Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noah&Roderich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noah&Roderich. Pokaż wszystkie posty

6.08.2017

Od Rodericha c.d. Noah'a

Otworzył usta, zamierzając skrytykować swym ciętym językiem pośpiech Noah'a, zbesztać go za brak subtelności, wyzwać go od napalonych gówniarzy i rozpocząć tyradę na temat prawidłowego podrywania mężczyzn, ale głos uwiązł mu w gardle. Pocałunek wyższego cholernie mu się podobał. Jak na zwykłego "całusa", był bardzo przyjemny. Na tyle przyjemny, by na chwilę uniemożliwić mu jakąkolwiek reakcję.
W końcu, zamiast besztać młodszego, podziękował mu uradowanym uśmiechem.
- Więc Rosjanie witają się tak również po to, żeby nie było im zimno? - spytał, unosząc idealnie zagiętą brew. Położył dłoń na potylicy bruneta i pociągnął go do siebie, zmuszając by pochylił głowę. Cwaniak był o prawie całe dziesięć centymetrów wyższy od niego. Odwzajemnił pocałunek z nawiązką, na kilka długich sekund wpijając się w dolną wargę mężczyzny. Najchętniej nie odrywałby się od niego przez najdłuższą minutę, ale nie zamierzał dawać mu zbyt dużo radości. Puścił go, rzucając mu wyzywające spojrzenie i cofnął się o krok.
- Nie wiem czy generał Ybern już cię informował, ale zostałeś uwzględniony w naszej niedzielnej kolacji. Byłoby wspaniale, gdybyś przyszedł - powiedział zniżonym, mrukliwym głosem, mimowolnie jeszcze raz taksując go całego spojrzeniem.
Porucznik uniósł brwi, zaskoczony informacją.
- A to ci niespodzianka. Oczywiście, że się pojawię, ma pan moje słowo - odparł, unosząc kąciki ust w uśmiechu, który Roderich natychmiast odwzajemnił.
- Więc do zobaczenia w niedzielę - powiedział, po czym, nie rozwlekając pożegnania, odwrócił się i ruszył do swojego samochodu.



W niedzielę wieczorem zjawił się w umówionej restauracji, spóźniony o całe dwadzieścia minut. I wcale nie było to jego największe spóźnienie w życiu. Gdy zbliżył się do stolika, przy którym siedzieli już Ybern i Volker, generał rozmawiał żywo z porucznikiem, nie zdradzając - przynajmniej na pierwszy rzut oka - zirytowania jego spóźnieniem.
- Witam, panowie - przywitał się, prezentując białe zęby w szlagierowym uśmiechu. - Bardzo przepraszam za spóźnienie, źle rozporządziłem czasem. Zwykle nie zdarza mi się popełnić takiego błędu... - zaczął recytować ułożoną wcześniej w głowie formułkę, nie starając się jednak brzmieć nazbyt przekonująco.
- Spokojnie, Roderich. Siadaj, czekamy z zamówieniem - przerwał mu Ybern, rzucając mu wyrozumiałe spojrzenie.
- Na jaki temat rozmowy się załapałem? - spytał sierżant, siadając posłusznie i obdarowując obecnych przeuroczym uśmiechem.


