Na ucieczkę zdecydowanie nie było czasu. Jednak Niemcy mają za długi krok... Trzeba było coś wymyślić, pozostać w miejscu, nie uciekać.
- Mam plan - szepnęłam jak najciszej potrafiłam, żołnierze byli już na wyciągnięcie ręki.
- Dobry wieczór - przywitali się po niemiecku - Dlaczego uciekacie tutaj?
- My zapalić - wyjaśniłam.
- Przecież na sali również można sobie zapalić! - prychnął jeden z żołnierzyków.
- Chcieliśmy na osobności, jednak wydaje się to niemożliwe... - szprechałam.
Na nasze szczęście na zapleczu panował pół mrok. Niemcy nie widzieli nas za dobrze, tak samo my - również mało co widzieliśmy. Jednak ich spojrzenie można było poczuć, nie trzeba było go widzieć...
Sięgnęłam do torebki po paczkę papierosów, którą nosiłam zawsze na wszelki wypadek. Poczęstowałam Janka papierosem, sobie wzięłam kolejnego, gestapowcom również zaproponowałam, jak się spodziewałam - nie odmówili. Odłożyłam paczkę, sięgnęłam po zapalniczkę, podpaliłam wszystkie papierosy i zaciągnęłam się dymem. Wciąż ich wzrok był bardzo skupiony na nas, wręcz nie mrugali, aby tylko nie spuścić nas z oczu. Dodatkowo zablokowali nam jedyną drogę do sali, przytwierdzając nas do ściany.
- Zagraniczny papieros? - zapytał po chwili Niemiec.
- Czechosłowacki - odpowiedziałam - Moja rodzina tam mieszka, często mnie zaopatruje.
Kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo. Dobrze mi szło... Póty nie skończył się papieros. Rzuciłam go na podłogę i przydeptałam butem, Janek zrobił to samo, po czym wziął mnie pod rękę.
- Dziękujemy za miłe spędzenie czasu, niestety musimy wracać - próbowałam przecisnąć się pomiędzy żołnierzami, którzy dziwnym trafem przesunęli się i pozwolili nam przejść.
Kłamstwo, dobre kłamstwo. Nie odeszliśmy nawet jednego kroku od ostatniego Niemca gdy poczułam, że ktoś bardzo mocno szarpie mnie za włosy. Na tyle mocno, że musiałam puścić Janka. Cofnęłam się do tyłu.
- Nie ładnie tak kłamać... - wyszczerzył się jeden z nich.
Nie odpowiedziałam, moje włosy zostały pociągnięte jeszcze mocniej, w tym czasie wyjęto broń, przystawiono mi do głowy i rozkazano Jankowi oddać się dobrowolnie w ręce gestapo, grożąc moją śmiercią.
Uśmiechnęłam się i ruchami warg powiedziałam nie rób tego...
<Janek? Naprawdę nie wiedziałam co napisać...>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janek&Kinga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janek&Kinga. Pokaż wszystkie posty
31.08.2017
24.08.2017
Od Janka C.D. Kingi
Ludzie byli zachwyceni popisem umiejętności Kingi i wyraźnie domagali się więcej. Młode małżeństwo, z którym zamieniliśmy kilka słów rozmawiało o czymś między sobą, kierując spojrzenia w naszą stronę. Czy mieliśmy jakąkolwiek szansę wykręcenia Kingi z konieczności zagrania kolejnego numeru? Może nic się nie stanie jak jeszcze trochę zostaniemy?
- Myślę, że nie masz wyboru - westchnąłem. - Musisz nam jeszcze coś zagrać.
Zostawiłem ją samą przy fortepianie, samemu zajmując miejsce przy stoliku. Jeszcze zanim usiadłem, dopłynęły do mnie kojące dźwięki instrumentu. Kinga zaczęła grać Marsz Turecki Mozarta, który niezwykle przypadł do gustu niemieckiej publiczności.
- Twoja narzeczona ma niezwykły talent - pochwalił Olivier, wskazując dłonią w stronę Kingi, jednocześnie trzymając w tejże dłoni kieliszek wina. - Nie chciałbyś się z nami napić?
Kiwnąłem głową, wyrażając zgodę. Aby nie wyjść na gbura, posłałem mu także lekki uśmiech, jakby w ramach przeprosin, że nie mogę z nim swobodnie porozmawiać po niemiecku. Okazywanie mu zasadnej niechęci powstrzymałem.
Kelner przyniósł dwa kieliszki, o które poprosił wcześniej Niemiec; jeden dla mnie, drugi najpewniej dla Kingi. Wypełnione zostały czerwonym winem, kwaśny zapach przyjemnie podrażnił mój zmysł węchu. Sącząc alkohol, skupiłem się na wsłuchiwaniu się w dźwięki muzyki. Olivier objął swoją małżonkę i szepnął jej coś do ucha. Uznałem to za zwykłe słowne pieszczoty, którymi obdarują się nowożeńcy. Bardziej zainteresowała mnie reszta obecnych w lokalu. Leniwie rozglądałem się po stolikach, nie spodziewając się napotkać kogoś znajomego. W końcu to lokal tylko dla Niemców, prawda? A jednak omal nie zadławiłem się winem, gdy w drzwiach wejściowych zobaczyłem dwóch mężczyzn w mundurach, robiących za obstawę dla innej niemieckiej pary. Wysoki, ubrany w czarny garnitur mężczyzna po czterdziestce prowadził pod rękę nieco młodszą, ubraną w błyszczącą niebieską sukienkę blondynkę. Mimo to nie cekiny w jej ubraniu zwróciły moją uwagę, ale prezencja tego mężczyzny. Obstawa mogła świadczyć o jego wysokim statucie. Gestapowiec? Generał? Obie opcje nie są zbyt pozytywne.
Jeszcze mniej pozytywne były twarze wojskowych, którzy stali za nim. Na jednego z nich, tego za prawym ramieniem mężczyzny, spojrzałem w złym momencie. Rozpoznałem w nim jednego z żołnierzy, którzy jakiś czas temu rozgonili nas w innej knajpie.
On spojrzał na mnie w tej samej chwili. Ten trwający niecałą sekundę kontakt wzrokowy podziałał na mnie jak elektrowstrząsy; natychmiast opuściłem swoje miejsce przy niemieckim małżeństwie i w dwie sekundy znalazłem się przy Kindze.
- Kinga, musimy się zbierać - oznajmiłem, stając za nią i kładąc ręce na jej ramionach.
- Dlaczego? - spytała jasnowłosa, nie przerywając grania, ale zwalniając tempo.
- Koledzy z poprzedniej knajpy przyszli.
