, że w towarzystwie Janka od razu staję się weselsza.
Z przyjaciółką umówiona byłam na kwadrans przed osiemnastą, więc dotarliśmy na miejsce z Jankiem nawet z wyprzedzeniem. Stolik był już zarezerwowany, postanowiliśmy więc poczekać przed lokalem, w przyjemnym cieniu rzucanym przez daszek. Po kilku minutach zauważyłam zatrzymujące się przy chodniku auto Marcusa. Blondyn wyszedł z niego i obszedł je dookoła, otwierając drzwi przed siostrą. Gdy oboje mnie dostrzegli, Lotta zaczęła mi szaleńczo machać, a Marcus posłał jeden ze swoich szczerych uśmiechów.
Rodzeństwo ruszyło w moją i Janka stronę, a Charlotte rzuciła mi się na szyję, witając się. Jej brat trzymał się bardziej z boku, a z jego ust nie schodził delikatny uśmiech. Jak na razie całą swoją uwagę kierował na mnie, nie zaszczycając Janka ani jednym spojrzeniem. Postanowiłam to zmienić, gdy tylko Lotta oderwała się ode mnie i spojrzałam na stojącego obok mnie chłopaka z szerokim uśmiechem.
- Janku, to jest Charlotte, moja przyjaciółka i jej brat, Marcus - przedstawiłam. - Lotto, Marcusie, poznajcie Janka, mojego przyjaciela - zwróciłam się do rodzeństwa Braunów, tym razem po niemiecku.
Marcus uniósł brew w kpiącym geście, mierząc Polaka przenikliwym spojrzeniem.
- Czy to ten sam polski chłopak, o którym wspominał twój ojciec, że u was pracuje? - zakpił blondyn. - Nie powinnaś zadawać się ze  s ł u ż b ą...
- Marcus - syknęła pouczająco Charlotte.
- Janek nie jest żadną służbą, tylko przyjacielem - uniosłam dumnie podbródek. - A poza tym, jesteś ostatnią osobą, która będzie prawić mi kazania, z kim powinnam się zadawać - powiedziałam twardo, posyłając mu wściekłe spojrzenie.
Nie dało się nie zauważyć wyraźnej różnicy między chłopakami. Janek był widocznie niższy od Marcusa, miał też całkowicie inną urodę. Niemiec miał włosy o odcieniu ciemnego blondu, a ich ułożenie można było określić mianem 'artystycznego nieładu'. Na jego pełnych ustach często można było dostrzec drwiący uśmieszek, a w spojrzeniu przenikliwie zielonych oczu poczucie wyższości nad innymi. Nie można było odmówić mu faktu, iż był przystojny, z czego doskonale zdawał sobie sprawę i skrzętnie to wykorzystywał. Z każdego jego ruchu emanowała pewność siebie. I pomimo tego wszystkiego, co powodowało, że w pierwszym kontakcie Marcus zachwycał sobą ludzi, ja byłam odporna na jego urok. Zdążyłam już przejrzeć, że wszystko jest dla niego jego własną grą, w której doskonale się bawi.
- Skoro to twój przyjaciel, postaram się być miły - obiecał z niewinnym uśmiechem Marcus, wyciągając rękę w stronę Janka. - Marcus Braun - przedstawił się. - Bliski przyjaciel Evy - dodał po chwili. Chyba każdy usłyszał moje głośne prychnięcie, gdy dotarły do mnie słowa Niemca. Zwracając się do Janka, mówił łamaną polszczyzną.
- Jan Staszczyński - odpowiedział Janek, ściskając jego dłoń i mierząc się z blondynem długim, uważnym spojrzeniem. Niemiec pierwszy zakończył tą niemą wojnę, odwracając się w moją stronę.
- Miałem tylko przywieźć Lottę... Ale mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko, bym został także na kolację? - zapytał Marcus, obdarzając nas delikatnym uśmiechem i niby w geście zmieszania wsunął palce za szlufki spodni.

(Janek? Ty decydujesz :p )

7.08.2017

Od Janka c.d. Evy

- Naprawdę? - palnąłem, nie kryjąc zdziwienia. Nieumiejętność pływania nie powinna być dla mnie tak szokująca, bo faktycznie nie każdy umie pływać, jednak osobiście nie wyobrażałem sobie wakacji bez co najmniej kilku wizyt nad rzeką czy jeziorem. Dziewczyna kiwnęła głową, przytakując. - To trzeba cię nauczyć!
- Hm, no nie wiem...
- To podstawowa umiejętność. Przyda ci się podczas letnich upałów - stwierdziłem. - Jeśli będziesz chciała, to spróbuję cię nauczyć. Ale przedtem zapoznamy cię z miastem.
- Dobrze, zobaczymy. Może uda mi się przełamać - odparła dziewczyna.
Po skończeniu pracy przy psach nie miałem już żadnych zadań do wykonania. Pani Kastner mówiła, że na ten moment niczego więcej nie wymagają i pewnymi rzeczami zajmę się kiedy indziej. Z Evą przesiedzieliśmy jeszcze pół godziny na luźnej rozmowie, odwlekając czas mojego powrotu do domu. Pożegnaliśmy się dopiero wtedy, gdy jej mama zawołała ją w jakiejś sprawie. Uznawszy, że na pewno powinienem już się zbierać, ulotniłem się, żegnając się z dziewczyną i panią Kastner. Nie chciałem przedwcześnie nadwyrężać cierpliwości rodziców Evy.
W piątek sprzątałem psie kojce. Bawiłem się jak podczas sprzątania psich kojców. Zajęło to więcej czasu, niż środowe czesanie zwierząt i naprawianie ogrodzenia. Ale dużym pozytywem było to, że z Evą doskonale pamiętaliśmy o planach na popołudnie. Niestety nie mogłem tym razem zostać długo - a może właśnie na szczęście, bo jednak niezręcznie jest przebywać z dziewczyną po dwóch godzinach sprzątania u zwierząt - ponieważ musiałem w miarę wcześnie zajść do mamy do pracy, by dostarczyć garnitur jednemu klientowi do domu. Potem mogłem iść na spotkanie.
O siedemnastej zjawiłem się pod domem Evy, umyty i przebrany.