< Noah? >

4.08.2017

Od Noah'a C.D: Roderich'a

Jak ja uwielbiam męczyć swoich ludzi! Tego dnia, jednakże przesadziłem. Pływanie w rzecze, rozgrywka w lesie, trening, potem tor przeszkód. Jeszcze tylu atrakcji im nie zafundowałem. Nawet zlitowałem się nad nimi i dałem im  dwie godziny przerwy, inaczej nie byli w stanie dojść do koszar z pola, na którym przygotowałem ów tor. Kucharka się zdziwiła, gdy zastała moich żołnierzy leżących gdzie popadnie. Kolacji nawet nie jedli, paru spało na podłodze, a kilku już na schodach. Może dwie, góra trzy osoby dały radę iść po schodach do pokoju. ale czy tam dotarli? Nie sprawdzałem. Sam musiałem się umyć, a była już późna godzina. Dojechałem do domu i nawet nie przywitałem się z głodnym kotem. Silniejsza była ode mnie potrzeba mycia. Zniknąłem w łazience, rozebrałem się do naga i myłem. Ledwo co zakręciłem kurek po doprowadzeniu się do stanu świeżości, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Wyskoczyłem jak poparzony, trochę się wytarłem i chwyciłem to co leżało mi pod ręką, czyli bieliznę i spodnie od munduru, krzycząc "Moment!". Nawet nie zapinałem ich, kogo o tej porze do mnie niosło?
Otworzyłem błyskawicznie drzwi, stając na chwilę jak wryty, widokiem jaki zastałem - Roderich'a.
Zaskoczenie samo malowało mi się na twarzy, liczyłem na jakieś uprzedzenie, a tu proszę. Blondyn sprawił mi milutką niespodziankę, jak i zapewne sobie, widząc mnie w tym stanie. Uśmiechnąłem się do niego, gdy skończył mówić i usunąłem, robiąc przejście w drzwiach.
- Sieg Heil sierżancie... - zacząłem, odzyskując tym samym zdolność do mowy. - Proszę wejść i się rozgościć - zachęciłem, robiąc gest dłonią.
Mężczyzna wszedł do mieszkania, rozglądając się po nim krótko, po czym usiadł na kanapie w salonie.
- Chce pan może napić się herbaty? - spytałem. 
- Bardzo chętnie, dziękuję. - odparł ze swoim słynnym uśmiechem.
Jako, że kuchnia była połączona z salonem mieliśmy na siebie widok. Postawiłem wodę w czajniku, zerkając kątem oka co porabia mój gość i z tego co zauważyłem, Sahir go zaczepiał, a raczej sprawdzał, póki co zachowywał bezpieczną odległość. Dopiąłem spodnie, bo nie wypadało chodzić w rozpiętych. I tak na wiele sobie pozwalałem, latając bez koszulki, w dodatku mokry. Wyjąłem tace z szafki, ułożyłem na niej dwie szklanki, do który nasypałem odpowiednią ilość herbaty, a następnie zalałem wrzącą wodą, gdy z czajnika wydobywała się para. Na wszelki wypadek wziąłem cukierniczkę i łyżeczkę. Zaniosłem wszystko, tak jak powinien to zrobić najlepszy kelner, przy samym Hitlerze. Miałem wczoraj okazję poznać go osobiście, a jaki był zadowolony po natychmiastowym wykonaniu jego polecenia. Niestety, Führer za bardzo się denerwuje, przez co najlepiej nie wygląda. 
Wyłożyłem wszystko na stolik, a potem usiadłem tuż obok błękitnookiego, zachowując stosowny odstęp. Tacę oparłem o nogę mebla, nie chciało mi się z tym latać.
-  Mogę spytać jak panu powiodły się poszukiwania? - podniosłem na niego wzrok, odbierając plik dokumentów, które zapewne musiałem dostarczyć swojemu generałowi.
Hilse uśmiechnął się cierpko, biorąc pierwszy łyk napoju. 
- Szpieg został odnaleziony, niestety martwy - urwał na moment.- Załączyłem raport z wczorajszej akcji, akt zgonu Amerykanina, dokumentację z przesłuchania łączniczki i skradzione dokumenty. 
Skinąłem głową otwierając na chwilę teczkę.
- Doprawdy, wspaniale się pan spisał - odparłem, przyglądając się na chwilę dokumentowi z przesłuchania. Czarna kulka w ten czas, wskoczyła na moje kolana i pochylała się do blondyna, by potem wepchać się w miejsce między nami i łasić się do niego. 
Starszy ponownie uniósł kąciki ust, gładząc Sahir'a po karku, co skutkowało ściąganiem powiek. Futrzak zdawał się być zadowolony z pieszczoty. 
- A jak tam u pana porucznika w pracy? - spytał pijąc niesłodzoną herbatę, jak ja.
W końcu sam wziąłem pierwszy łyk, odkładając dokumenty na blat stołu. 
- Dobrze. Dzisiaj zafundowałem swojej jednostce solidy wycisk, ledwo szli z powrotem do koszar. Niektórzy zasnęli na schodach, inni na podłodze, głodni nawet nie byli, więc na kolacje nie poszli. Chyba ciut przesadziłem z treningiem. Odbijałem w końcu za wczorajszy dzień, w którym spotykałem się z samym kanclerzem Niemiec.
Uniósł brew widocznie zaciekawiony, bądź będąc pod lekkim wrażeniem. - Ciekawie, a jak się miewa Der Führer ? - przeniósł na chwilę wzrok na kota, który postanowił lekko podgryzać palca mężczyzny.
- Wygląda  dużo gorzej, jak swój cień, widać, że stres i nerwy wzięły nad nim górę. Zapewne, gdyby dowiedział się o wycieku, ciężko byłoby go uspokoić. Niestety, trafiłem na zły moment. Jeden z poruczników skończył swój żywot w gabinecie Hitlera, nie wywiązał się z zadania jak należy - skrzywiłem się niemal niezauważalnie, pijąc powoli herbatę. - Swoje wykonałem bez zarzutu w ten sam dzień, a ten zwlekał ponad miesiąc - zauważyłem.
- Mein Gott, co też stres robi z człowiekiem - westchnął cicho. - Zapewne był zadowolony z pańskiej pracy. - stwierdził, uśmiechając się pod nosem. 
- Zapewne. Może pana sierżanta to uspokoi, nie wygląda aż tak źle, jak tamten Amerykanin - odparłem, kończąc napój. Odstawiłem pustą szklankę na stolik przyglądając się blondynowi i kotu, którzy chyba się polubili. 
-  To o tyle dobrze. Brał pan może udział w wymarszu w 39? - oparł się wygodniej o kanapę, patrząc mi prosto w oczy. Odgarnąłem mokre włosy w tył, przytakując.
- Brałem, na początku na Polskę, potem na Francję. Mimo niższego stopnia pomagałem dowódcom zorganizować ataki na niektóre miasta. Na pewno na Kraków i kilka, których nie pamiętam, jeśli chodzi o Warszawę, załapałem się na ostatki. Z Francją było podobnie. - zerknąłem na kota, który stwierdził, że starczy mu pieszczot. Zeskoczył z kanapy i z podniesionym ogonkiem powędrował do kuchni.
- Odniósł pan jakieś zaszczytne obrażenia? - spytał pół żartem.
- Niestety, muszę pana rozczarować, jednak żadnych nie odniosłem - powiedziałem spokojnie,  ze słynnym uśmiechem, goszczącym na mych ustach.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę o wojsku, sam nabijałem się z niektórych żołnierzy. Bardzo dobrze było nam w swoim towarzystwie, znaczy, takie odnosiłem wrażenie.
Niestety, czas mijał nieubłaganie i blondyn musiał się zbierać. Odprowadziłem go do drzwi, trzymałem za klamkę, chcąc otworzyć je sierżantowi.
- Dziękuję za herbatę panie Noah - uniósł kąciki ust.
- Nie ma za co. Ach. Panie Roderich, nim pana wypuszczę... - urwałem. Jak to mówią, "teraz albo nigdy", czy tam "raz się żyje". Przyciągnąłem go lekko do siebie, za biodra. Dłonią ująłem jego twarz, składając jednocześnie subtelny, acz namiętny pocałunek.  Blondyn nie opierał się, będąc w szoku.
- To tak na rozgrzanie, by panu nie było zimno - szepnąłem odsuwając się od niego, ze szczerym uśmiechem. Mężczyzna chwilowo nie kontaktował z życiem, wpatrując się we mnie niczym w obrazek. 