Fortepian stał w głębi drugiej wnęki, więc nie było go widać, stojąc w wejściu. Przy czym stojąc przy fortepianie nie było też widać wejścia. Do naszych uszu dobiegł za to głos niemieckiego żołnierza, mówiący coś z przejęciem do kogoś. Widziałem, to byli oni... Tyle udało mi się zrozumieć i to wystarczyło, by zdecydować się na jak najszybsze opuszczenie lokalu. Kinga przerwała grę, wstając niezwłocznie. Powstrzymałem ją przed odruchem skierowania się w stronę drzwi wyjściowych.
- Na zaplecze - rozkazałem cicho, tuż przy jej uchu, by mój polski nie został przez nikogo usłyszany.
- Przepraszamy najmocniej, postaramy się za chwilę kontynuować koncert - mówiła Kinga do zawiedzionej widowni, gdy prowadziłem ją w stronę zaplecza za barem, ręce trzymając na jej szczupłych, nagich ramionach. Gdy mijaliśmy ciemnozielone drzwi toalety, kątem oka dostrzegłem wkraczających do pomieszczenia żołnierzy. Cholera, którędy mamy teraz uciec?
< Kinga? // trochę naciągane, ale pragnę akcji 8) // i przepraszam za spóźnienie ._. >
- Myślę, że nie masz wyboru - westchnąłem. - Musisz nam jeszcze coś zagrać.
Zostawiłem ją samą przy fortepianie, samemu zajmując miejsce przy stoliku. Jeszcze zanim usiadłem, dopłynęły do mnie kojące dźwięki instrumentu. Kinga zaczęła grać Marsz Turecki Mozarta, który niezwykle przypadł do gustu niemieckiej publiczności.
- Twoja narzeczona ma niezwykły talent - pochwalił Olivier, wskazując dłonią w stronę Kingi, jednocześnie trzymając w tejże dłoni kieliszek wina. - Nie chciałbyś się z nami napić?
Kiwnąłem głową, wyrażając zgodę. Aby nie wyjść na gbura, posłałem mu także lekki uśmiech, jakby w ramach przeprosin, że nie mogę z nim swobodnie porozmawiać po niemiecku. Okazywanie mu zasadnej niechęci powstrzymałem.
Kelner przyniósł dwa kieliszki, o które poprosił wcześniej Niemiec; jeden dla mnie, drugi najpewniej dla Kingi. Wypełnione zostały czerwonym winem, kwaśny zapach przyjemnie podrażnił mój zmysł węchu. Sącząc alkohol, skupiłem się na wsłuchiwaniu się w dźwięki muzyki. Olivier objął swoją małżonkę i szepnął jej coś do ucha. Uznałem to za zwykłe słowne pieszczoty, którymi obdarują się nowożeńcy. Bardziej zainteresowała mnie reszta obecnych w lokalu. Leniwie rozglądałem się po stolikach, nie spodziewając się napotkać kogoś znajomego. W końcu to lokal tylko dla Niemców, prawda? A jednak omal nie zadławiłem się winem, gdy w drzwiach wejściowych zobaczyłem dwóch mężczyzn w mundurach, robiących za obstawę dla innej niemieckiej pary. Wysoki, ubrany w czarny garnitur mężczyzna po czterdziestce prowadził pod rękę nieco młodszą, ubraną w błyszczącą niebieską sukienkę blondynkę. Mimo to nie cekiny w jej ubraniu zwróciły moją uwagę, ale prezencja tego mężczyzny. Obstawa mogła świadczyć o jego wysokim statucie. Gestapowiec? Generał? Obie opcje nie są zbyt pozytywne.
Jeszcze mniej pozytywne były twarze wojskowych, którzy stali za nim. Na jednego z nich, tego za prawym ramieniem mężczyzny, spojrzałem w złym momencie. Rozpoznałem w nim jednego z żołnierzy, którzy jakiś czas temu rozgonili nas w innej knajpie.
On spojrzał na mnie w tej samej chwili. Ten trwający niecałą sekundę kontakt wzrokowy podziałał na mnie jak elektrowstrząsy; natychmiast opuściłem swoje miejsce przy niemieckim małżeństwie i w dwie sekundy znalazłem się przy Kindze.
- Kinga, musimy się zbierać - oznajmiłem, stając za nią i kładąc ręce na jej ramionach.
- Dlaczego? - spytała jasnowłosa, nie przerywając grania, ale zwalniając tempo.
- Koledzy z poprzedniej knajpy przyszli.
Fortepian stał w głębi drugiej wnęki, więc nie było go widać, stojąc w wejściu. Przy czym stojąc przy fortepianie nie było też widać wejścia. Do naszych uszu dobiegł za to głos niemieckiego żołnierza, mówiący coś z przejęciem do kogoś. Widziałem, to byli oni... Tyle udało mi się zrozumieć i to wystarczyło, by zdecydować się na jak najszybsze opuszczenie lokalu. Kinga przerwała grę, wstając niezwłocznie. Powstrzymałem ją przed odruchem skierowania się w stronę drzwi wyjściowych.
- Na zaplecze - rozkazałem cicho, tuż przy jej uchu, by mój polski nie został przez nikogo usłyszany.
- Przepraszamy najmocniej, postaramy się za chwilę kontynuować koncert - mówiła Kinga do zawiedzionej widowni, gdy prowadziłem ją w stronę zaplecza za barem, ręce trzymając na jej szczupłych, nagich ramionach. Gdy mijaliśmy ciemnozielone drzwi toalety, kątem oka dostrzegłem wkraczających do pomieszczenia żołnierzy. Cholera, którędy mamy teraz uciec?
< Kinga? // trochę naciągane, ale pragnę akcji 8) // i przepraszam za spóźnienie ._. >
8.08.2017
Od Kingi CD Janka
- Z Niemcami gadałam, ale żeby w niemieckim lokalu? Nie przytrafiło mi się... - szepnęłam - Możemy spróbować, w każdym razie pilnuj godziny, przed policyjną musimy być w domach.
- Nie ma problemu, tylko zagadaj jakoś!
W tym momencie wstałam od stołu i jak na Niemkę przystało poszłam się przywitać.
- Dobry wieczór - zaczęłam rozmawiać po niemiecku, dyskretnie spoglądając na zegarek - Zechcą się państwo do nas dosiąść?
Para wymieniła między sobą kilka spojrzeń i usiadła z nami na kanapie. Mężczyzna poszedł zamówić coś do picia dla żony, natomiast ja i Janek nawiązaliśmy rozmowę.
- Z kim mam przyjemność? - zapytałam.
- Jestem Nicole, a mój mąż to Olivier - przedstawiła.
- Raczej tu nie mieszkacie, czy coś nas zmyliło? - uśmiechnęłam się.
- Nie, nie mieszkamy tutaj, jesteśmy tu chwilowo - odpowiedziała.
Dosłownie w tej samej chwili do stolika doszedł mąż Nicole z napojami.
- Ach, zapomniałam nas przedstawić! - spojrzałam na Janka - To jest John, a ja nazywam się Kinga.
