Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roderich&Wolfgang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roderich&Wolfgang. Pokaż wszystkie posty

30.06.2018

Od Rodericha do Wolfganga

Hilse machnął niewinnie rzęsami, uśmiechając się przymilnie.
- Jeśli Untersturmfuhrer wyda taki rozkaz - powiedział z przesadną uległością. - Nie odmówiłbym tak czy inaczej.
Młody podporucznik wstał i okrążając biurko, podszedł do niego. Był o wiele niższy i o wiele młodszy, bardzo blady. 
- Mam akurat wolną chwilę, śpieszysz się gdzieś? - spytał.
- Ależ skąd. Z chęcią udam się na ogląd więźnia, jak tylko otrzymam raport. 
- Nie przejmuj się, sam go dostarczę - Niemiec zbył jego gorliwość niedbałym machnięciem dłonią w bliżej nieokreślonym kierunku. Prowadząc Rodericha ze sobą korytarzem do schodów, którymi mieli zejść aż do piwnic, gdzie znajdowały się pomieszczenia do bardziej wymagających przesłuchań, przedstawił mu się nazwiskiem von Volkhardt. Austriak nie omieszkał zwrócić uwagi na szlachecki przydomek i zapytać z uprzejmości o jego pochodzenie, temat rozmowy został jednak szybko i dobitnie zgaszony. 
Weszli do wnętrza, które znał doskonale z poprzednich miesięcy swojej pracy, choć nigdy nie należało ono do jego ulubionych. Po prawdzie, nie podzielał upodobania niektórych gestapowców do przeprowadzania przesłuchań w tych zatęchłych, wilgotnych klitkach. Rozumiał element psychologiczny - ciemność, klaustrofobia, echo odbijające się od betonowych ścian, woda kapiąca z sufitu, potęgująca uczucie grozy. Mimo to bardzo nie przekonywały go takie warunki pracy; zdecydowanie preferował swój własny gabinet, co prawda jasny i wymagający sprzątania po każdej rozmowie, ale - na Boga - przynajmniej nie śmierdziało tam taką stęchlizną! 
W pomieszczeniu znajdował się więzień. Nie wyglądał gorzej niż większość tymczasowych rezydentów Szucha, ale widząc stan tejże większości, zasługiwał na współczucie. Albo miłosierny strzał w kark. Zgięte w pół, poobijane oblicze, z ust cieknąca krew, drgawki szarpiące słabymi ramionami. Poezja. 
- Cóż uczynił ten człowiek? - zapytał zwyczajowym, permanentnie teatralnym tonem Roderich.
- A czy to ważne? - Wolfgang skierował jego twarz na siebie, podnosząc mu głowę czubkiem buta. W oczach ofiary błysnął strach. - Sprzedawał informacje partyzantom. Opchnął cały transport z żywnością. 
- Czym byłoby życie bez przyjemności gastrycznych... - zauważył filozoficznie blondyn, stojąc cały czas nieco z tyłu. Jego towarzysz natomiast już zdążył sprzedać leżącemu mocnego kopniaka w brzuch. Hilse uniósł brew. Uznałby samego siebie za plebejusza, gdyby nie zauważył czystej finezji płynącej z jego działań, mających źródło zapewne w miesiącach praktyki. Oczywistym było jaki sposób przesłuchiwań preferował Untersturmfuhrer i nie mógł zarzucić mu braku profesjonalizmu. - Odnoszę wrażenie, że lubi pan to robić - stwierdził, uśmiechając się szeroko. Ach, było coś zabawnego w udawaniu oczytanego idioty. Jedną z tych rzeczy było prawdopodobnie to, jak wiele osób w to wierzyło. 
Młodzieniec, oddawszy jeszcze kilka kopniaków, zrobił krok do tyłu i powoli odwrócił głowę w stronę Rodericha.