<Roderich? :3 > 

2.08.2017

Od Rodericha c.d. Noah'a

- Ja, dein Onkel... - westchnął Roderich, odprowadzając dziewczynkę wzrokiem. Mimo wyraźnego zaabsorbowania dzieckiem, kątem oka zauważył niespodziewany gest Noaha. Widząc, że mężczyzna zdecydował się pomachać jej na pożegnanie - jakie to niewinne i miłe, a jak bardzo niepasujące porucznikowi SS - w jednej chwili spojrzał na niego z zupełnie innej strony.
Jak miło, że nie jesteś ponurym, nadętym Niemcem. Imponujesz mi.
- Nie ma nic wspanialszego niż dzieci, prawda? - spytał, jeszcze raz zerkając na nadpobudliwą dziewczynkę. - Nigdy nie robią się nudne, mają takie pomysły, jakie nam w życiu nie przyszłyby do głowy.
- Lubi pan dzieci? - zapytał Noah.
- Uwielbiam. To jedne z najwspanialszych stworzeń na świecie - przyznał, rzucając ostatnie spojrzenie na orbitującą wokół matki dziewczynkę i z powrotem oddając całą swą uwagę Noahowi. - O co mnie pan pytał? O Austrię. Nic ciekawego. Jeśli nie lubi pan gór, to nie wiem czy mogę ją polecić jako miejsce na wakacje. Wszędzie daleko, wysoko i dużo śniegu w zimie. Widoki są cudne, ale zdecydowanie bardziej cenię dostęp do cywilizacji i rozrywki kulturalnej na nieco wyższym poziomie. Pod tym względem polecam Wiedeń. Prawie dorównuje niemieckim miastom.
Porucznik przytaknął z filiżanką kawy przy ustach, po czym zapytał:
- A jak się panu pracuje w Warszawie?
Roderich nie odpowiedział od razu. Zajął się dopijaniem swojej kawy i pozornie niewinnym obserwowaniem Noah'a. Rozmyślał o tym, że bardzo pasowałyby mu jasne włosy. Jego oczy w kolorze głębokiego błękitu były przewspaniałe. Idealne. Rysy twarzy nie zostawiały nic do życzenia. Męskie, a jednak mające w sobie coś z poezji. Trochę, nie za wiele, bo gdyby było jej za dużo, też nie byłoby dobrze. Wspaniały niemiecki mężczyzna, cóż więcej dodawać?
- Z zasady nie umieram z nudów. Są pozytywy siedzenia w Polsce: mogę się uczyć polskiego - wzruszył beznamiętnie ramionami, absolutnie nie dając po sobie poznać, jakie myśli zajmują jego umysł. - Ale do teatru tu nie pójdę, niestety. Lubię jednak rozumieć o czym do mnie mówią. - Zamilkł, jednak po chwili dodał: - Teraz zobaczę, czy wygodnie pracuje się tu w terenie, ganiając za poszukiwanym kolegą. Może będzie ciekawie.
Kawa wystygła szybko. Roderich oddał się jednej ze swoich ulubionych czynności - mówieniu, rozwijając podsunięte przez czarnowłosego tematy. Nie czuł się z tym źle, wręcz przeciwnie. Wylewanie z siebie potoku nic nie znaczących słów w pewien sposób go relaksowało.
Kończąc ostatni łyk swojego napoju, nie omieszkał zwrócić na to głośno uwagi. Dopiero wtedy zauważył, że Noah skończył swoją jeszcze wcześniej.
- Zanudzam pana? - spytał, unosząc lekko prawą brew. Uśmiechnął się przy tym pogodnie, by dać mu do zrozumienia, że odpowiedź twierdząca nie będzie dla niego krzywdząca.
- Nie, jest pan doprawdy ciekawą osobą. Miło się z panem rozmawia - odparł Noah, prezentując swój zniewalający wręcz uśmiech.
- Bardzo mi miło z tego powodu - podziękował Roderich, zerkając ze smutkiem w pustą filiżankę. - Nie sądzi pan, że kończy nam się czas?
- Chce pan wracać?
- "Chcę" to zdecydowanie niedopasowane słowo, ale nie skończyłem jeszcze pracy - wytłumaczył, spoglądając głęboko w niebieskie oczy porucznika. Był nadzwyczaj rozluźniony, w przeciwieństwie do większości osób informujących o tym, że są zmuszone opuścić swego rozmówcę. Wierzył w zrozumienie bruneta i miał nadzieję, że się nie obrazi.
- Oczywiście - przytaknął Noah. - Odwiozę pana.
Roderich wyciągnął swój portfel, by wyłożyć zapłatę za kawę na stół. Powstrzymał go jednak łagodny, choć ewidentnie stanowczy głos mężczyzny:
- Panie Hilse. Płacę za nas obu, proszę nie wyciągać pieniędzy.
- Jest pan pewien? - spytał Roderich, podnosząc na niego wzrok.
- Całkowicie - przytaknął z uśmiechem. - Mam nadzieję, że się pan zgadza.
- Jeśli tak pan sobie życzy, to nie będę się opierać. Dziękuję - odwzajemnił wdzięcznie uśmiech.
Po tym, jak Noah wyłożył na stół zapłatę za ich kawę, obaj wojskowi skierowali się do wyjścia. Austriak nie mógł powstrzymać intensywnej chęci przestudiowania każdego ruchu Niemca, od wyciągnięcia papierowych złotych z portfela do złapania za klamkę od drzwi swojego samochodu. Podobały mu się pewność i gracja, które widział w jego ruchach. Nietrudno było mu wyobrazić sobie jak wiele kobiet się do niego przystawia.
- Kocham niezobowiązujące rozmowy - wymruczał Roderich, wpatrując się w przednią szybę, gdy samochód Noaha zatrzymał się przed bramą strzegącą wjazdu na teren UB - ale koniecznie musimy się jeszcze kiedyś spotkać bardziej prywatnie.
Nałożył lekki, subtelny akcent na ostatnie słowo. Zerknął kątem oka na przystojnego porucznika i uniósł kącik ust w uśmiechu. Ofiarowawszy mu to z pozoru niewinne, acz znaczące spojrzenie, opuścił pojazd, żegnając się krótko.
Szeroki uśmiech nie opuścił go aż do powrotu do swojego gabinetu.