< Eva // chwilowo nie mam jak się rozwinąć ;w; >

6.08.2017

Od Evy C.D. Janka

Uśmiechnęłam się delikatnie, słysząc tą nieśmiałą propozycję chłopaka. Oczywiście odpowiedź mogła być tylko jedna. Nie zależało mi nawet na tym, gdzie mielibyśmy iść. Wystarczająca była dla mnie sama obecność Janka, jego zaraźliwy uśmiech i to, że niezależnie od sytuacji potrafił przywołać na moją twarz uśmiech.
- Brzmi obiecująco - stwierdziłam cicho, uśmiechając się do chłopaka.
- Więc jeśli nie masz innych planów... Możemy wyjść gdzieś w piątek - zaczął Janek. - Zależnie od pogody, możemy wybrać się do lokalu, albo popływać... Zapewniam, że woda w Wiśle jest przyjemnie zimna - dodał z szerokim uśmiechem na ustach, wywołanym zapewne przez jakieś wspomnienie.
Przygryzłam lekko wargę, przypominając sobie, że na piątek umówiłam się już z Charlotte. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie odwołać tego spotkania... Jednak pamiętałam, jak bardzo młodsza przyjaciółka cieszyła się z naszego planowanego wyjścia. Janek najwyraźniej zauważył moje wahanie i skrzywił się lekko.
- Oczywiście, nie musisz się zgadzać... - zapewnił, odwracając wzrok.
- Mam już plany na piątek - przyznałam. - Jednak nie chcę rezygnować z twojego towarzystwa - dodałam cicho. - Skoro wyraziłeś chęć zapoznania się z moimi nowymi znajomymi, masz ku temu doskonałą okazję - obdarzyłam go ciepłym uśmiechem. - Lotta jest wspaniałą dziewczyną, a jej młodszy brat, Erick jest przeuroczy.
Spojrzałam na Janka, chcąc wyczytać z jego twarzy, czy pasuje mu taki układ. Po chwili zastanowienia uśmiechnął się szeroko.
- Czy mógłbym ci odmówić? - zapytał ze śmiechem, a ja pokręciłam przecząco głową. - W takim razie zgoda.
Pisnęłam cicho, spontanicznie oplatając zdziwionego Janka ramionami. Uścisnęłam go szybko i krótko, jednak to wystarczyło, by wywołać na jego twarzy wyraz zdziwienia i rozbawienia w jednym. Moich uszu dobiegł jego cichy śmiech.
- Cóż, widzę, że cieszy cię moje towarzystwo - zauważył zadowolony Janek, gdy mój wybuch entuzjazmu przeszedł i odsunęłam się od niego. - Mam nadzieję, że i twoi znajomi nie będą mieli nic przeciwko.
- Oczywiście, że nie - zapewniłam.
Osoby milszej niż Charlotte dawno nie spotkałam. Dziewczyna ta była po prostu uosobieniem elegancji, a do tego była przyjaźnie nastawiona do każdego. Erick bardzo przypominał siostrę, chociaż nie miałam pojęcia, czy państwo Braun pozwolą dziesięciolatkowi na wyjście z nami. No i był jeszcze Marcus, chociaż miałam cichą nadzieję, że on nie dołączy do nas. Wydawało mi się, że jest zbyt zarozumiały, by wychodzić gdzieś z Lottą. Dosyć lekceważąco traktował swoje rodzeństwo, co zdążyłam już zauważyć poprzedniego wieczoru. Wtrącał się do moich rozmów z przyjaciółką, a kiedy mały Erick zagadnął mnie o coś, Marcus zbywał go, argumentując, że na pewno wolę porozmawiać z kimś starszym, a nie z dzieckiem. Tak więc liczyłam, że na nasze spotkanie w ogóle nie przyjdzie.
- Ale z twojej propozycji wyjścia na miasto także chętnie skorzystam - zapewniłam z szerokim uśmiechem. - Uwielbiam Warszawę, a jestem pewna, że pokażesz mi wiele miejsc, których do tej pory nie znałam...
- Postaram się - obiecał Janek. - Założę się, że nie odwiedziłaś wielu barów...
- Prawie żadnego - wyznałam szczerze. Do tej pory nie miałam z kim wybrać się do takich miejsc.
- Nadrobimy - zapewnił chłopak z delikatnym uśmiechem. - Ale pewnie miałaś okazję kąpać się tego lata w Wiśle? - dopytywał.
- To mogłoby być nieco problematyczne... - stwierdziłam cicho, uśmiechając się, by zamaskować zawstydzenie. - Ja... Nie potrafię pływać - przyznałam.

