Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jens&Roderich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jens&Roderich. Pokaż wszystkie posty

18.08.2017

Od Rodericha c.d. Jens'a

- Jens, twoje zdenerwowanie mnie martwi. Czy coś się stało? - spytałem. Przyglądam ci się. Wyglądasz na spiętego. Próbuję dostrzec przyczynę strachu błyszczącego w twoich sarnich oczach, ale nie potrafię go nijak wytłumaczyć. Patrzysz w moją stronę, jakbyś bał się spojrzeć gdziekolwiek indziej. Żeby czegoś nie zdradzić? Czuję się bezradny, bo nie potrafię zrozumieć o co chodzi. Żebyś wiedział, jak bardzo może to być uciążliwe. Zdaje mi się, że boli mnie wtedy głowa, z przodu, w okolicach czoła. Może to coś innego, może to sobie wyobrażam, ale dzisiaj czuję to już drugi raz. Za pierwszym razem poczułem to wtedy, gdy zaatakowałeś Jonaha. Wtedy też byłem bezradny i czułem, że nie panuję nad sytuacją. Teraz czuję się podobnie.
- Nic się nie stało - kłamiesz drżącym głosem.
- Oczywiście, nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.
- Boli mnie w żebrach.
Chciałem ci powiedzieć, że nie powinieneś się uskarżać, ale przemilczałem to.
- Jeśli ładnie mnie poprosisz, przyniosę ci jutro maści chłodzące. - Twoja odpowiedź dana w postaci odwrócenia wzroku gdzieś na sufit jest całkowicie zrozumiała. - Dobrze. Przecież i tak ci ją przyniosę. Myślisz, że przyjemnie jest mi patrzeć na twoje cierpienie?
- Nie wiem... - mruknąłeś, nie zaszczycając mnie spojrzeniem. - Wydaje się pan być osobą, po której można się spodziewać wszystkiego...
Zdaje się, że natychmiast pożałowałeś tych słów. To prawda, że były dosyć odważne i mogłyby mnie urazić. Ale spokojnie, wybaczam ci. Chyba jeszcze nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo moja słabość do ciebie może działać na twoją korzyść.
- Ile masz lat?
- Dwadzieścia trzy - przyznajesz z wahaniem, jakbym mógł z tą informacją zrobić coś, co mogłoby ci zaszkodzić.
- Trzydzieści pięć. Raczej nie mógłbym uchodzić za twojego ojca, więc możemy zrezygnować z oficjalnego tytułowania się. Będziesz czuł się wtedy swobodniej?
Spojrzenie, którym mnie zaszczyciłeś, było tak pogardliwe, że gdybym nie doświadczał podobnych wcześniej, to poczułbym się naprawdę urażony.
- No oczywiście, jak śmiem proponować ci coś tak absurdalnego. Jestem dwulicową, podłą żmiją z Gestapo. Nie odpowiadam twojemu zmysłowi estetyki. Nie lubisz mnie, co?
- Czego pan ode mnie chce? - pytasz, zaciskając zęby. Czujesz się zirytowany czy przestraszony?
Mrużę ze znudzeniem powieki. Znów ten ucisk w płacie czołowym. Jens, jesteś trudny w komunikacji. Dziewczęta w twoim wieku są bardziej ufne.
- To rodzicielski instynkt - odpowiadam spokojnym głosem, otwierając oczy. - Niespełniony i cholernie uciążliwy. Słyszałeś o zwierzętach, które po stracie potomstwa są gotowe do przygarnięcia obcych sierot, nawet innego gatunku?
- Słucham? - Unosisz wojowniczo lewą brew. Bierzesz mnie za świra. - Słyszy pan siebie?
- Nie obraź się, ale klęcząc na ziemi i płacząc, nie kojarzyłeś się z niczym innym, jak z bezradnym, skrzywdzonym dzieckiem, potrzebującym opieki. - Przyjmuję poważny, ostry ton głosu, byś nie poczuł się zbytnio ugłaskany. - Nie masz już przyjaciela ojca nad sobą. Tylko on mógłby być dla ciebie tak łaskawy. A ostatnio, zdaje się, wyczerpałeś jego cierpliwość, więc zostałem ci tylko ja. Zdążyłeś się już przekonać, że moja cierpliwość ma granice, ale zapewniam cię, że tracę ją tylko w naprawdę poważnych sytuacjach i ostatnie, czego chcę, to twoja krzywda. I nie myśl, że ze swoją pełnoletnością wyśliźniesz się spod moich skrzydeł. Nie pozwolę ci samemu błąkać się po tym dzikim mieście. Za jego granicami kończy się cywilizacja, ten kraj to istna dzicz. Nie mógłbym zostawić cię samemu sobie w cywilu, ale też nie wepchnę cię do pierwszego lepszego pułku Wehrmahtu, bo jeszcze wyślą cię gdzieś w głąb kontynentu i będę cię miał na sumieniu do końca życia, bo stamtąd nie wszyscy wracają.
- I... jak długo zamierzasz mnie u siebie trzymać? - spytałeś, po raz pierwszy decydując się zwrócić do mnie mniej oficjalnie.