Posłałam Jankowi lekki uśmiech, tym samym pokazując, że potrafię wybrnąć z każdej sytuacji. Dosłownie w tej samej chwili przypomniałam sobie po co dokładnie przyszliśmy do tego lokalu. Rozejrzałam się wokół i w oko wpadł mi... Fortepian! Tym razem nie pianino, a fortepian! Ja to mam szczęście!
- Czy mogłabym coś zagrać? - powiedziałam wstając od stołu i idąc w kierunku fortepianu.
Usiadłam na specjalnym stołku regulując jego wysokość, położyłam ręce na klawiaturze i zaczęło się. Delikatny dotyk muzyki przeszył cały Ogród Różany. Prócz melodii nie było słychać ani jednego dźwięku. Ludzie skupili się na wykonawczyni utworu O sole mio przerywając wszelakie zajęcia. To było piękne. Jednak nie trwało to długo, ledwo kilka minut, jednak zakończyło się głośnymi brawami. Po wszystkim Janek podszedł do mnie i wyraźnie powiedział, że jest 21:45 i musimy się zbierać. Oczywiście ludzie stawiali opór - potrzebowali więcej rozkoszy, jaką dały im dźwięki fortepianu.
- Co robimy? - spojrzałam na Janka.
<Janek? Pojechałam po bandzie xD Sory, że nie było odpisu ;p>
- Nie ma problemu, tylko zagadaj jakoś!
W tym momencie wstałam od stołu i jak na Niemkę przystało poszłam się przywitać.
- Dobry wieczór - zaczęłam rozmawiać po niemiecku, dyskretnie spoglądając na zegarek - Zechcą się państwo do nas dosiąść?
Para wymieniła między sobą kilka spojrzeń i usiadła z nami na kanapie. Mężczyzna poszedł zamówić coś do picia dla żony, natomiast ja i Janek nawiązaliśmy rozmowę.
- Z kim mam przyjemność? - zapytałam.
- Jestem Nicole, a mój mąż to Olivier - przedstawiła.
- Raczej tu nie mieszkacie, czy coś nas zmyliło? - uśmiechnęłam się.
- Nie, nie mieszkamy tutaj, jesteśmy tu chwilowo - odpowiedziała.
Dosłownie w tej samej chwili do stolika doszedł mąż Nicole z napojami.
- Ach, zapomniałam nas przedstawić! - spojrzałam na Janka - To jest John, a ja nazywam się Kinga.
Posłałam Jankowi lekki uśmiech, tym samym pokazując, że potrafię wybrnąć z każdej sytuacji. Dosłownie w tej samej chwili przypomniałam sobie po co dokładnie przyszliśmy do tego lokalu. Rozejrzałam się wokół i w oko wpadł mi... Fortepian! Tym razem nie pianino, a fortepian! Ja to mam szczęście!
- Czy mogłabym coś zagrać? - powiedziałam wstając od stołu i idąc w kierunku fortepianu.
Usiadłam na specjalnym stołku regulując jego wysokość, położyłam ręce na klawiaturze i zaczęło się. Delikatny dotyk muzyki przeszył cały Ogród Różany. Prócz melodii nie było słychać ani jednego dźwięku. Ludzie skupili się na wykonawczyni utworu O sole mio przerywając wszelakie zajęcia. To było piękne. Jednak nie trwało to długo, ledwo kilka minut, jednak zakończyło się głośnymi brawami. Po wszystkim Janek podszedł do mnie i wyraźnie powiedział, że jest 21:45 i musimy się zbierać. Oczywiście ludzie stawiali opór - potrzebowali więcej rozkoszy, jaką dały im dźwięki fortepianu.
- Co robimy? - spojrzałam na Janka.
<Janek? Pojechałam po bandzie xD Sory, że nie było odpisu ;p>
25.07.2017
Od Janka c.d. Kingi
Miałem niemieckie dokumenty. Jeszcze z jednej z akcji, podobnie jak kilku innych jej uczestników... ale zakazano nam ich ponownie używać. Dlaczego? Pewnie dla zasady, zresztą akcja się powiodła, nikt nie powinien szukać nazwisk widocznych na tamtych papierach...
- Nie mamy takich samych nazwisk... Jestem tam jakimś Krause'm, a ty?
- Nie jestem pewna... ale na pewno to jakieś inne nazwisko.
- Więc możemy być narzeczeństwem. Ale w każdym razie nie pchałbym się do tych większych, popularniejszych knajp.
- Nie, tam się nie pchamy.
Zarządziłem pół godziny na rozejście do swoich domów. Sprawdziłem szybko godzinę. Była 18:20. Uznałem, że nie ma powodu, by obstawiać, że zabraknie nam czasu. Szybko wpadłem do zakładu mojej matki, ostrożnie i dyskretnie, by przypadkiem się na nią nie natknąć. Najpewniej dawno była już w domu, ale nie należało tracić czujności. Spotkanie jej znajomych z pracy również mogło być dla mnie niewygodne. Szybko przekonałem się, że mamy faktycznie nie ma w zakładzie. Niestety kontaktu z innymi krawcowymi nie udało mi się uniknąć... i niedoszłego padnięcia na zawał również.
- Jan, co ty tu robisz? - usłyszałem za sobą, gdy akurat przebierałem w szafie z odzieżą przechowaną do powrotu właścicieli. Serce dosłownie zakotłowało się gdzieś w okolicach mojej potylicy. Odwróciłem się, blady ze strachu. Za mną stała pani Ofelia, jedna z bliższych przyjaciółek mojej matki. Nie uspokoił mnie jej widok, jednak spróbowałem się opanować.
- Ach, to pani... Wpadłem tylko na chwilę, by wziąć dla mamy jeden garnitur... miała go naprawić w domu, ale zapomniała go zabrać ze sobą i przysłała mnie.
Nie wiedziałem czy ją przekonałem. Wpatrywała się we mnie uważnie, jakby na moim ubraniu mogła dojrzeć ślady kłamstwa.
- Pozwoli mi pani go wziąć czy zatrzyma na przesłuchanie? - zmusiłem się do zażartowania, co w sumie wyszło mi całkiem sprawnie. Kobieta uśmiechnęła się lekko pod nosem i zmniejszyła natężenie swego przenikliwego wzroku.
- Oczywiście, że ci pozwolę. Ale zabieraj się już do domu i nie łaź po nocy. Jeszcze cię, nie daj Boże, ktoś zgarnie.
- Mnie? Uważa pani, że mnie ktoś może zgarnąć? Pani Ofelio, jeśli ktokolwiek miałby dać radę mnie złapać, to chyba tylko pani z tą swoją jastrzębią przenikliwością.