(Janek? ^^)

Od Janka C.D. Evy

Dziewczyna wyciągnęła z koszyka dzbanek i nalała mi wody do szklanki, którą również przyniosła. Przyjąłem ją z wdzięcznością i wypiłem jednym haustem.
- Jak byłem dzieckiem, to lato zawsze spędzałem na wsi - zacząłem, odciągając nieco od smutnego tematu ogiera, by w miarę możliwości odciągnąć Evę od smutnych wspomnień. - Też bywały tam konie. Uwielbiałem wymykać się do nich, przytulać ich opuszczone w trawę pyski i wieszać się na nich, gdy je podnosiły. Doprowadzałem tym opiekunów do szału, bo bali się, że coś mi się stanie. Aż za którymś razem koń przestraszył się czegoś akurat wtedy, gdy przyczepiłem się do jego pyska i zerwał się razem ze mną do ucieczki. Opowiadali mi, że przegalopował ze mną kilkadziesiąt metrów zanim zacząłem mu na tyle przeszkadzać, że się zatrzymał. - Zagryzłem wargę, powstrzymując śmiech, przypominając to sobie. Eva uśmiechała się, słuchając mojej anegdoty z dzieciństwa, najwidoczniej również powstrzymując śmiech. - Potem podobno przez kilka dni byłem w takim szoku, że przez tydzień nie mogli wyciągnąć ze mnie słowa.
- Ile miałeś wtedy lat? - spytała blondynka, śmiejąc się.
- Nie wiem.. - odparłem, wzruszając ramionami. - Trzy, cztery... Byłem wystarczająco mały, by koń mógł sobie pobiegać ze mną na twarzy. Przemilczając fakt, że konie nie mają twarzy.
- Racja - przytaknęła Eva.
Powróciłem do naprawy ogrodzenia, usiłując poradzić sobie z umocowaniem obluzowanej deski.
- Jak ci mijają letnie dni? - spytałem, zerkając w międzyczasie na Niemkę.
- Ostatnio całkiem przyjemnie - przyznała. - Udało mi się zapoznać kilka miłych osób, dzięki którym dziś rano zaspałam. Właśnie, wybacz że nie przywitałam się kiedy przyszedłeś - dodała z przepraszającym uśmiechem.
- Nic nie szkodzi. Cieszę się, że przyszłaś teraz - odpowiedziałem, szarpiąc w tym samym czasie deskę, by sprawdzić jak się trzyma. - Musisz mnie kiedyś zapoznać z tymi osobami - wtrąciłem, podnosząc wzrok na Evę i unosząc kącik ust w lekkim uśmiechu.
- Oczywiście, przy najbliższej okazji - obiecała dziewczyna. Wyjęła z koszyka jedno z jabłek, pytając mnie: - Miałbyś ochotę?
Przyjąłem papierówkę, dziękując i wgryzłem się w nią, wycierając ją wcześniej o materiał koszuli.
- Twoja mama mówiła coś o szczotkowaniu psów - napomniałem. - Miałem się potem upomnieć o narzędzia.
- Och, oczywiście. Zaraz przyniosę dwie, to ci pomogę - zaproponowała Eva.
- Tak? Masz ochotę?
Dziewczyna kiwnęła głową, nie dając mi odwieść jej od swojego postanowienia i zniknęła mi z oczu na moment. Po chwili wróciła z dwoma dużymi szczotkami. Jako, że skończyłem pracę przy ogrodzeniu, przeszliśmy do mojego drugiego zadania. Eva wytłumaczyła mi jak mam podejść do szczotkowania psów i wzięła się za to razem ze mną, tłumacząc to tym, że niektórymi osobnikami woli zająć się sama.
Wypielęgnowanie dziewięciu kudłatych owczarków jest zajęciem ogromnie czasochłonnym, więc nikogo nie powinno dziwić, że zajęło nam to grubo ponad godzinę. W tym czasie rozmawialiśmy. O tym jak mijały nam ostatnie dni, co nas spotykało, wymienialiśmy się zabawnymi anegdotami, które przyszły nam do głowy. Ominąłem jedynie nieprzyjemny dla mnie temat poniedziałkowego spotkania z Beksą i resztą, za to skupiłem się na wypytywaniu Evy o najróżniejsze rzeczy, począwszy od jej upodobań w muzyce po jej ostatnie wakacje.
- Mmm... Przypomnisz mi po pracy, że miałem cię o coś zapytać? - spytałem, gdy kończyłem już czesać ostatniego z psów, który spokojnie rozkoszował się przyjemną pieszczotą.
- Czemu po pracy? - odpowiedziała pytaniem Eva, przekrzywiając lekko głowę z zainteresowaniem.
- Bo nie wiem czy mogę pytać teraz, czy powinienem to zrobić po skończeniu pracy - wyjaśniłem, tak jakby moje słowa były choć trochę logiczne.
- Pozwalam ci zadać pytanie teraz - zaśmiała się.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Lubisz spędzać koniec tygodnia na mieście?
- Hm? W jakim sensie?
- Wychodzić z domu i łazić po mieście, zaglądać na potańcówki albo spędzać czas w cichszych lokalach, w zależności od upodobań. Albo polecieć na fanaberie takie jak spacer po galerii sztuki. Czy też najzwyklejsze przejście się nad Wisłę.
- Z tobą? - spytała Eva, unosząc wysoko brew.
- Nie mówię, że ze mną, ale skoro pytasz... - Błysnąłem śmiałym uśmiechem.