- Aż zobaczę twój uśmiech skierowany w moją stronę - rzuciłem, szczerząc zęby i ułożyłem się wygodnie na fotelu. Był duży i miękki, w sam raz dla mężczyzny wracającego po długim dniu pracy do domu, chcącego w spokoju usiąść i poczytać gazetę, mając jednocześnie dobry widok na to, co dzieje się w domu. Założyłem ręce za głowę i oparłem podbródek na ramieniu, nadal obserwując cię sennym wzrokiem. Nie byłeś chętny do rozmowy, potrafię to zrozumieć. Nie byłbyś też chętny do leżenia w więzach na podłodze i lizania moich butów. To jeszcze bardziej zrozumiałe. Powinienem ci powiedzieć, że nieodpowiednie zachowanie sprawi, że będę mniej zważać na twoje chęci i niechęci, ale to mogłoby cię jeszcze bardziej zrazić. Nie chcę cię przecież szantażować.
Rozmowa została zakończona, w uroczo urządzonym, przytulnym saloniku zapanowała mglista cisza, w którą wczepiały się jedynie twoje ciche sapnięcia, gdy po raz kolejny zaciągałeś się papierosem i miarowe pulsowanie żyły w mojej skroni - drugi dźwięk był słyszalny tylko dla mnie. Z nogą założoną na oparcie fotela, w pozycji niemal poziomej, nachodziła mnie chęć, by się tu chwilę zdrzemnąć. Miałem już prawie całkiem zamknięte oczy i moja kierowana na ciebie uwaga zaczynała słabnąć, gdy jeden twój ruch skierował ją na ciebie z powrotem. Nerwowo upychałeś coś do kieszeni. Broń? Skąd wziąłeś broń, gówniarzu, zaufałem ci, byłem gotów odjąć sobie jedzenia od ust, by tobie go nie zabrakło, jak mogłeś!
- Co to? - pytam. Krew pulsuje mi w skroniach.
- Co? - Udajesz idiotę.
- To, co chowasz. Oddaj. - Wstaję z miejsca, gotów zacisnąć ci dłonie na niewdzięcznym gardle, przyłożyć mausera do łba. Cofasz się o krok. - To broń, tak? Mogę wiedzieć po co ci ona? I skąd ją wziąłeś?
- Broń...? - patrzysz na mnie z lękiem, zaniepokojony moją nagłą zmianą zachowania. 
Chcę podbiec, ale możesz być szybszy. Jeśli to rewolwer, muszę uważać. Gapię się na twoją ukrytą w kieszeni dłoń, pot spływa mi na czoło, nie wiem co robić.
- Wiesz, że nie przeżyjesz, jeśli mi coś zrobisz - mówię; głos mi się załamał. Nie odpowiadasz; wyglądasz jakbyś analizował swoją sytuację. - Przecież nic ci nie zrobię, będziesz tu mieszkał, odwiedzę cię czasem. Będę za ciebie, kurwa, płacił! Tak się odwdzięczasz? 
- Nie mam broni - sapnąłeś zachrypniętym głosem. 
- To co tam trzymasz? 
Nie mogę uspokoić oddechu, zaczynam się denerwować. Próbuję przypomnieć sobie skąd mogłeś wziąć broń. Na Szucha? Podczas zakupów? Pierwsza opcja odpada, druga równie nieprawdopodobna. W każdym razie nie może to być broń palna. Nóż z blatu? Zerkam; wszystkie na swoim miejscu. Zaraz jednak przechodzi mnie dreszcz - wszystkie są o wiele bliżej ciebie niż mnie. Bicie serca czuję aż w czaszce, tracę nad sobą kontrolę. Masz broń, chcesz mnie zabić - ale nie zdążysz, bo wcześniej urwę ci łeb. Nie umiem myśleć trzeźwo, blokuje mnie wściekłość. Jak mogłem do tego dopuścić? Trzeba było cię tu wprowadzić na łańcuchu ze związanymi rękami. 
Nie słysząc od ciebie żadnej odpowiedzi, rzucam się w twoją stronę. Bronisz się ramionami, gdy ja sięgam do twojej kieszeni. Nic nie znajduję. Masz puste ręce.
W jednej chwili moja twarz uderza o panele, gdy blokujesz mój atak. Spanikowany sięgasz do noży na blacie, ja łapię cię za pasek od spodni i ciągnę w swoją stronę; przed upadkiem udało ci się złapać jedno z ostrzy. Odpycham uzbrojoną rękę, próbuję wykręcić nadgarstek, ale dostaję twoim kolanem w szczękę. 
Broń mam przy mundurze, obok fotela. Za daleko. Podejmuję próbę wyciągnięcia noża z twojej ręki; pchnąłeś go na moją twarz, ostrze trafia na kość policzkową i ześlizguje się. 
Kątem oka widzę biały drobiazg wypadający z twojej kieszeni. Korzystając z sekundy mojej nieuwagi, zrzucasz mnie z siebie i przyduszasz łokciem do podłogi; moja twarz znalazła się zaledwie pół metra od małej, pogniecionej kartki zapisanej przytartymi polskimi słowami. 
- Nazwiska? - wysapałem. Charakterystyczne "wicz" i "cki" na końcach, jak w tylu kartach aresztowanych, które zdarzało mi się kartkować. To chciał przede mną ukryć?