- Dobrze, bierz ten garnitur i uciekaj. Niedługo zamykam - uciszyła mnie kobieta, z trudem ukrywając rozbawienie. Z niewinnym uśmiechem zacząłem przeszukiwać szafę, szukając garnituru, który na oko by na mnie pasował i był w miarę "odświętny". W końcu wybrałem odpowiedni - mam nadzieję, że faktycznie odpowiedni - i pospiesznie skierowałem do wyjścia.
- Poczekaj!
- Taaak? - spytałem, odwracając się najspokojniej jak mogłem z powrotem do Pani Ofelii.
- Czy ten garnitur nie był już czasem naprawiony? - Kobieta zmierzyła ubranie uważnym wzrokiem.
- Nie, proszę pani, na pewno nie. Mama mówiła z pewnością o tym - zapewniłem ją, po czym szybko się pożegnałem i wyszedłem, niezatrzymywany już przez krawcową.
Nie mogłem wejść do domu niezauważony. Z powodu dwóch wiecznie czujnych strażniczek w wieku 7 i 9 lat, które nigdy nie przegapiały otwieranych drzwi. Musiałem więc przebrać się na klatce schodowej, swoje ubrania zostawić w kącie na końcu korytarza na nieswoim piętrze, zostając we własnych butach i szybko wracać w umówione miejsce do Kingi. Nie wziąłem także fałszywego dokumentu, gdyż w drodze uświadomiłem sobie, że moja umiejętność mówienia po niemiecku jest daleka od perfekcji, a wręcz nie zasługiwała nawet na miano... dostatecznej. Tak więc udawanie Niemca byłoby co najmniej nie mądre. Co innego Kinga. Kinga mówiła po niemiecku, z twarzy mogła nawet podchodzić pod Aryjkę.
Przybyłem pod charakterystyczne dla harcerzy miejsce - biblioteko-kawiarnię na jednej z głównych ulic Śródmieścia. Zdążyłem przed dziewczyną, jednak niedługo potem zobaczyłem ją, idącą w moją stronę. Ubrana była w ładną, elegancką sukienkę i buty na obcasach. Przywitałem ją uśmiechem i jako przykładny narzeczony podsunąłem jej swoje ramię, aby mogła się go złapać.
- Wspaniałe przebranie - szepnąłem. - Wyglądasz jak porządna Niemka.
- Twoje również jest niczego sobie. Wprawdzie nie ma siły, która zmieniłaby ci twarz na bardziej niemiecką, ale nadrabiasz postawą.
Nie miałem wcześniej nawet chwili, by zobaczyć jak wyglądam, ale skoro Kinga nie wytknęła mi na przywitanie nic złego o moim ubiorze, to chyba mogę jej zaufać.
- Niestety tylko postawą - powiedziałem, prowadząc nas chodnikiem. - Bo niestety nie mogę zbytnio się odzywać, żeby nie kaleczyć języka. Ty jesteś poliglotką. Będziesz naszymi ustami.
- Postaram się. Więc ty będziesz moim narzeczonym Polakiem... nie naciągajmy nadmiernie prawdy, będzie nam wtedy łatwiej.
Zaprowadziłem nas do knajpy "Rosengarten", niegdyś noszącą nazwę po prostu "Ogród Różany". Przed wojną otwarta dla wszystkich, teraz, w czasie okupacji, przemianowana na lokal "tylko dla Niemców". Był to jeden z wielu przejawów kombinowania Warszawiaków i ich chęci do podlizywania się najeźdźcy, tylko po to by żyć lepiej. Mimowolnie czułem wstręt do takich osób. Nie zastanawiałem się zbytnio nad tym, czym mogliby się usprawiedliwić...
Nie mogłem rozmyślać długo. Wkroczyliśmy do środka, dumnie, jak do siebie, jako dumni Niemcy. Kinga przejęła inicjatywę i przywitała się po niemiecku z barmanem, od razu zamawiając dla nas dwa piwa i tym samym uświadamiając wszystkich obecnych, że ma pełne prawo przebywania tutaj.
- Piwo? Na serio? Akurat dzisiaj moglibyśmy bardziej zaszaleć - wyraziłem cicho swoje zdanie, gdy usiedliśmy już przy jednym ze stolików, otoczonym półkolem miękkich, wygodnych kanap. Wnętrze urządzone było umiejętnie i tworzyło przyjemny nastrój. Nazwa Ogród Różany nie zostawiła pustych obietnic na szyldzie; w lokalu dominował przyjemny dla oka, czerwono-bordowy układ kolorów, począwszy od obicia kanap i dywanów, skończywszy na motywach na ścianach. Na stolikach obowiązkowo stały róże w wazonach.
- Jak bardzo będziesz chciał, to potem weźmiemy wino - udobruchała mnie Kinga w języku niemieckim, uśmiechając się do mnie szyderczo.
- Wybacz, że niszczę ci zabawę, ale trochę jednak rozumiem po niemiecku - przypomniałem jej, odpowiadając jeszcze bardziej kpiarskim uśmiechem. Dziewczyna nie drażniła się ze mną już dłużej i zaśmiała się.
Popijaliśmy spokojnie piwo, rozmawiając - ja niemal bezgłośnym szeptem, Kinga mieszanką niemieckiego i polskiego. Lokal był jeszcze prawie pusty, było za wcześnie na duże tłumy. Mogliśmy więc jeszcze w miarę luźno się porozumiewać. Mimo to automatycznie zamilkliśmy, gdy w wejściu pojawili się nowi goście. Była to młoda niemiecka para, z pewnością byli tylko o kilka lat starsi od nas. Wyglądali na... turystów? Możliwe, w każdym razie to było pierwsze, co przyszło mi na myśl po ujrzeniu ich. Bogatych turystów.
- Hej. Rozmawiałaś kiedyś z Niemcami w niemieckim lokalu? - szepnąłem dyskretnie do Kingi. - To może być ciekawe doświadczenie, nie sądzisz? - Wskazałem ruchem głowy na parę, sugerując jej zagadanie do nich.
< Kinga // podoba mi się ten pomysł c: >
- Nie, tam się nie pchamy.
Zarządziłem pół godziny na rozejście do swoich domów. Sprawdziłem szybko godzinę. Była 18:20. Uznałem, że nie ma powodu, by obstawiać, że zabraknie nam czasu. Szybko wpadłem do zakładu mojej matki, ostrożnie i dyskretnie, by przypadkiem się na nią nie natknąć. Najpewniej dawno była już w domu, ale nie należało tracić czujności. Spotkanie jej znajomych z pracy również mogło być dla mnie niewygodne. Szybko przekonałem się, że mamy faktycznie nie ma w zakładzie. Niestety kontaktu z innymi krawcowymi nie udało mi się uniknąć... i niedoszłego padnięcia na zawał również.