< Eva? Wiesz, to taka dyskretna propozycja c: >

4.08.2017

Od Evy C.D. Janka

Usłyszałam cichy dźwięk odsuwanych kotar i przez lekko uchylone powieki dostrzegłam zalewające cały pokój światło słoneczne. Jęknęłam cicho, naciągając na głowę koc, by uchronić przed słońcem moje biedne oczy. Pod powiekami czułam pieczenie spowodowane niewyspaniem.
- Eva... - zaczęła cicho mama. - Wstawaj. Jest już po dziesiątej. Powinnaś zjeść śniadanie...
Momentalnie poderwałam się, siadając na łóżku. Od tego gwałtownego ruchu zakręciło mi się w głowie, nic sobie z tego jednak nie zrobiłam, wstając z łóżka. Spanie do tej godziny było dla mnie luksusem, jednak także rzadkością. W końcu musiałam zająć się zwierzętami...
- Powinnaś obudzić mnie wcześniej - powiedziałam z lekko słyszalnym w głosie wyrzutem.
- Późno poszłaś spać - zauważyła mama. - A Janek nakarmił już zwierzęta.
Na dźwięk imienia chłopaka od razu obróciłam się w stronę stojącej przy oknie mamy. Rzeczywiście, mieliśmy dziś środę, więc Janek był tutaj już od ponad godziny. Przeklęłam w duchu siebie, Braunów i cały wczorajszy wieczór. To przez ich odwiedziny późno poszłam spać.
Po moim powrocie z kawiarni, zastałam w domu rodziców i rodzinę przyjaciela mojego taty z wojska, Leona Brauna. Leon odwiedził nas wraz z żoną Katrin i trójką swoich dzieci; dwudziestodwuletni Marcusem, młodym żołnierzem, osiemnastoletnią Charlotte i dziesięcioletnim Erickiem. Na wspomnienie dwójki młodszego rodzeństwa nie mogłam się nie uśmiechnąć, jednak najstarszego nie darzyłam sympatią, pomimo jego zainteresowania moją osobą. Cieszyłam się jednak, że poznałam Lottę. Mimo roku mieszkania w Polsce, nie miałam tutaj przyjaciół, a dziewczyna od razu zachwyciła mnie swoim nieco oderwanym od rzeczywistości podejściem do życia, charakterem marzycielki i przyjacielskością. To głównie ją powinnam obarczać winą za swe niewyspanie, gdyż to ona raczyła mnie do późna swoimi zabawnymi opowieściami.
Teraz jednak, gdy mama powiedziała, że Janek jest u nas, całe moje zmęczenie zniknęło i czym prędzej wyjęłam z szafy zwiewną, lekką sukienkę z krótkimi rękawami i ubrałam ją na siebie, pochylając się, by nałożyć na stopy sandałki.
- Sukienka jest na lewej stronie - zakpiła mama, kręcąc z rozbawieniem głową. - W takim stroju raczej nie zrobisz wrażenia na Janku.
- Nie wiem, skąd ci to przyszło do głowy - starałam się mówić lekkim tonem, jednak po raz kolejny zdradziła mnie moja twarz, przybierając odcień jasnego różu.
Nie chcąc wdawać się z nią w dyskusje, wyminęłam ją i skierowałam się do łazienki, by przebrać sukienkę i się odświeżyć. Pomyślałam o tym, jak bardzo przewidywalna jestem, jeśli w grę wchodzi moja rosnąca sympatia do Janka. Potrafię doskonale kłamać, czego popis dałam przed niemieckimi żołnierzami, wyciągając Polaka z tarapatów. Jednak w tej sytuacji nie potrafię nawet ukryć idiotycznych rumieńców. Nie chciałam pokazywać, że zależało mi na obecności Janka, nie tylko na jego pracy, bo tata na pewno nie byłby z tego faktu zadowolony. I właśnie dlatego słowa mamy mnie speszyły.
Gotowa, przejrzałam się w lustrze i poprawiłam włosy. Wychodząc z domu, weszłam jeszcze do salonu, by przywitać się z tatą. Rodzice rozmawiali o czymś rozbawieni po niemiecku, najwyraźniej wspominając jakąś zabawną historię sprzed lat. Zaszłam także na chwilę do kuchni, by napełnić wodą duży dzbanek.
- Siadaj do śniadania - upomniał mnie ojciec, gdy skierowałam się do wyjścia.
- Najpierw idę upewnić się, czy Janek poradził sobie ze zwierzętami - wykręciłam się, wychodząc drzwiami na ogród.