< Wolfgang? >

27.06.2018

Od Wolfganga do Rodericha

Woda kapała, co w dużym i przerażająco cichym pokoju tworzyło upiorne echo. Potem był szelest. Konkretniej kroki.
- Powiedz mi... - zaczął Wolfgang - Jak to się stało...
Skulony pod ścianą człowiek zadrżał.
- Że cała tygodniowa dostawa żywności zniknęła... Magicznym sposobem...? - wysyczał Niemiec.
- J-ja naprawdę nic... Nie wiem... - prawie udławił się wymemłanym i zniszczonym kneblem.
- Oh, czyżby? - Wolfgang uśmiechnął się.
Paskudnie. Naprawdę paskudnie.
Człowiek pod ścianą zaskomlał.
- Powiedz mi... - zaczął ponownie, a tamten znów zadrżał, wiedząc, co to oznacza - Skąd podchodzisz?
Błękitne oczy Niemca przeszywały jeńca chłodnym, ostrym i pogardliwym spojrzeniem.
- Z-z Niemiec...
- Panie Wolfgang - warknął z naciskiem.
Okrążył powoli pokój, jak rekin wokół ofiary, tylko czekający na okazję, by zaatakować. W gruncie rzeczy tak było.
- A co powiesz na to?
Rzucił przed ofiarę, bo tak można było nazwać jeńca, był już bowiem udupiony w chwili, gdy Wolfgang spytał go o pochodzenie, małą, zniszczoną książeczkę.
Oczy ofiary rozszerzyły się, oddech przyspieszył.
- P-panie Wolfgang, j-ja-
- Milcz! - wydarł się - Rozmyśliłem się, masz do mnie mówić "panie von Volkhardt" - słowa były te tak niespodziewane i niepasujące do sytuacji, że jeniec automatycznie się rozluźnił.
- Błąd... - szepnął Wolfgang i kopnął zamaszyście w głowę ofiary.
Osunęła się ona na ziemię, z cichym stęknięciem.
- Myślisz, że co? Że mnie oszukasz? - jego syk był jak najgorszy koszmar - Doskonale wiem, że pomagasz tym polskim śmieciom; odkąd tu wszedłeś, już wiedziałem, że jesteś nic niewartym gównem!
Podniósł go za kołnierz, rzucił na ścianę, bo tamten nie był w stanie ustać, i wymierzył swój ulubiony kopniak w brodę. Stojąc z boku miało się wrażenie, że Wolfgang zrobił szpagata na stojąco. Ofiara była naturalnie wyższa, toteż musiał mieć swoje strategie.
Jeniec upadł, wydając bolesne westchnięcie. Gdy był w połowie drogi na ziemię, dostał kolejnego kopniaka, w brzuch. Zacharczał, obalił się na ziemię i zwymiotował. Wolfgang przycisnął butem twarz jeńca do ziemi.
- Fajnie się tarzać we własnych rzygach? - zapytał z uciechą i drwiną - Oby tak, bo to twoje miejsce.
I wyszedł. Gwizdając.
~*~
Siedział w swoim gabinecie, jeśli tak to było można nazwać. Skrobał sobie coś w swoim zeszycie, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Nie podniósł wzroku, tylko dalej coś pisał.
Drzwi otworzyły się.
Nadal nie podnosił wzroku, nadal uparcie pisząc.
- Czy pozwoliłem wejść? - dopiero teraz zdecydował się zaszczycić spojrzeniem gościa.
Był to szczupły, oczywiście wyższy, ciemny blondyn o, też oczywiście, niebieskich oczach.
- Ah, te nazistowskie przekonania... - zawiesił głos.
Mężczyzna patrzył nieustępliwie i czekał. Pewnie niższy rangą, pomyślał Wolfgang.
- Mów, mów! - zachęcił go sztucznym uśmieszkiem.
- Przyszedłem po raport z przesłuchania więźnia numer...
- Ah, to - przerwał mu i machnął ręką - Powiedz panom dowódcom - złożył ręce w piramidkę i przyłożył do ust, przez co wyglądał, jakby się zastanawiał - Że więzień... Nadaje się tylko i wyłącznie na tortury.
Zapadła cisza.
- Oczywiście, przekażę - odparł gość z dziwnym błyskiem w oku.
Wolfgangowi nie uszło to uwadze.
- Zaczekaj.
Tamten odwrócił się.
- Jak się nazywasz?
- Roderich Hilse.
- Hm... Oberscharführer, prawda? - u Wolfganga również zagościł błysk w oku.
Tamten skinął.
- A może... Ty chciałbyś wykonać te tortury? Na przykład ze mną? - na twarzy Wolfganga pojawił się uśmieszek, który poszerzał się z każdą sekudną.

Roderich? Zaraza, nie miałam pomysłu T_T