30.07.2017

Od Noah'a C.D. Roderich'a

Odprowadzałem dziewczynę wzrokiem, aż za ladę, gdzie zajęła się swoimi podstawowymi czynnościami. Nie pasowało mi coś w jej zachowaniu, odnosiłem wrażenie, że w tej kawiarni zajmują się szmuklerstwem, albo utrzymują kontakt z polskimi powstańcami. Podniosłem wzrok na blondyna, zastanawiając się chwilę nad odpowiedzią. Nie powiem przecież, że wpadł mi w oko i chciałem wybadać czy jest homofobem. Trzeba było wybrnąć z tego inną drogą, do głowy od razu wpadła mi następująca odpowiedź:
– Amerykanin nie zając, nie ucieknie zbyt szybko i to w dodatku panu sierżantowi. Sądzę, że pan złapie go, nim ten zdąży zjeść swoje śmieciowe jedzenie – zauważyłem, biorąc pierwszy łyk niesłodzonej kawy. Nie przepadałem za cukrem i mlekiem jako dodatkiem. Miałem wrażenie, iż psuły cały smak tego wspaniałego naparu.
– Schlebia mi pan, aczkolwiek postaram się, by tak właśnie było – zapewnił, z typowym dla niego uśmiechem, który cały czas gościł na jego twarzy. – Jeśli mogę spytać, od jak dawana jest pan porucznikiem ? - przymrużył lekko oczy, jakby chcąc mnie prześwietlić na wylot. Widać skutek uboczny pracy, jaką się zajmował. Podsunął filiżankę do swoich wąskich, a zarazem namiętnych ust, by upić kolejny łyk napoju.
– Od ponad roku... - stwierdziłem. – A pan, długo jest sierżantem? Wydaje mi się, że należy się panu znacznie wyższy stopień – odparłem, puszczając mu oczko, wyginając kąciki warg zawadiacko.
Uśmiech starszego mężczyzny od razu pobladł.– Jestem starszym sierżantem, od zdaje się, ośmiu miesięcy. Nosiłem stopień porucznika, jednak został mi on odebrany – odpowiedział. Nie byłem zbytnio z tego, co usłyszałem zadowolony. Kto by był? Komuś właśnie zmarnowali pół życia ciężkiej pracy! Aby awansować na taką pozycję, trzeba wypełniać każdą misję, być na każde zawołanie Hitlera. Nie wspomniawszy o tym, że równało się to ze spełnianiem zachcianek generała, czy też marszałka...
– Zatem popełnili spory błąd – stwierdziłem, krzywiąc się.
– Możliwe, ale mogę panu powiedzieć, że zaniżenie stopnia nie jest tak straszną krzywdą, na jaką może wyglądać. Jeśli ustawi się pan odpowiednio, może pan żyć sobie nadal tak wygodnie, jak z trzema kwadratami na kołnierzu. Oczywiście na Szucha, nie wiem jak u Was – oparł się wygodniej o oparcie krzesła, ponownie degustując się kawą.
– Niektórzy mają tę samą rangę co ja, a nie robią nic, więc jest to kwestia znajomości. Ja niestety latałem po misjach, zaraz, gdy ukończyłem studia oficerskie i nadal latam – zaśmiałem się cicho, w jak bardzo żałośnie jestem położony. Gdybym był blondynem, a nie brunetem, to prawdopodobnie mógłbym siedzieć i się obijać na stołku. Jak moi teoretycznie dobrzy koledzy.
– To ile pan ma lat, skoro zdążył pan je skończyć? - czułem baczny wzrok błękitnookiego na sobie. Miałem wrażenie, że ciężko mu chwilowo w cokolwiek uwierzyć, a raczej zrozumieć.
– Dwadzieścia cztery, wiem, że brzmi to niedorzecznie..., ale mając jedenaście lat, byłem już po maturach, rok później rozpocząłem studia – wypiłem dwa, może trzy łyki parzonych, zmielonych ziaren o nęcącym zapachu.
–... Przepraszam. Niech mi to pan wyjaśni, bo nie rozumiem. Zaczął pan studia w wieku dwunastu lat? - uniósł mimowolnie brwi do góry, w widocznym niedowierzaniu. Ponownie uniósł naczynie z naparem, czując silną potrzebę napicia się. Większość reagowała bez wszelkich skrupułów, wybuchając śmiechem lub udając, że kłamię. Zdawali sobie sprawę, że jestem osobą szczerą, ale jakoś nie potrafili przełknąć takiej informacji bez dowodów. Wtedy brałem ich do mieszkania, gdzie pokazywałem wszystkie dokumenty, potwierdzające moje stopnie w nauce.
– Tak, szedłem szybciej z programem nauczania, dlatego skakałem z klasy do klasy – wytłumaczyłem.
– To musiał pan iść naprawdę szybko z tym programem – odparł, ze słyszalnym podziwem w głosie. – Powinni o panu pisać w gazetach – dodał, na co pokręciłem głową przecząco. Powiedziałem, że nie przepadam za rozgłosem, jak i, że sam o to musiałem dbać w imieniu rodzicieli.
– Słusznie, potem trzeba się męczyć z niezdrową rozpoznawalnością – rzekł na to, a ja zaraz przytaknąłem. Wprawdzie sporo się uczyłem, czytając książki, poznawałem nowe słowa, uczyłem się ich znaczeń... Sporo ich było, widać matka mnie kochała zadręczać lekturą.
– Miło by było, gdyby pan o tym nikomu nie wspominał – urwałem na chwilę.- Z tego, co słyszałem na koszarach, jest pan Austriakiem? - zagadałem. - Jeszcze nie miałem okazji odwiedzić tego państwa, byłbym wdzięczny, gdyby opowiedziałby mi pan co nieco o swojej ojczyźnie, nim ją opuścił – uśmiechnąłem się, powoli opróżniając kubek z czarną cieczą.
Spojrzałem jeszcze kątem oka na paru wystraszonych chłopaków, którzy ukradkiem patrzyli w naszym kierunku. Zauważyłem także, jak mała dziewczynka, wiekiem podobna do mej kuzynki, szła w naszym kierunku. Opiekunka stała zaś przy ladzie i składała zamówienie.
Mama! Mama! Meine Onkel!- krzyknęła niezbyt poprawnie, widać uczyła się dopiero co mówić. Wskazała na nas z szerokim uśmiechem na twarzy, a kiedy jej rodzicielka skapnęła się, co się święci... Czyli dzieciuch pragnął obrać, któregoś z nas za cel i się przytulić. Zaraz oderwała się od miłej rozmowy z kelnerką i złapała swą córkę, która upodobała sobie Roderich'a i była zaledwie metr od niego. Znakomicie kryłem swoje rozbawienie, pod zobojętniałą mimiką.
Entschuldigen Sie bitte, moja córka tęskni za wujkami, jeszcze raz panów przepraszam za nią – powiedziała niemal pokornie szatynka, o ciemnym odcieniu błękitu.
Szybciutko zabrała młodą blondyneczkę, która do nas machała. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale również jej odmachałem. Dzieciak przez to się szczerzył od ucha do ucha, ale już grzecznie stała przy maminej spódnicy.

<Roderich ? Reakcja na dzieciaka? ; v >



28.07.2017

Od Roderich'a c.d. Noah

- Czy sprawa wagi państwowej będzie miała tyle czasu? - spytał Roderich, unosząc pytająco brwi.
- Proszę się o to nie martwić, wiadomość od Pana zostanie dostarczona na czas. Interesuje mnie raczej, czy Pan ma wolną chwilę.
Starszy sierżant przyjrzał się młodemu porucznikowi, składając akta amerykańskiego szpiega i odkładając je na bok. Mężczyzna był postawny i wysoki; mógłby być wzorem dla komisji wojskowej przy wybieraniu rekrutów. A gdyby miał inny kolor włosów, jego podobizna mogłaby widnieć na plakatach propagandowych w niemieckich miastach. Roderich podejrzewał, że jego budowa zapewne zalicza się do tych, których on mógłby zazdrościć, gdyby naprawdę były mu potrzebne.
- Na kawę z porucznikiem zawsze znajdę wolną chwilę - odparł z uśmiechem. - Jakie miejsce pan proponuje?
- Niedaleko stąd jest przyjemna kawiarnia. Oferuję swój samochód jako transport.
- Świetnie. Po drodze przytoczy mi Pan więcej ciekawych historycznych postaci - rzucił półżartem Austriak, kierując się wraz z niemieckim towarzyszem do wyjścia.
Idąc korytarzem ramię w ramię z Noah'em, Hilse nie mógł zignorować faktu, iż od pułkownika dzieli go całkiem spora różnica wzrostu. Co najmniej dziesięć centymetrów. Wyższy stopniem i wyższy wzrostem, choć młodszy. Jakie to urocze.
Na parkingu czekał na nich piękny, czarny Mercedes, na widok którego najodpowiedniej byłoby przeciągle zagwizdać.