Już od wyjścia zauważyłam biegającą przy koniach Kari i domyśliłam się, że i tam znajdę Janka. Niespiesznym krokiem skierowałam się w jego stronę. Przechodząc obok dużej jabłonki, przystanęłam na chwilę w jej cieniu i kucnęłam, zbierając z ziemi opadłe papierówki. Bez drabiny nie miałam szansy oberwać owoców nawet z najniższej gałęzi, a nie chciałam podskakiwać i robić z siebie spektaklu. Wrzuciłam jabłka do koszyka i powoli doszłam do padoku. Kari już chciała biec w moją stronę, machnęłam na nią jednak ręką, nie chcąc, by ujawniła, że tutaj jestem. Mogłam dzięki temu obserwować chłopaka, który kucając tyłem do mnie, poprawiał stare ogrodzenie wybiegu dla koni. Widząc, że każdy jego ruch uważnie śledzi kary ogier, a białe źrebię co jakiś czas trąca Janka pyskiem przez ogrodzenie, nie potrafiłam powstrzymać cisnącego mi się na usta uśmiechu.
- Bianka - westchnął Janek, odganiając młodą z rozbawieniem w głosie, ta jednak co kilka chwil postanawiała utrudniać pracę szatynowi. Kiedy skubnęła zębami podwinięty rękaw jego koszuli, nie zdołałam powstrzymać cichego śmiechu.
Chłopak natychmiast odwrócił się w moją stronę, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. W wyolbrzymionym geście ukłonił mi się na powitanie, co wywołało mój kolejny wybuch śmiechu. Podeszłam bliżej i położyłam koszyk z jabłkami obok narzędzi chłopaka.
- Tym dasz radę wykupić sobie odrobinę spokoju - zapewniłam, sama dając koniom po jednym jabłku, które z chęcią schrupały, a kary ogier, Kaszmir, zaczął tracąc mnie pyskiem, dopominając się o następne.
- Zdrajcy - mruknął Janek, patrząc na konie. - Jeszcze mogłabyś pomyśleć, że ich nie karmiłem - zauważył rozbawiony.
- Mama mówiła, że dziś ty zająłeś się obrządkami. Ufam, że doskonale poradziłeś sobie z końmi i psami - powiedziałam cicho. - Wiele lat temu, jeszcze w Niemczech, mieliśmy temperamentnego ogiera, Albana. Jako mała dziewczynka byłam jego ulubioną maskotką - zaśmiałam się, siadając przy Janku i wyjmując z koszyka jabłko, które zaczęłam pocierać w dłoniach. - Pozwalał mi na wszystko; jeździłam na nim, czasem nieco za mocno szarpnęłam jego grzywę, plątałam mu się pod nogami... Jednak gdy nadchodziła burza, zaczynał panikować. Bał się grzmotów. Często wtedy wymykałam się do jego boksu i po prostu tam siedziałam - sama nie wiedziałam, dlaczego opowiadam to Jankowi, więc zamilkłam.
- Przestawał się bać? - zapytał, wydając się naprawdę zainteresowany.
Pokręciłam smutno głową.
- Podczas jednej z takich burz nie domknęłam bramki od boksu, a Alban był jeszcze bardziej niespokojny, niż zwykle. Kręcił się, biegał, wierzgał... I uciekł. Gdy wydostał się na zewnątrz, było jeszcze gorzej. Tata chciał go złapać, ale ogier omal go nie stratował. Mi nie pozwolono się do niego zbliżać. Było ślisko, Alban zaczął uciekać, poślizgnął się na skarpie... To nie jest wesoła historia - ostrzegłam, nie wiedząc, czy kontynuować dalej.
- Mów - poprosił Janek.
- Złamał wtedy nogę - powiedziałam cicho, nabierając w płuca powietrza. Na pewno Janek zdawał sobie sprawę, co to oznacza dla konia... - Później nie mogłam znieść widoku koni. Mieliśmy ich wtedy jeszcze pięć, ale tata sprzedał wszystkie, widząc, że każdy przypomina mi o Albanie. Ta trójka - skinęłam głową w stronę padoku - to moje pierwsze konie od tamtej pory. Kaszmira mam od czterech lat, Pistację od trzech. Bianka jest młoda, ma kilka miesięcy. Tata od początku przyzwyczajał je do huku - dodałam cicho. - Nie boją się burz. Za to ja nadal spędzam je w stajni...
- Eva... - zaczął Janek zmieszany, najwyraźniej nie wiedząc, co ma odpowiedzieć. Widziałam, że moja historia zrobiła na nim wrażenie i zbeształam się w duchu za psucie nam obojgu humoru smutnymi opowieściami.
- Przyniosłam ci wodę - powiedziałam, wskazując na dzbanek, który także znajdował się w koszyku. - Na pewno przy pracy na słońcu doskwiera ci upał - uśmiechnęłam się lekko.