- Jan, co ty tu robisz? - usłyszałem za sobą, gdy akurat przebierałem w szafie z odzieżą przechowaną do powrotu właścicieli. Serce dosłownie zakotłowało się gdzieś w okolicach mojej potylicy. Odwróciłem się, blady ze strachu. Za mną stała pani Ofelia, jedna z bliższych przyjaciółek mojej matki. Nie uspokoił mnie jej widok, jednak spróbowałem się opanować.
- Ach, to pani... Wpadłem tylko na chwilę, by wziąć dla mamy jeden garnitur... miała go naprawić w domu, ale zapomniała go zabrać ze sobą i przysłała mnie.
Nie wiedziałem czy ją przekonałem. Wpatrywała się we mnie uważnie, jakby na moim ubraniu mogła dojrzeć ślady kłamstwa.
- Pozwoli mi pani go wziąć czy zatrzyma na przesłuchanie? - zmusiłem się do zażartowania, co w sumie wyszło mi całkiem sprawnie. Kobieta uśmiechnęła się lekko pod nosem i zmniejszyła natężenie swego przenikliwego wzroku.
- Oczywiście, że ci pozwolę. Ale zabieraj się już do domu i nie łaź po nocy. Jeszcze cię, nie daj Boże, ktoś zgarnie.
- Mnie? Uważa pani, że mnie ktoś może zgarnąć? Pani Ofelio, jeśli ktokolwiek miałby dać radę mnie złapać, to chyba tylko pani z tą swoją jastrzębią przenikliwością.
- Dobrze, bierz ten garnitur i uciekaj. Niedługo zamykam - uciszyła mnie kobieta, z trudem ukrywając rozbawienie. Z niewinnym uśmiechem zacząłem przeszukiwać szafę, szukając garnituru, który na oko by na mnie pasował i był w miarę "odświętny". W końcu wybrałem odpowiedni - mam nadzieję, że faktycznie odpowiedni - i pospiesznie skierowałem do wyjścia.
- Poczekaj!
- Taaak? - spytałem, odwracając się najspokojniej jak mogłem z powrotem do Pani Ofelii.
- Czy ten garnitur nie był już czasem naprawiony? - Kobieta zmierzyła ubranie uważnym wzrokiem.
- Nie, proszę pani, na pewno nie. Mama mówiła z pewnością o tym - zapewniłem ją, po czym szybko się pożegnałem i wyszedłem, niezatrzymywany już przez krawcową.
Nie mogłem wejść do domu niezauważony. Z powodu dwóch wiecznie czujnych strażniczek w wieku 7 i 9 lat, które nigdy nie przegapiały otwieranych drzwi. Musiałem więc przebrać się na klatce schodowej, swoje ubrania zostawić w kącie na końcu korytarza na nieswoim piętrze, zostając we własnych butach i szybko wracać w umówione miejsce do Kingi. Nie wziąłem także fałszywego dokumentu, gdyż w drodze uświadomiłem sobie, że moja umiejętność mówienia po niemiecku jest daleka od perfekcji, a wręcz nie zasługiwała nawet na miano... dostatecznej. Tak więc udawanie Niemca byłoby co najmniej nie mądre. Co innego Kinga. Kinga mówiła po niemiecku, z twarzy mogła nawet podchodzić pod Aryjkę.
Przybyłem pod charakterystyczne dla harcerzy miejsce - biblioteko-kawiarnię na jednej z głównych ulic Śródmieścia. Zdążyłem przed dziewczyną, jednak niedługo potem zobaczyłem ją, idącą w moją stronę. Ubrana była w ładną, elegancką sukienkę i buty na obcasach. Przywitałem ją uśmiechem i jako przykładny narzeczony podsunąłem jej swoje ramię, aby mogła się go złapać.
- Wspaniałe przebranie - szepnąłem. - Wyglądasz jak porządna Niemka.
- Twoje również jest niczego sobie. Wprawdzie nie ma siły, która zmieniłaby ci twarz na bardziej niemiecką, ale nadrabiasz postawą.
Nie miałem wcześniej nawet chwili, by zobaczyć jak wyglądam, ale skoro Kinga nie wytknęła mi na przywitanie nic złego o moim ubiorze, to chyba mogę jej zaufać.
- Niestety tylko postawą - powiedziałem, prowadząc nas chodnikiem. - Bo niestety nie mogę zbytnio się odzywać, żeby nie kaleczyć języka. Ty jesteś poliglotką. Będziesz naszymi ustami.
- Postaram się. Więc ty będziesz moim narzeczonym Polakiem... nie naciągajmy nadmiernie prawdy, będzie nam wtedy łatwiej.
Zaprowadziłem nas do knajpy "Rosengarten", niegdyś noszącą nazwę po prostu "Ogród Różany". Przed wojną otwarta dla wszystkich, teraz, w czasie okupacji, przemianowana na lokal "tylko dla Niemców". Był to jeden z wielu przejawów kombinowania Warszawiaków i ich chęci do podlizywania się najeźdźcy, tylko po to by żyć lepiej. Mimowolnie czułem wstręt do takich osób. Nie zastanawiałem się zbytnio nad tym, czym mogliby się usprawiedliwić...
Nie mogłem rozmyślać długo. Wkroczyliśmy do środka, dumnie, jak do siebie, jako dumni Niemcy. Kinga przejęła inicjatywę i przywitała się po niemiecku z barmanem, od razu zamawiając dla nas dwa piwa i tym samym uświadamiając wszystkich obecnych, że ma pełne prawo przebywania tutaj.
- Piwo? Na serio? Akurat dzisiaj moglibyśmy bardziej zaszaleć - wyraziłem cicho swoje zdanie, gdy usiedliśmy już przy jednym ze stolików, otoczonym półkolem miękkich, wygodnych kanap. Wnętrze urządzone było umiejętnie i tworzyło przyjemny nastrój. Nazwa Ogród Różany nie zostawiła pustych obietnic na szyldzie; w lokalu dominował przyjemny dla oka, czerwono-bordowy układ kolorów, począwszy od obicia kanap i dywanów, skończywszy na motywach na ścianach. Na stolikach obowiązkowo stały róże w wazonach.
- Jak bardzo będziesz chciał, to potem weźmiemy wino - udobruchała mnie Kinga w języku niemieckim, uśmiechając się do mnie szyderczo.
- Wybacz, że niszczę ci zabawę, ale trochę jednak rozumiem po niemiecku - przypomniałem jej, odpowiadając jeszcze bardziej kpiarskim uśmiechem. Dziewczyna nie drażniła się ze mną już dłużej i zaśmiała się.
Popijaliśmy spokojnie piwo, rozmawiając - ja niemal bezgłośnym szeptem, Kinga mieszanką niemieckiego i polskiego. Lokal był jeszcze prawie pusty, było za wcześnie na duże tłumy. Mogliśmy więc jeszcze w miarę luźno się porozumiewać. Mimo to automatycznie zamilkliśmy, gdy w wejściu pojawili się nowi goście. Była to młoda niemiecka para, z pewnością byli tylko o kilka lat starsi od nas. Wyglądali na... turystów? Możliwe, w każdym razie to było pierwsze, co przyszło mi na myśl po ujrzeniu ich. Bogatych turystów.