*mam defekt mózgu i nie potrafię złożyć w tym miejscu ani jednego zdania, więc robię przerywnik*

Po pięciu czy sześciu minutach jazdy Noah zaparkował samochód przy chodniku przy jednej z kawiarni. Był to lokal, który Hilse wielokrotnie widział, jadąc do pracy, ale nigdy nie odwiedzał lub pojawił się raz, ewentualnie dwa.
Dwójka esesmanów wkroczyła dumnie do środka, swoimi mundurami przyprawiając wszystkich obecnych o suchość w gardle. Roderich postanowił przywłaszczyć sobie przywilej wybrania miejsca i zasiadł przy stoliku w głębi lokalu, z widokiem na całe wnętrze i wszystkie inne stoliki. Gdy Noah dosiadł się do niego, natychmiast zjawiła się kelnerka pytająca o zamówienie.
- Czarna parzona - powiedział czarnowłosy i spojrzał pytająco na starszego sierżanta.
- Również - oznajmił Roderich, przeszywając młodą kelnerkę toksycznie jowialnym spojrzeniem. Ta widocznie pobladła na twarzy i pospiesznie odeszła, starając się przypadkiem nie spojrzeć w oczy blondynowi. Ten, oderwawszy od niej wzrok, powrócił do Noah'a:
- Więc co słychać u szanownego generała? Widziałem się z nim może dwa razy w życiu. Wyglądał wtedy całkiem żywotnie, ale było to dosyć dawno; wszystko mogło się zmienić. Dobrze sobie radzi? Nie stracił całkiem włosów od tych amerykańskich szpiegów?
- Cóż, ile stracił to stracił. Każdego kiedyś to czeka - odparł porucznik, uśmiechając się pod nosem.
Ta sama kelnerka, którą Roderich wcześniej straszył wzrokiem, przyniosła wojskowym kawę w ładnej, gustownej zastawie. Austriak uniósł swoją filiżankę i upił ostrożnie łyk napoju.
- Dlaczego zaprasza mnie Pan na kawę, podczas gdy powinien mnie Pan w imieniu generała natychmiast wykopać z gabinetu i zagonić do tropienia? - rzucił pytaniem prosto z mostu, patrząc w oczy Noah'owi. Jego pytanie zabrzmiało nadzwyczaj poważnie, choć zostało przyozdobione nigdy niegasnącym uśmiechem sierżanta.


< Noah? >

26.07.2017

Od Noah'a C.D. Roderich'a

Uniosłem lekko kącik ust z policzkiem, przez co pojawił się delikatny zarys dołeczka; był to jeden z filmowych, zniewalających uśmiechów, którymi się posługiwałem. Schowałem kopertę do ukrytej, wewnętrznej kieszonki munduru, zaś z tej zewnętrznej na prawej piersi wyjąłem wizytówkę z faksem i adresem zamieszkania.
- Przekażę - przytaknąłem patrząc prosto w oczy rozmówcy. -  Mam do Pana sierżanta drobną prośbę. Zapewne się domyślasz generał w nerwach błyskawicznie pisał list, obstawiam, że zapomniał o kilku ważnych szczegółach. Dlatego proszę tylko o to, by wycisnąć z tego Amerykanina nim skończy jak ofiara Gilles'a de Rais'a, gdzie są papiery i lokalizację łącznika z nim, a bazą - urwałem na chwilę podając mu wizytówkę ze swoimi danymi kontaktowymi. - Co do ceny, jak pan zdobędzie te informację to uzgodnimy miedzy sobą, będę wdzięczny za kontakt - odparłem.
Blondyn wziął karteczkę przyglądając się uważnie czarnemu tuszowi ukształtowanego w litery, a te zaś w wyrazy i liczby.
- Ależ poruczniku Noah, amatorem nie jestem, wyciągnę z niego wszystko co panu może być potrzebne - powiedział miłym dla uszu tonem. - Gilles de Rais powiadasz? - wygiął wargi w uśmiechu. Nie mogłem zaprzeczyć jak na osobę starszą od poszukiwanego Amerykanina wyglądał dużo młodziej i to ile młodziej. Obstawiałbym jego wiek od trzydziestu trzech do trzydziestu pięciu lat maksymalnie, choć pewno bez tej wskazówki, którą niechcący wygadał dałbym mu dwadzieścia sześć lat.
- Wierze w pańskie słowa i na to liczę - poprawiłem nieco swoją postawę na tą luźniejszą. - Gilles De Rais był francuskim żołnierzem, mordercą i gwałcicielem, został skazany na stracenie za zwabianie młodych chłopców do swej posiadłości, w szczególności blondynów o błękitnych oczach, których sobie upodobał, gdzie ich gwałcił, torturował i ranił, masturbując się siedząc na umierającej ofierze... Zapewne Hitler kazałby zafundować temu francuskiemu żołnierzowi najlepsze tortury, szkoda, a może i lepiej, że żył dobre pięćset lat temu - zawiesiłem na chwile wzrok na włosach Roderich'a oraz tęczówkach jakby chcąc mu pokazać iż równie dobrze sam mógłby paść ofiarą w XV wieku za dzieciaka.
Widać efekt przesiadywania całego dzieciństwa w książkach historycznych, czy też nosem w treściach o mordercach ukazywał się w najgorszych momentach. Zresztą, mało kto słyszał o tym zbrodniarzu, nie pamiętam w której księdze to było, czy też kolega mi nie tłumaczył z francuskiego, ale gdzieś było szczegółowo opisanie jak dokładniej zabijał. Niekiedy potrzebowałem chwili aby sobie coś przypomnieć, choć irytowało mnie jedno. Zawsze, kiedy był idealny czas by powiedzieć coś o zabójcy, czy też jakąś ciekawostkę zapominałem o postaci paru ważnych informacji, dopiero na drugi dzień mój mózg postanawia przypomnieć mi o tym albo w porze obiadowej, albo kiedy świetnie się bawię pozostawiając większą chęć dopowiedzenia tego.
- Cóż za barwna postać! Nie mam pojęcia jak wyglądałby jego proces w dzisiejszych czasach, ale chętnie posłuchałbym jego wyjaśnień. A co do szanownego Fuhrera... -spojrzał na duży portret Hitlera na ścianie, który znajdował się w jego gabinecie. - Nie sądzi pan że mają podobne mniemanie o tym, co piękne? - powiedział znacznie ciszej, nie chcąc zapewne by brzmiało na oczernianie twórcy niemieckiej ideologi.
Wprawdzie nie interesowałem się tym co kanclerz prezentował, niektórzy z rasy aryjskiej byli brzydcy jak noc listopadowa. Zdecydowanie wolałbym uratować przystojnego szatyna o zielonych oczach, tylko dosłownie marnują się w obozach. Chociaż, ten konkretny pan sierżant był nieziemsko przystojny jak i dzieciak, którego rozkazano mi pilnować.
- Nie zaprzeczę - odpowiedziałem przelatując wzrokiem po obrazie naszego wodza, zaraz jednak zwróciłem swoją uwagę na rozmówcę. - Jeśli ma Pan jeszcze chwilę przerwy, zapraszam na kawę - zaoferowałem błękitnookiemu, zerkając na zegarek, który miałem na nadgarstku sprawdzając, czy nie jest za późno. Minęło dopiero piętnaście minut odkąd tu się zjawiłem, więc śmiało można było iść i wypić ten wspaniały napój.