(Janek?)

3.08.2017

Od Janka C.D. Evy

- Rumienisz się... - szepnąłem, wpatrując się z niekrytym oczarowaniem w różane wypieki przyozdabiające jasne policzki Evy. Jej zmieszanie było chyba najsłodszą rzeczą, jaką mogły ujrzeć moje oczy.
- Ja? Naprawdę? - odezwała się, starając się zachować powagę.
- Tak. Bardzo ślicznie się rumienisz - odparłem, uśmiechając się do niej niewinnie.
Dziewczyna najwyraźniej zmieszała się jeszcze bardziej, ale na nieszczęście dla niej zrobiła jeszcze jedną rzecz, dla której nie mogłem nie westchnąć - lekko i dosłownie na moment, prawie niezauważalnie zagryzła dolną wargę, odwracając przy tym wzrok.
- Jako dżentelmen powinieneś udawać, że nie zauważyłeś - odpowiedziała.
- Przepraszam, jeszcze się uczę - odparłem tonem zabarwionym rozbawieniem. - Obiecuję, że w ciągu dwóch tygodni stanę się stuprocentowym dżentelmenem. I będę udawał, że nie zauważam tych uroczych rumieńców.
Eva nabrała powietrza w płuca, gotowa zamknąć mi moje bezczelne usta, ale ostatecznie tylko westchnęła i machnęła ręką.
- Uciekaj - poleciła, próbując się nie uśmiechać, choć widziałem ten pragnący ukazać się uśmiech.
- Do zobaczenia - dygnąłem grzecznie i zrobiłem kilka kroków w tył, zanim odwróciłem się przodem do kierunku, w którym miałem iść. Eva kiwnęła mi głową, teraz uśmiechając się już otwarcie. Rozeszliśmy się, ona wróciła do mieszkania, a ja skierowałem się w stronę domu. Jeszcze przez kilka minut nie mogłem przestać rozmyślać o uroczych rumieńcach Evy i uśmiechać się przy tym sam do siebie. Musiałem w tej chwili wyglądać jak idiota.
W końcu zdecydowałem się poukładać myśli i zacząć zastanawiać się jak spożytkuję resztę dnia. Wrócę do domu. Potem... pewnie poszukam chłopaków i spróbuję ich namówić na jakieś wyjście. Może pójdziemy nad Wisłę popływać. W takim upale byłoby to nawet wskazane.
Spróbowałem podwinąć rękawy jeszcze bardziej, co byłoby już niechlujstwem, ale nie mogłem wytrzymać tego gorąca. Nie udało mi się, więc rozpiąłem jeszcze jeden guzik koszuli. Teraz wyglądałem już całkiem jak lump, ale przechodzący obok mnie ludzie będą musieli to przetrwać. Tego gorąca nie da się wytrzymać.
Nie odszedłem jeszcze tak bardzo od dzielnicy, w której znajdowała się posiadłość Kastnerów, gdy usłyszałem znajomy głos wołający moje imię.
Rozejrzałem się i ujrzałem zbliżającego się do mnie Beksę, jednego z moich ulubionych ludzi. Ostatni raz widziałem go przed feralną akcją z zadymianiem kina. Fakt... potem w końcu do niego nie wróciłem. Pewnie dlatego teraz wołał mnie oziębłym "Janem", choć moim jedynym słusznym imieniem od wielu lat był Janek.
- Cześć - przywitałem się, niepewny czy mam się go bać, czy może jednak niekoniecznie.
Gdy wyższy ode mnie, czarnowłosy chłopak zbliżył się, byłem już pewny że powinienem się bać. Był ewidentnie zły, czarne brwi ściągnięte były w zawziętym wyrazie, a szare zimne oczy zdawały się strzelać iskrami lodu.
- Czego nie przyszedłeś pod piekarnię w piątek? - spytał niemal na mnie warcząc.
- Em... - zaciąłem się, zagryzając wargę w zakłopotaniu. - Jakby ci to wyjaśnić...
- Nieważne. Co robiłeś u Niemców?
- Hm? - spojrzałem na niego pytająco. Skąd wiedział? - Śledzisz mnie?
- Widziałem, jak wychodzisz. I rozmawiasz z jakąś dziewczyną. Kto to?
- Córka małżeństwa u którego pracuję...
- Nie żartuj sobie, w mieszkaniu pod którym cię widziałem mieszka niemiecki oficer.
Uniosłem brew w odpowiedzi, odpowiadając na jego chłodny wzrok bacznym spojrzeniem. Nie spodziewałem się, że wieść o mojej dorywczej pracy tak szybko się rozniesie.
- Skąd ty taki poinformowany? - zapytałem.
- Mój wuj mieszka dosłownie dwa domy dalej. Znam tą okolicę. Wiem kto pod jakim numerem mieszka. Więc? Czyżbyś pracował dla Niemca?
Skrzywiłem się mimowolnie, słysząc oskarżenie w tonie jego głosu. No tak, przecież czego mogłem się spodziewać, jak nie ostrej krytyki. Uwielbiałem Beksę, był świetnym człowiekiem, ale był też okrutnie regulaminowy i zasadniczy. Nie złamałby niepisanych zasad patriotycznej godności, podejmując pracę u Niemców, nawet gdyby kobieta taka jak Eva uratowała mu życie dziesięć razy.
- Nie rzucaj się tak - mruknąłem. - Pracuję dla niemiecko-polskiej rodziny, to chyba nie jest aż takie straszne?
- Oficer niemiecki - wysyczał ciemnowłosy, niemal plując jadem przy wypowiadaniu tych słów. - Ukamienują cię.
- Daj spokój, to tylko praca, nie przymierze z Hitlerem. Chodź, przejdziemy się, to ochłoniesz. Chyba, że nie masz czasu.
- Mam czas. - Włożył ręce w kieszenie i zaczął iść obok mnie. - Chodź ze mną do Szewca. Pochwalisz się wszystkim u kogo pracujesz.
- Żartujesz. - Zatrzymałem się na chwilę, obrzucając go buntowniczym spojrzeniem. - Nie będę się przed nikim chwalił.
- Mhm - mruknął chłopak, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z mojego protestu. W sumie czemu miałby... Jeszcze nigdy mu się nie sprzeciwiłem i najpewniej długo tego nie zrobię, co doskonale wiedział i wykorzystywał to w najmniej wygodnych dla mnie momentach. Był ode mnie starszy i przez wiele lat pozostawał moim niedoścignionym autorytetem, przez co mimowolnie byłem mu posłuszny. I takie podejście do jego osoby zostało mi aż do dzisiaj. Cholera.