- Hej. Rozmawiałaś kiedyś z Niemcami w niemieckim lokalu? - szepnąłem dyskretnie do Kingi. - To może być ciekawe doświadczenie, nie sądzisz? - Wskazałem ruchem głowy na parę, sugerując jej zagadanie do nich.
< Kinga // podoba mi się ten pomysł c: >
23.07.2017
Od Kingi CD Janka
Uśmiechnęłam się lekko, ale doszła do mnie okrutna prawda. Tamta restauracja była jedyną restauracją polską wyposażoną w pianino, niestety.
- A no widzisz, nie ma takiego miejsca... Znaczy, nigdzie nie znajdziemy pianina, prawdopodobnie - mruknęłam - Chyba, że przejdziemy metamorfozę i zamienimy się w Niemców, aby wejść do niemieckiej restauracji.
- Zawsze warto próbować, może coś podsłuchamy... - zamyślił się.
- Masz jakieś fałszywe dokumenty? Może twoja mama szyje ubrania dla Niemców?
- Papierki znajdę, ubrania pewnie też.
- No widzisz, pożyczymy jakieś wdzianka - ściszyłam głos - ważne że oboje mamy fałszywe dokumenty.
Przez chwilę szliśmy w ciszy, którą przerwałam, bo nie lubię tego ,,napięcia kroków".
- Pamiętasz, że to w połowie misja w połowie rozrywka?
- Misja? Od kiedy? - zaśmiał się.
- Mieliśmy przecież wyczaić jakieś informacje...
- No tak, racja i co w związku z tym?
- Dla dobra misji udajemy bogate, niemieckie małżeństwo, rozumiesz? - spojrzałam mu w oczy.
(Janek? Jakoś nie wiedziałam co odpisać :/)
- A no widzisz, nie ma takiego miejsca... Znaczy, nigdzie nie znajdziemy pianina, prawdopodobnie - mruknęłam - Chyba, że przejdziemy metamorfozę i zamienimy się w Niemców, aby wejść do niemieckiej restauracji.
- Zawsze warto próbować, może coś podsłuchamy... - zamyślił się.
- Masz jakieś fałszywe dokumenty? Może twoja mama szyje ubrania dla Niemców?
- Papierki znajdę, ubrania pewnie też.
- No widzisz, pożyczymy jakieś wdzianka - ściszyłam głos - ważne że oboje mamy fałszywe dokumenty.
Przez chwilę szliśmy w ciszy, którą przerwałam, bo nie lubię tego ,,napięcia kroków".
- Pamiętasz, że to w połowie misja w połowie rozrywka?
- Misja? Od kiedy? - zaśmiał się.
- Mieliśmy przecież wyczaić jakieś informacje...
- No tak, racja i co w związku z tym?
- Dla dobra misji udajemy bogate, niemieckie małżeństwo, rozumiesz? - spojrzałam mu w oczy.
(Janek? Jakoś nie wiedziałam co odpisać :/)
18.07.2017
Od Janka c.d. Kingi
Cała grupa rozpierzchła się, każdy poszedł w inną stronę. Ruszyłem niespiesznym krokiem w dół ulicy, po chwili skręcając w jakąś prostopadłą do niej alejkę.
Dopóki nie wiedziałem co ze sobą zrobić, stałem bezczynnie z rękami w kieszeniach spodni i tępo wpatrzyłem się w wybrukowaną ulicę. Ponowne zbieranie się w grupę nie było dobrym pomysłem. Ściągnęlibyśmy na siebie tylko więcej podejrzeń. Wracać do domu i do końca dnia nic nie robić? W sumie byłoby to najmądrzejsze wyjście, ale nie najbardziej atrakcyjne.
Moje rozmyślania przerwało nagłe uderzenie, które odepchnęło mnie na cały metr na bok. Osobą, która na mnie wpadła była Kinga.
- Och, przepraszam, nie zauważyłam... - zaczęła przepraszać, jeszcze zanim zauważyła z kim ma do czynienia.
- Kinga... Kinga - przerwałem jej. Widząc znajomą twarz, dziewczyna nieco się rozluźniła. - Już mnie tak gorliwie nie przepraszaj. Chodź, idziemy stąd.
- Nie powinniśmy się rozdzielić?
- Nie musimy, pójdziemy bocznymi uliczkami - wyjaśniłem, łapiąc ją za nadgarstek i ciągnąc lekko ze sobą. - Nie chcę wracać do domu.
Skierowaliśmy się wgłąb uliczki; było to zagłębie mieszkalne. Weszliśmy na kwadratowe podwórko mieszkaniowe, wypełnione całą masą zepsutych gratów i śmieci. Żeby przejść dalej, musieliśmy przeskakiwać przez płot z zamkniętą furtką i jak najszybciej znaleźć się po drugiej stronie, żeby ocalić kostki przed rozzłoszczonym psem, który pojawił się nagle znikąd. Wściekłe czarne zwierzę jeszcze długo ujadało za nami, wspinając się na siatkę ogrodzenia. Śmiejąc się nerwowo, poszliśmy dalej, przez ciemny korytarz prowadzący na ulicę równoległą do tej, z której przyszliśmy.
- Jak myślisz, co z resztą? - spytała Kinga.
- Rozeszli się. Może kilkoro z nich, tak jak my, zebrało się z powrotem - odparłem, rozglądając się po okolicy. Powoli zbliżał się wieczór, niedługo trzeba będzie uciekać przed godziną policyjną. Przeniosłem wzrok na idącą obok mnie dziewczynę. - Idziesz do domu?
- Nie wiem... a ty?
- Chodźmy poszukać jakiegoś zajęcia, dopóki nie ma policyjnej - zaproponowałem z uśmiechem błyszczącym entuzjazmem. - Może znajdziemy jakieś pianino i dokończysz swoje "O sole mio!".
< Kinga // urwane w dziwnym miejscu, no ale resztę zostawię Tobie >
Dopóki nie wiedziałem co ze sobą zrobić, stałem bezczynnie z rękami w kieszeniach spodni i tępo wpatrzyłem się w wybrukowaną ulicę. Ponowne zbieranie się w grupę nie było dobrym pomysłem. Ściągnęlibyśmy na siebie tylko więcej podejrzeń. Wracać do domu i do końca dnia nic nie robić? W sumie byłoby to najmądrzejsze wyjście, ale nie najbardziej atrakcyjne.
Moje rozmyślania przerwało nagłe uderzenie, które odepchnęło mnie na cały metr na bok. Osobą, która na mnie wpadła była Kinga.