<Roderich? :3 >





Od Rodericha c.d. Noah'a

Roderich oddał się odczytywaniu listu, leniwie przesuwając wzrok po ściśle zapisanych linijkach tekstu. I im dalej posuwał się jego wzrok, tym jego brwi oraz kąciki ust unosiły się wyżej. Och. Ale dlaczego on? Czy nie było innych chętnych, mogących zabić za to zadanie? W końcu Lucas Fort najwyraźniej nie był pierwszą lepszą płotką wysłaną przez Amerykanów. Jeśli generał Ybern nie bagatelizował zagrożenia, jakie stanowiła ta osoba, to stawka mogła być faktycznie wysoka.
Informacja musiała być tajna lub przynajmniej ograniczona. W przeciwnym razie w jego gabinecie już znalazłby się ktoś wrogim tonem oferujący przejęcie sprawy. Tak, złapanie szpiega nie było byle jakim osiągnięciem. A w szczególności szpiega mogącego zwalić Niemcom na kark całą armię Amerykanów. Bezczelnych, żujących gumę Amerykanów. Mein Gott, cóż to za tragedia.
Mimo niewątpliwej powagi sytuacji umysł Rodericha w większym stopniu zajmowała kwestia o wiele mu bliższa i ciekawsza. Mianowicie, czym sobie zasłużył na obarczenie go takim zadaniem. Pomijając jego niestwierdzoną jeszcze atrakcyjność. Czy było to okazanie uznania, czy może jawna złośliwość? W końcu to nie Roderich był od łapania wrogów narodu niemieckiego. Tropieniem i łapaniem zajmowali się młodzi, prężni, ambitni oficerowie, pokazujący wszem i wobec, że są nieugiętymi myśliwymi i potrafią wytropić każdego, choćby zakopanego pod ziemią szczura. Szczycą się wykonanym zadaniem i zbierają odznaczenia. A gdy wytropiony przez nich szczur okazuje się być zbyt twardy i można sobie na nim połamać zęby, owi myśliwi podrzucają go siedzącemu spokojnie na Szucha Roderichowi, by ten go zmiękczył i w zaciszu swego gabinetu wyciągnął z niego to, czego pragnęło dowództwo. Informacje.
Ale nie był za to nagradzany. Zwyczajnie odbierano mu owoce jego pracy, którymi były właśnie informacje i najczęściej szybko oddalano się z niesmakiem na twarzy. Czasem towarzyszył temu komentarz odnośnie nieludzkich metod i bestialskiego katowania. Zero wdzięczności. Zero pochwał.
Więc stała za tym chęć dania mu okazji do wykazania się czy złośliwy rozkaz biegania po całej Warszawie i uganiania się za problematycznym szpiegiem? Austriak nie miał najmniejszego pojęcia, ale ta kwestia wydawała się mu być szalenie intrygująca. Generał Ybern nie był mu postacią dobrze znaną. Oczywiście znał jego nazwisko doskonale i widział się z nim kilkakrotnie. I jeśli być drobiazgowym, to dokładnie dwa razy. Za każdym razem na sądzie wojennym. Podczas dwóch rozpraw, kiedy to Roderich przywołany został na ławę oskarżonych. Ale ich kontakt wtedy nie był na tyle bliski, by mógł teraz stwierdzić jakie uczucia żywił do niego generał. Nie wiedział też kto i z jakimi intencjami mógł mu go "polecić".
Gestapowiec w końcu oderwał wzrok od tekstu, nad którym siedział już i tak za długo i skupił się na poruczniku, któremu dziś przyszło robić za gońca pomiędzy szanownym generałem i stojącym absolutnie nisko, niewiele znaczącym sierżantem. Starszym sierżantem. Ex-porucznikiem.
Od razu uderzyło go jak młodą osobą jest porucznik Noah. Ile mógł mieć lat... 25? Na pewno nie więcej. Dwudziestopięcioletni porucznik. Lub młodszy. I mimowolnie odczuł irytację, jak za każdym razem, gdy dane mu było obcować z kimś młodszym od niego na wyższym stopniu.
Ale porucznik Noah był przystojnym, czarującym młodzieńcem, więc być może jego stopień i wiek zostaną mu wybaczone.
- Poruczniku Noah - odezwał się Roderich, obdarowując go przemiłym uśmiechem. Mężczyzna zareagował na swoje imię ledwo dostrzegalnym drgnięciem policzka, co było oczywiście naturalną reakcją. Zapewne zaraz domyślił się, że jego imię padło w liście i dlatego jest sierżantowi znane, więc jego na twarz z powrotem wrócił całkowity spokój. - Zechce porucznik poczekać chwilę, aż odpiszę?
- Naturalnie - odparł brunet. - Decyduje się pan przyjąć zlecenie?
Nie doczekał się natychmiastowej odpowiedzi. Roderich przeglądał już teczkę z dokumentami poszukiwanego, całkowicie odcinając się od swojego rozmówcy. Z uwagą śledził dane Amerykanina, na dłuższą chwilę zatrzymując się przy jego zdjęciu.
- Mój Boże, jest młodszy ode mnie, a wygląda co najmniej na czterdziestolatka - wymamrotał do siebie, podpierając skroń dwoma palcami. - To przez tą amerykańską dietę? Powiedz mi, że ja tak nie wyglądam...
- Mam panu tak powiedzieć? - usłyszał pytanie Noah'a. Podniósł rozkojarzony wzrok na mężczyznę, a gdy po chwili zrozumiał sens owego pytania, uśmiechnął się z oczarowaniem.
- Nie musi pan, poruczniku - odparł, po chwili wracając do lektury.
Przejrzawszy całą kartotekę, zwrócił się do mężczyzny.
- Przyjmuję zadanie - oznajmił, odpowiadając na wcześniejsze pytanie. - Zaraz napiszę odpowiedź.
Wyciągnął z szuflady biurka pierwszą z brzegu białą kartkę, sięgnął po pióro i napisał na papierze krótką notatkę czarnym tuszem:


Szanowny generale Reinhardzie Ybern


Z wielką chęcią podejmuję się zleconego zadania. Może Pan w najbliższych dniach oczekiwać Amerykanina na Pańskiej wycieraczce

Z wyrazami szacunku 
RHilse


Z typową dla siebie niedbałością zgiął list na pół i wsunął do koperty, w której poprzednio dostarczony był list od generała i podał ją, niezamkniętą, porucznikowi. 
Nie miał pojęcia jak odnaleźć szpiega. Mimo to wierzył, że bez trudu podoła zadaniu i zapłata za złapanie Amerykanina nie przypadnie żadnemu z myśliwskich oficerów. Nie martwił się na zapas. Zacznie się martwić, kiedy faktycznie się za to zabierze.
- Dziękuję za fatygę w przekazaniu mi wiadomości - powiedział do Noah'a, wstając z fotela. - Proszę przekazać panu generałowi szczere pozdrowienia.