Dom nad zakładem szewskim był jednym z kilku miejsc spotkań harcerzy. Było to mieszkanie chłopaka, którego ochrzciliśmy pseudonimem Szewc, ponieważ jego ojciec był szewcem i był właścicielem tegoż zakładu, a ponieważ spotykaliśmy się u niego często i mówiąc gdzie idziemy skracaliśmy zdanie zwrotem "idziemy do szewca", takie właśnie przezwisko się u niego przyjęło.
Dom Michała, ps. Szewc bywało często świetlicą dla zagubionych, niemających co robić chłopaków, więc przychodząc do niego o jakiejkolwiek porze, można było spodziewać się spotkać tu przynajmniej jedną osobę z Szeregów. Szewc mieszkał sam z ojcem, a ponieważ starszy szewc większość czasu spędzał w swoim zakładzie, Michał mógł gościć ludzi od rana do wieczora.
Tym razem w środku spotkaliśmy dwóch chłopaków z mojego nieistniejącego już zastępu, Nikodema i Jana ps. "Baran" - mojego niegdysiejszego zastępowego. Teraz Baran przewodził plutonem, a ja nie znajdowałem się pod żadną drużyną, podobnie jak Beksa.
Na nasze pytanie co tu robią, powiedzieli, że mieli iść dziś obejrzeć kilka rzeczy na stacji kolejowej za miastem w sprawie transportu czegoś, jak powiedzieli, ale dowódca w ostatniej chwili odwołał ich zadanie, więc mieli dziś dzień bez roboty.
- Więc skoro mówimy o robocie... - zaczął Beksa, krzyżując ręce na piersi. - Janek chciał się pochwalić nową pracą.
- Będziesz to teraz rozdmuchiwał to nie wiadomo jakich rozmiarów - mruknąłem z niezadowoleniem wypisanym na twarzy.
- Jan zatrudnił się u niemieckiego oficera mieszkającego obok mnie - oświadczył szarooki.
Reakcje całej trójki; Barana, Nikodema i Szewca były rozbrajające, szczególnie że dokładnie przewidziałem co zrobią i co powiedzą. Z cynicznym półuśmiechem wysłuchiwałem kazań i upomnień chłopaków, w szczególności zastępowego i nie odzywałem się, dając im mówić. Nie do końca skupiałem się nawet na tym, co mówią, jedynie wyłapywałem urywki, które spodziewałem się usłyszeć.
- Tak, wiem to wszystko - odezwałem się po kilku długich minutach. - Christian Kastner jest wojskowym w stanie spoczynku, jego żona to stuprocentowa Polka, a ich córka bardzo mi pomogła.
- Ach, wszystko jasne. Chodzi więc o dziewczynę - prychnął Nikodem.
Nie miałem ochoty ich przekonywać. Mogłem im wykrzyczeć, że uratowała mnie przed aresztowaniem i najpewniej jeszcze gorszym losem, ale po co? To i tak ich nie zmieni ich poglądów.
- Gdyby przynajmniej nie był emerytowanym oficerem... - zaczął swoją myśl Baran, który od dłuższego czasu najspokojniej w świecie siedział na parapecie. Podparł swój łokieć na kolanie, by podeprzeć podbródek na swojej dłonie. - Mógłbyś to wykorzystać.
Spiorunowałem go spojrzeniem za ten pomysł.
- Tylko byś spróbował coś mi kazać - warknąłem. - Nie wykorzystałbym dobrych ludzi.
- Przecież tylko głośno myślę - mruknął beznamiętnie plutonowy, przewracając oczami. - Ale nie myśl, że zostawimy tą sprawę w pokoju. Nic nie ginie w przyrodzie.
Również przewróciłem oczami. Zakończyliśmy temat. Sprawnie nadszedł kolejny, w którym jednak nie uczestniczyłem aktywnie. Byłem podminowany reprymendą chłopaków. Jakbym był pierwszą osobą pracującą dla... czy to ważne dla kogo? Nie dla nazistów, to się liczy.
Mimo wszystko przebywanie u Szewca nigdy nie mogło być nieprzyjemne. Ktoś być może ustalił taką zasadę, może to moje osobiste odczucie, ale tak już było. Ten dom był kojącą oazą sam w sobie. Wchodząc do niego, przypominało się te wszystkie razy, gdy przekraczało się ten próg, wszystkie słowa wypowiedziane przez obecnych przyjaciół, zapachy które towarzyszyły spotkaniom, zbiórkom i zebraniom, twarze ludzi przewijających się przez to wnętrze, nieważne ale zabawne zdarzenia, sytuacje kierujące do dalszych sytuacji umiejscowionych już w innych miejscach... przywołujących jeszcze więcej obrazów harcerskiego życia przed wojną.
Wspomnienia te otaczały to jedno, najnowsze. Wspomnienie zaczerwienionych policzków Evy i jej pięknego uśmiechu. Obraz ten, ożywiony przez dźwięk jej kojącego głosu zapisany w mojej pamięci, wywoływał mimowolny uśmiech na mojej twarzy. Ułożony wygodnie na kanapie w salonie Szewca, jak we własnym domu, odcięty od rozmowy między chłopakami, przypominałem sobie po kolei każde zdanie z dzisiejszej rozmowy z Evą i wzdychałem cicho. Było to męczące, ale sprawiało mi to pewną przyjemność. Toteż nie starałem się kierować myśli na inne tory.
- Janek... Jan... Jan, oszołomie, śnisz na jawie?
Poczułem, jak któryś z nich trąca mnie w ramię. Otrząsnąłem się natychmiast. Nagle spadło na mnie okropne uczucie zawstydzenia, jakbym został przyłapany na czymś kompromitującym.
- O czym tak rozmyślasz? Nie chcesz się tym z nami podzielić?
Miałem wrażenie, że w jednej chwili albo zbladłem albo poczerwieniałem na twarzy. Teraz, po wyrwaniu się z biernego rozmyślania i uświadomieniu sobie, na czym owo rozmyślanie się skupiało, czułem się strasznie zażenowany.
- Pewnie o córce oficera, co? - odezwał się Beksa, którego chuda twarz przyozdobiona była złośliwym, ponurym uśmiechem.
- Skoro już o tym mówimy - wtrącił donośnym głosem dowódcy Baran - to możesz zaczynać się zbliżać do tych ludzi. Może faktycznie uda się jakoś wykorzystać tą twoją pracę.
- Nienawidzę was - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.