- Och, przepraszam, nie zauważyłam... - zaczęła przepraszać, jeszcze zanim zauważyła z kim ma do czynienia.
- Kinga... Kinga - przerwałem jej. Widząc znajomą twarz, dziewczyna nieco się rozluźniła. - Już mnie tak gorliwie nie przepraszaj. Chodź, idziemy stąd.
- Nie powinniśmy się rozdzielić?
- Nie musimy, pójdziemy bocznymi uliczkami - wyjaśniłem, łapiąc ją za nadgarstek i ciągnąc lekko ze sobą. - Nie chcę wracać do domu.
Skierowaliśmy się wgłąb uliczki; było to zagłębie mieszkalne. Weszliśmy na kwadratowe podwórko mieszkaniowe, wypełnione całą masą zepsutych gratów i śmieci. Żeby przejść dalej, musieliśmy przeskakiwać przez płot z zamkniętą furtką i jak najszybciej znaleźć się po drugiej stronie, żeby ocalić kostki przed rozzłoszczonym psem, który pojawił się nagle znikąd. Wściekłe czarne zwierzę jeszcze długo ujadało za nami, wspinając się na siatkę ogrodzenia. Śmiejąc się nerwowo, poszliśmy dalej, przez ciemny korytarz prowadzący na ulicę równoległą do tej, z której przyszliśmy.
- Jak myślisz, co z resztą? - spytała Kinga.
- Rozeszli się. Może kilkoro z nich, tak jak my, zebrało się z powrotem - odparłem, rozglądając się po okolicy. Powoli zbliżał się wieczór, niedługo trzeba będzie uciekać przed godziną policyjną. Przeniosłem wzrok na idącą obok mnie dziewczynę. - Idziesz do domu?
- Nie wiem... a ty?
- Chodźmy poszukać jakiegoś zajęcia, dopóki nie ma policyjnej - zaproponowałem z uśmiechem błyszczącym entuzjazmem. - Może znajdziemy jakieś pianino i dokończysz swoje "O sole mio!".
< Kinga // urwane w dziwnym miejscu, no ale resztę zostawię Tobie >
Od Kingi
Szłam sobie ulicą przyglądając się przechodniom. Co około 5 minut przez ulicę przechodził coraz to inny, umundurowany Niemiec. Cóż - nic nie poradzisz. Jedyne co może pomóc to Bóg, chociaż nie. Przez to wszystko co teraz się dzieje przestaję w to wierzyć. To wszystko możemy zmienić my.
Oparłam się o pierwszą lepszą kamieniczkę, bo wszystkie ławki w okolicy były podpisane ,,Dla Niemców", więc co ja będę się stawiać. Wolałabym nie trafić do niewoli jako prostytutka, młoda jeszcze jestem.
Przez ulicę przechodziły coraz to nowsze twarze, nawet jakiś iluzjonista zabawiał dzieci... Stało się to trochę monotonne, a ja monotonii nie lubię, po prostu nie.
Dlatego wspaniałomyślna Kinga, aby się dłużej nie rzucać w oczy doszła do wniosku, że spotka się z zastępem. Dawno żeśmy się nie widzieli, więc niewielkie spotkanko by nie zaszkodziło.
Przestałam podpierać kamieniczkę i ruszyłam z warszawskiego Śródmieścia na Żoliborz. Tam mieszkała większa część naszego zastępu, więc czemu by nie. Szczęście, że było nas tylko 5 łącznie ze mną.
Podczas kilkunasto minutowej przechadzce postanowiłam zajrzeć najpierw do Zosi (chociaż tylko nam pomagała... i tak uważam ją za ,,nas"), później Janka... W dalszej kolejności po resztę bandy.
Podeszłam pod drzwi Zofii i zapukałam. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich dorosła kobieta w fartuchu, ewidentnie przygotowująca jakieś smaczne danie, bo zapachy były nieziemskie.
- Dzień dobry, zastałam Zosię? - zapytałam z uśmiechem.
- Wyszła gdzieś z rana, nie mam pojęcia gdzie jest... Łazi tu i tam, wiesz jak z nią jest.
- Rozumiem i tak dziękuję! Do widzenia!
- Uważaj na łapanki, dziecko! - wykrzyknęła za mną gdy schodziłam ze schodów.
- Dobrze...
W sumie i tak nie musiałam uważać, nie mam osoby, dla której mogłabym żyć. Nie zależy mi. Bynajmniej wiedziałam jedno - Zosia i reszta są w miejscu spotykania się zastępu, dokładniej za jednym z kościołów, blisko lasu.
Truchtem starałam się przemknąć przez ulicę, jednakże było to zauważalne... Dla własnego dobra zwolniłam kroku.
Już nigdzie się nie spiesząc słyszałam strzały z sąsiedniej ulicy. To była łapanka, widziałam na własne oczy. Na szczęście do mojego celu podróży daleko nie było.
Kilka minut później widziałam ich wszystkich uśmiechniętych, tylko ja zdyszana i niespokojna dołączyłam do grupy. Z daleka wykrzykiwali ,,O, patrzcie - Kinga idzie!" i śmiali się z nieznanego mi jeszcze powodu.
Podeszłam bliżej, wyściskałam wszystkich i oznajmiłam poważnym tonem.
- Łapanka.
Towarzystwo spoważniało, ja spojrzałam w ziemię. Ktoś zapytał ,,Gdzie?", a ja nawet nie mogłam rozpoznać głosu, bez namysłu odpowiedziałam ,,Zagórna". Nastała chwila ciszy, którą musiałam przerwać.
- W sumie nie po to tu przyszłam, bo chciałam wyjść do jakiejś restauracji, pogadać... Dawno się nie widzieliśmy...
Grupa przytaknęła, więc pozostało pytanie gdzie... do pierwszej lepszej!
Szliśmy dwójkami, aby nie wzbudzać za dużych podejrzeń. Szłam w drugiej parze z Jankiem, ale w sumie co to ma do rzeczy, skoro droga była zdumiewająco krótka.
Weszliśmy do restauracji, dziewczyny zajęły nam wszystkim przyzwoity stolik... Dobrze, że restauracja była polska, bo mogliśmy usiąść w grupie. Po chwili dołączyła reszta zastępu, złożyliśmy zamówienia, śmialiśmy się i gadaliśmy... Poczułam się tak, jakbym w końcu miała rodzinę, której bardzo mi brakuje... Niby 2 lata, a jednak.
- Kinga - zaczęła Tosia - przecież ty grałaś na fortepianie... Zobacz, tu jest pianino!
- Owszem, jest, ale co to ma do rzeczy? - zdziwiłam się.
- Jak to co? Zagraj nam!
Wybałuszyłam oczy i prawie splunęłam herbatą na stół, jednak powstrzymałam się.
- Żartujesz? Przecież ja nic nie pamiętam! - uśmiechnęłam się głupio.