< Noah? >

25.07.2017

Od Noah'a do Roderich'a

Kolejny dzień pracy z jednostką mijał mi bardzo przyjemnie, w szczególności, że wycisk jaki im zafundowałem wprawił mnie w znakomity humor. Patrząc na ich spocone, zmęczone twarze uśmiech satysfakcji sam malował się na moich ustach. Nie ma to jak wziąć swoich do lasu, zarządzić rozgrywkę, a zaraz po niej solidny trening. Ledwo szli na nogach z powrotem do bazy, ćwiczyłem wraz z nimi, ale jak widać posiadali znacznie słabszą kondycje, w szczególności dziewczęta. Odprowadziłem ich na kolację żartując sobie to z paru osób, rzecz jasna nie było to obraźliwe. Sami się śmiali i cieszyło mnie to. Nie byli aż tak przybici ze zmęczenia jak z początku. Już miałem zasiadać ze swymi żołnierzami przy jednym stole na stołówce i gaworzyć o różnościach, aczkolwiek nie pozwolono mi. Zaraz przybiegł zdyszany szeregowy, który ledwo zasalutował, omal się nie wywalając.
- P-Panie p-poruczniku... D-Dowódca wzywa do sie-ebie - wysapał usiłując złapać jak najwięcej tchu. Położyłem dłonie na jego ramionach, skinąłem głową, że zrozumiałem i poczochrałem go z rozbawieniem.
- Nie spinaj się tak - westchnąłem cicho i zerknąłem na moich ludzi. - No kochani, smacznego, ja niestety muszę was opuścić - uśmiechnąłem się przepraszająco. Machnąłem im na pożegnanie i ruszyłem na górę do generała ciekaw cóż to wymyślił. Nim wszedłem na schody zdążyłem na niego wpaść, jak schodził do sekretariatu. Uniosłem lekko brwi zaskoczony, lecz przyłożyłem wyprostowaną dłoń do czoła.
- Noah! Cholera chodź, bo ja tu zaraz z nerwów zejdę - powiedział zarzucając mi rękę na ramię, zgarniając wprost do sekretarki. - Alice, weź daj tu pieczątkę bo porucznik musi już iść - poprosił kobietę siedzącą za biurkiem. Blondynka zdziwiona bez słowa wykonała polecenie i oddała list ze słodkim uśmiechem puszczając oczko w moim kierunku. Uniosłem dwa razy brwi do góry z nonszalanckim uśmiechem, na co się lekko speszyła, wyszedłem za generałem i jak sęp zerkałem mu przez ramię.
- Generale, a cóż to? - spytałem. Staruszek warknął dając mi pstryczka w nos, no cóż, byłem wyższy od niego i to dużo, aż o dwadzieścia centymetrów. Nie lubił kiedyś ktoś wykorzystywał jego wzrost, jak ja to zrobiłem przed chwilą.
- Słuchaj, masz to zanieść starszemu sierżantowi Roderich'owi Hilse na Aleję Szucha. Za dzień, dwa wszystko się wyda i będziemy w czarnej dupie, jak kurwa nie powiem gdzie jeszcze indziej - podniósł głos zdenerwowany. Kiwnąłem głową przyjmując poważną minę.
- Co dokładniej mam mu przekazać prócz listu? Nie myśl, że będzie chciał od tak rozmawiać, a ja nie będę w stanie dobrze dobrać słów by go zachęcić - odparłem chłodnym tonem, niemal mrożącym krew w żyłach. Generał zaś przetarł pot, który pojawił się na jego łysinie biorąc głęboki wdech.
- Amerykanin, wiek 32 lata, Lucas Fort był w naszych szeregach, w liście wszystko mu wytłumaczyłem. Oczekuję, że go dorwie, tu masz teczkę z jego danymi i kopertę. Ten chuj wykradł nam wszystkie dokumenty zbrodni, które miały iść do spalenia...- syknął łapiąc mnie za mundur.- Rozumiesz?! Wiesz co oni zrobią?! Zmiotą nas, Hitler się wkurwi - mówił chodząc wte i wewte na korytarzu. Wcisnął mi list wymachując dłońmi, burczał pod nosem, że mam jak najszybciej dostarczyć te papiery i przynieść mu odpowiedź, czy podejmie się tego zadania. Skinąłem głową zrozumiawszy, posyłając dodatkowo dowódcy uspokajający uśmiech. Mężczyzna westchnął ciężko i bez słowa skierował się do swojego gabinetu, gdzie obstawiałem będzie usiłować wyciszyć swoje nerwy. No tak, jeśli wszystko się wyda prawdopodobnie skończymy jako trupy, ewentualnie proch. Potarłem lekko skroń idąc do swojego samochodu, Mercedes jak zwykle stał na placu przed budynkiem - w końcu tu go zawsze zostawiałem. Nikomu nie wadził, zresztą duży nie był. Wyjąłem kluczki z kieszeni munduru i zasiadłem za kierownicą przeglądając wszystkie dokumenty z teczki. Listu jednak nie mogłem otworzyć, pieczątka przypominała tą, którą dawali królowie za czasów średniowiecza. Odstawiłem je do schowka i przekręciłem klucz w stacyjce odpalając pojazd.  Wprawdzie chciałem być już w domu, by móc pomęczyć Matthias'a. Nie wiedziałem czemu reagował na mnie taką nienawiścią, ale cóż mogłem poradzić - nic. Chłopacy stali jak zwykle przy bramie, pilnując żeby nikt niepożądany wkroczył na nasz teren. Wpierw byłby rozstrzelany, nie mogliśmy sobie pozwalać, że jakiś dzieciak wbije do nas udając się zgubił i co? Puścimy go wolno? Polacy byli cwani, gorsi od lisów i nie zaprzeczę, miałem do nich szacunek. Wykorzystywali dzieciaki, jednak moi koledzy nie znali słowa "litość", tyle niewinnych istnień mają na sumieniu, ja także. Staram się aczkolwiek ratować jak najwięcej ludzi kiedy tylko mogę. Oni mają piekło, prawdziwe piekło. Niektóre polecenia dowódcy musiałem wykonywać, takie jak te, albo z odbiciem naszych inaczej sam przypłaciłbym degradacją ze stanowiska, a nawet i życiem. Pragnąłem mieć wyższy stopień, bo im jestem wyżej tym większą mam kontrolę - co z tego, że jestem od walki na froncie w SS- Waffen, oni to dopiero mordują. Krew leje się  hektolitrami, a jak widzę, że ktoś z niższą rangą ode mnie męczy takowego człowieka, to po prostu go odsyłam mówiąc, że sam się nim zajmę. Przeważnie wtedy sprzedaje tej osobie plan ucieczki, raz było blisko wydania, ale cudem się udało. Mogę zawdzięczać ten cud matce, dzięki niej mam dobrą intuicję i umiejętność manipulowania. Jechałem dobre czterdzieści minut na Aleję Szucha pogrążony w zamyśleniu, jeszcze szybko ułożyłem plan i możliwe reakcję, jeśli nie będzie chcieć to cóż. Troszkę pogrożę, powiem na czym sam stoi, albo się zgadza lub skończy szybciej jako zimny trup z mózgiem na ścianie. Ewentualnie podłodze, łatwiej posprzątać. Zmrużyłem oczy widząc znajomą mi bramę, zatrzymałem się przed rogatką. Zaraz z postawionej budki wyszedł młody Niemiec pytając się w jakiej sprawie przyjechałem i do kogo. Nie dość, że poczułem się znieważony przez brak salutu to ton w jakim do mnie mówił, zajeżdżał pogardą.
- Witam, ja do sierżanta Roderich'a, sprawa wagi państwowej - powiedziałem oschle w stronę chłopaka machając papierami. - Nie mam czasu na wasze pierdolone procedury chłopczyku, rozmawiasz z porucznikiem - odparłem tasując wzrokiem prawdopodobnie w swoim wieku mężczyznę. Błękitnooki od razu zasalutował i ukłonił się przepraszając. Skrzywiłem się tylko, jak tylko podnieśli rogatkę wjechałem na mały placyk, gdzie zostawiłem Mercedesa. Wziąłem dokumenty, klucz ze stacyjki i wszedłem do środka budynku. Zaczepiłem niską blondynkę, która paliła papierosa.
- Którędy do pana Roderich'a? - spytałem uśmiechając się do niej uprzejmie. Kobieta lustrowała mnie wzrokiem przez chwilę, w końcu kiedy wypuściła dym z ust postanowiła się łaskawie odezwać.
- Piętro wyżej, pierwsze drzwi po lewej - mruknęła.
Podziękowałem jej i skierowałem się w tamtym kierunku. Wziąłem głęboki wdech przypominając sobie swoją przemowę. Odchrząknąłem i zapukałem do drzwi gabinetu starszego sierżanta.
- Wejść!- usłyszałem dość przyjemny męski głos. Nie był donośny, a raczej ostry, po prostu bardziej był łagodny.
Potrząsnąłem głową nie chcąc się rozwodzić nad czymś, co było mi zbędne. Pewnie wszedłem do pomieszczenia, zamykając za sobą kulturalnie drzwi. Zasalutowałem siedzącemu mężczyźnie z zawadiackim uśmiechem zdobiącym moją twarz.
- Przepraszam, że przeszkadzam Starszemu Sierżantowi, jednakże sprawa jest pilno i mam do pana specjalną wiadomość od generała - zacząłem na co blondyn uniósł brwi, wyraźnie zainteresowany. - Mój dowódca liczy jeszcze dziś na odpowiedź pisemną, czy podejmie się Pan tego zadania- mruknąłem podając starszemu list i dokumenty poszukiwanego.
- Podejmę się tego zadania?- Funkcjonariusz odebrał ode mnie papiery na chwilę się zamyślając. - Hm, sprawa faktycznie musi być pilna skoro przysłał do mnie samego porucznika - odparł podnosząc na mnie wzrok o ciekawym odcieniu błękitu. Jego ton głosu wydawał się być otoczoną nutką sympatii, jednak odebrałem to bardziej jako poczucie ważności i satysfakcji. W końcu, mógł czuć się zaszczycony listem od generała i spotkaniem z porucznikiem.
- Cóż, jeśli nie złapiemy tego osobnika, prawdopodobnie nasz triumf skończy się szybciej niż jest zaplanowany z góry. Trzeba złapać szczura, generał obawia się ataku Amerykanów, wszystko w liście jak twierdzi zostało wyjaśnione - powiedziałem spokojnie. Roderich otworzył list rozsiadając się wygodnie na krześle czytając jego zawartość.