Wraz z myślami o pracy u rodziny Kastnerów nachodziły mnie myśli o słowach Barana. Poważnie obawiałem się jego słów. Był człowiekiem niezwykle kreatywnym i podejrzewam, że w każdej sytuacji jest w stanie znaleźć korzyść. Czy to dla Szeregów, czy dla siebie. A na moje nieszczęście, w tej organizacji także obowiązywała hierarchia, więc zasadniczo mógł mi rozkazać zrobić wszystko, jako wyższy stopniem.
Rankiem, w środę, wstałem wcześnie i sprawnie wybrałem się do pracy. Zrobiłem sobie skromne, treściwe śniadanie składające się z kromki wczorajszego chleba z masłem i plastrem kiełbasy, popijając je mocną herbatą. Stojąc samotnie w kuchni, opierając się o blat kuchenny i trzymając ciepły kubek w dłoniach - matko, dlaczego to sobie robię w taki upał - starałem się uspokoić nerwowe myśli. Próbowałem wmówić sobie, że nie muszę zadręczać się na zapas. Że mogę skupić się teraz na pozytywach dzisiejszego dnia. W końcu zobaczę dziś Evę, tak?
- Janek? - usłyszałem cichy, dziewczęcy głos. W drzwiach kuchni stała Julia w nocnej koszuli. Miała nieułożone włosy i widoczne z daleka śpiochy pod oczami.
- Czemu wstajesz tak wcześnie? - spytałem siostrę.
Dziewięciolatka podeszła bliżej, tupiąc uroczo swoimi bosymi stópkami i usiadła na krześle przy stole. W odpowiedzi na moje pytanie tylko wzruszyła ramionami.
- Głodna? - zapytałem znów.
Pokręciła głową.
- Później zjem. Będę ci dotrzymywać towarzystwa, dopóki nie wyjdziesz do pracy.
- Hah. Dziękuję. - Uśmiechnąłem się lekko. Kochane dziecko. Dziewczynki są takie troskliwe. Zupełna odwrotność chłopców.
- Co będziesz dzisiaj robić?
- Być może będę oporządzać konie. Albo psy. Nie wiem... Najpewniej będę sprzątać wszystko, co popadnie.
- Jej, też chciałabym oporządzać konie. Weźmiesz mnie ze sobą?
Pokręciłem od razu głową. Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że nie mogę nic obiecywać siostrom, bo one już dopilnują, żebym dotrzymał słowa. Mniej problematyczne było po prostu powiedzenie im "nie".
Spojrzałem na zegar wiszący w przedpokoju. Dochodziła ósma. Powinienem wychodzić, żeby być na czas. Dopiłem sprawnie herbatę i skierowałem się do wyjścia, po drodze kładąc rękę na głowie Julki, by zmierzwić jej włosy.
- Wrócę za kilka godzin, zajmij się mamą i siostrą - poleciłem jej, nakładając buty.
- Miłego pracowania - odpowiedziała, pokazując szczerby pomiędzy zębami.
Opuściłem mieszkanie spokojniejszy. W jakiś sposób krótka rozmowa z Julką mi pomogła, choć zamieniliśmy zaledwie kilka, zdawałoby się, nic nie znaczących słów. Doceniałem jej "chęć dotrzymania mi towarzystwa".
Kilka minut przed dziewiątą byłem już pod domem Evy. Bez czekania przekroczyłem furtkę, pamiętając, że psy wypuszczone są tylko wieczorem i podszedłem pod drzwi domu. Otworzyła mi mama Evy, na wejściu zaszczycając mnie miłym uśmiechem.
- Dzień dobry, pani Kastner - przywitałem się. - Oznajmiam gotowość do pracy - dodałem z lekkim uśmiechem.
- Dzień dobry! Chodź, pójdziemy na podwórze. - Wyszła, zamykając drzwi i poszła ze mną drogą do ogrodu prowadzącą obok budynku mieszkalnego. Z przyklejonym na usta uśmiechem podążałem za kobietą, zastanawiając się co będę miał dziś robić. I czy Eva przyjdzie się przywitać. Ale oczywiście bardziej o tym, co będę miał dziś robić.


< Evcia? >