- Wiemy przecież, że pamięć masz doskonałą, idź graj!
Wolałam nie dyskutować, a poza tym nie potrafię odmawiać - już taka jestem, co poradzisz.
Usiadłam przed pianinem, starłam ręką trochę kurzu i podwyższyłam krzesło do optymalnej wysokości. Zaczęłam grać. Przyznaję, już na początku odczułam różnicę między pianinem i fortepianem. Tutaj było łatwiej. Zagrałam kawałek utworu ,,O sole mio!", wszyscy klaskali, niektórzy nawet wstali, aby wyrazić większe uznanie.
Jednak ta chwila nie trwała długo, do restauracji weszli Niemcy. Szybko zamknęłam pianino i usiadłam do grupy, mój błąd. Esesmani wzięli nas za spiskowców. Załadowali broń i zagrozili, że jeśli nie opuścimy lokalu zastrzelą nas. Wychodziliśmy po kolei, każdy odchodził w swoją stronę... Ja wyszłam ostatnia. Skręciłam w jakąś wąską uliczkę i wpadłam na kogoś (oczywiście patrzyłam czy za mną nie idą). Przestraszyłam się i automatycznie zaczęłam przepraszać.
(ktoś, coś?)
Oparłam się o pierwszą lepszą kamieniczkę, bo wszystkie ławki w okolicy były podpisane ,,Dla Niemców", więc co ja będę się stawiać. Wolałabym nie trafić do niewoli jako prostytutka, młoda jeszcze jestem.
Przez ulicę przechodziły coraz to nowsze twarze, nawet jakiś iluzjonista zabawiał dzieci... Stało się to trochę monotonne, a ja monotonii nie lubię, po prostu nie.
Dlatego wspaniałomyślna Kinga, aby się dłużej nie rzucać w oczy doszła do wniosku, że spotka się z zastępem. Dawno żeśmy się nie widzieli, więc niewielkie spotkanko by nie zaszkodziło.
Przestałam podpierać kamieniczkę i ruszyłam z warszawskiego Śródmieścia na Żoliborz. Tam mieszkała większa część naszego zastępu, więc czemu by nie. Szczęście, że było nas tylko 5 łącznie ze mną.
Podczas kilkunasto minutowej przechadzce postanowiłam zajrzeć najpierw do Zosi (chociaż tylko nam pomagała... i tak uważam ją za ,,nas"), później Janka... W dalszej kolejności po resztę bandy.
Podeszłam pod drzwi Zofii i zapukałam. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich dorosła kobieta w fartuchu, ewidentnie przygotowująca jakieś smaczne danie, bo zapachy były nieziemskie.
- Dzień dobry, zastałam Zosię? - zapytałam z uśmiechem.
- Wyszła gdzieś z rana, nie mam pojęcia gdzie jest... Łazi tu i tam, wiesz jak z nią jest.
- Rozumiem i tak dziękuję! Do widzenia!
- Uważaj na łapanki, dziecko! - wykrzyknęła za mną gdy schodziłam ze schodów.
- Dobrze...
W sumie i tak nie musiałam uważać, nie mam osoby, dla której mogłabym żyć. Nie zależy mi. Bynajmniej wiedziałam jedno - Zosia i reszta są w miejscu spotykania się zastępu, dokładniej za jednym z kościołów, blisko lasu.
Truchtem starałam się przemknąć przez ulicę, jednakże było to zauważalne... Dla własnego dobra zwolniłam kroku.
Już nigdzie się nie spiesząc słyszałam strzały z sąsiedniej ulicy. To była łapanka, widziałam na własne oczy. Na szczęście do mojego celu podróży daleko nie było.
Kilka minut później widziałam ich wszystkich uśmiechniętych, tylko ja zdyszana i niespokojna dołączyłam do grupy. Z daleka wykrzykiwali ,,O, patrzcie - Kinga idzie!" i śmiali się z nieznanego mi jeszcze powodu.
Podeszłam bliżej, wyściskałam wszystkich i oznajmiłam poważnym tonem.
- Łapanka.
Towarzystwo spoważniało, ja spojrzałam w ziemię. Ktoś zapytał ,,Gdzie?", a ja nawet nie mogłam rozpoznać głosu, bez namysłu odpowiedziałam ,,Zagórna". Nastała chwila ciszy, którą musiałam przerwać.
- W sumie nie po to tu przyszłam, bo chciałam wyjść do jakiejś restauracji, pogadać... Dawno się nie widzieliśmy...
Grupa przytaknęła, więc pozostało pytanie gdzie... do pierwszej lepszej!
Szliśmy dwójkami, aby nie wzbudzać za dużych podejrzeń. Szłam w drugiej parze z Jankiem, ale w sumie co to ma do rzeczy, skoro droga była zdumiewająco krótka.
Weszliśmy do restauracji, dziewczyny zajęły nam wszystkim przyzwoity stolik... Dobrze, że restauracja była polska, bo mogliśmy usiąść w grupie. Po chwili dołączyła reszta zastępu, złożyliśmy zamówienia, śmialiśmy się i gadaliśmy... Poczułam się tak, jakbym w końcu miała rodzinę, której bardzo mi brakuje... Niby 2 lata, a jednak.
- Kinga - zaczęła Tosia - przecież ty grałaś na fortepianie... Zobacz, tu jest pianino!
- Owszem, jest, ale co to ma do rzeczy? - zdziwiłam się.
- Jak to co? Zagraj nam!
Wybałuszyłam oczy i prawie splunęłam herbatą na stół, jednak powstrzymałam się.
- Żartujesz? Przecież ja nic nie pamiętam! - uśmiechnęłam się głupio.
- Wiemy przecież, że pamięć masz doskonałą, idź graj!
Wolałam nie dyskutować, a poza tym nie potrafię odmawiać - już taka jestem, co poradzisz.
Usiadłam przed pianinem, starłam ręką trochę kurzu i podwyższyłam krzesło do optymalnej wysokości. Zaczęłam grać. Przyznaję, już na początku odczułam różnicę między pianinem i fortepianem. Tutaj było łatwiej. Zagrałam kawałek utworu ,,O sole mio!", wszyscy klaskali, niektórzy nawet wstali, aby wyrazić większe uznanie.
Jednak ta chwila nie trwała długo, do restauracji weszli Niemcy. Szybko zamknęłam pianino i usiadłam do grupy, mój błąd. Esesmani wzięli nas za spiskowców. Załadowali broń i zagrozili, że jeśli nie opuścimy lokalu zastrzelą nas. Wychodziliśmy po kolei, każdy odchodził w swoją stronę... Ja wyszłam ostatnia. Skręciłam w jakąś wąską uliczkę i wpadłam na kogoś (oczywiście patrzyłam czy za mną nie idą). Przestraszyłam się i automatycznie zaczęłam przepraszać.
(ktoś, coś?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)