<Roderich? >



***List***

dn. 12 kwietnia 1942 r.


Szanowny sierżancie Roderich'u Hilse!

Proszę mi wybaczyć, że tak bez uprzedzenia wysłałem do ciebie swojego porucznika. 

Nie będę obijać w bawełnę, mamy poważny problem, aczkolwiek w naszych szeregach znalazł się amerykański szpieg, który wykradł dokumenty obciążające nas zbrodniami, które dokonaliśmy. Dzisiaj planowano je spalić, jednakże ten rekrut przebywający z jednym z naszych żołnierzy, ogłuszył go i je zabrał. Przeszukaliśmy całą bazę, ale po nim ani śladu, jak Amerykanie dostaną te papiery to już po nas - położą kres tej wojny. Teraz przesiaduje pewno w mieście, dlatego zwracam się do ciebie z prośbą. Odnajdź Lucas'a Fort'a, zabij, torturuj, cokolwiek. Daj fałszywe ogłoszenie, że kogoś zabił, aby ludzie się bali i wydali go bez żadnego protestu. Im szybciej tym większa szansa iż dokumenty nie zostały wysłane faksem. Do listu dołączyłem jego etykietę, wykorzystaj te informację, jakie znalazł jeden z naszych w mieszkaniu tego szpiega. Jeśli to wykonasz, będę Ci niezmiernie wdzięczny. Nie myśl, że robisz to za darmo, zapłacę ci na niedzielnej kolacji w restauracji u Fuscha o godzinie osiemnastej, na którą cię zapraszam, tyle ile sobie zażyczysz. Tam wszystko uzgodnimy. Oczywiście porucznik o tym nie wie, że również będzie nam towarzyszyć, aczkolwiek powiem mu jak dobrze wykona swoje zadanie i problem jaki się teraz pojawił zniknie. 

Liczę na błyskawiczną odpowiedź Roderich'u, jak  i raport końcowy po wykonaniu zadania. Przekaż go Noah'owi, jemu nigdy nic nie ginie.



Z poważaniem


gen. Reinhard Ybern

*** Etykieta szpiega***




Podobny obraz


Imię: Lucas (Matthias)
Nazwisko: Fort (Klaus)
Wiek: 32 lata
Data urodzenia: 5 października 1910 r.
Miejsce urodzenia: New York -USA
Wzrost: 178 cm
Oczy: błękitne
Włosy: blond
Zawód: lotnik
Stopień wojskowy: oficer
Znaki szczególne:
- blizna na lewym ramieniu po postrzale, oraz blizna na brzuchu po operacji