Jens? //

8.08.2017

od Jens'a c.d od Rodericha

- Przepraszam za te siniaki - mruknął.
Nie popatrzyłem na niego, moje spojrzenie mogłoby za wiele zdradzić. Mógłby  odczytać z niego,  jak bardzo teraz nim gardzę, a kolejne siniaki to ostatnia rzecz jakiej teraz potrzebuje. Ze względu na brak mojej odpowiedzi mówił dalej:
- Działałem pod wpływem zbyt silnych emocji. Nie chciałem wyżywać się na tobie, ale nie panowałem wtedy nad sobą. Podobnie jak ty, słabo radzę sobie ze stresem. I na pewno myślisz, że skoro próbuję cię teraz przepraszać, to co w takim razie powiedziałbym temu człowiekowi? Który, nawiasem mówiąc, zginął w dużej mierze przez ciebie... Powiedziałbym mu, że nie powinien mieć do mnie pretensji. Wykonuję rozkazy, prawda? Tak samo jak ty i zapewne on. Gdyby zdecydował się powiedzieć wszystko, co od niego chciałem, mniej by cierpiał. Mógł też zawczasu wybrać inne zajęcie, zamiast podejmować się tak bezsensownych działań, jak wykolejanie pociągów. Byłby wtedy bezpieczny, nie sądzisz? Oczywiście, że byłby. Ale wybrał inaczej. Kogo i co więc należy winić? Moje okrucieństwo czy jego głupotę?
Po jego długim wywodzie na temat tego co według niego jest dobre a co złe,  wyjął z kieszeni paczkę papierosów i rzucił w moja stronę, tak ze wylądowały na moim brzuchu. Jakby chciał jeszcze bardziej ,,złagodzić" swoje słowa, jakby  chciał mi dać nagrodę za to że zaraz się z nim zgodzę. Jest chyba nieco zbyt pewny siebie.
Trzęsącym się rękami wziąłem paczkę papierosów i odpaliłem jednego przy pomocy zapalniczki która była już w środku. Zaciągnąłem się odchylając głowę do tyłu. Po czym wziąłem głęboki oddech, i wróciłem wzrokiem na Rodericha.
Bałem się go, cholernie się go bałem a on na pewno o tym wiedział. Jednak nie chciałem być głupią tresowaną małpką która będzie ciągle przytakiwać. Postanowiłem najdelikatniej jak umiem odpowiedzieć mu, chowając wszystkie urazy.
Roderich widocznie stracił nadzieję że w ogóle się odezwę, bo był bardzo zdziwiony gdy wreszcie zabrałem głos:
- Wie pan.... - zacząłem najspokojniej jak umiałem. -  Człowiek nie jest lalką na sznurkach, może podejmować własne decyzję. - zrobiłem przerwę zaciągając się po raz kolejny, po czym mówiłem dalej -   Może myśleć, czuć. Nie powinien pan tłumaczyć swojego zachowania ,,rozkazami", chyba że nie jest pan człowiekiem a bezmyślnym pionkiem, który nie ma własnego sumienia. - popatrzyłem mu w oczy. - Ten człowiek nie cierpiał przez rozkaz, tylko przez osobę która ten rozkaz zaakceptowała i go wykonała.  Niech pan się przyzna przed samym sobą że to był tylko pana wybór,
Moja odpowiedź raczej go nie zadowoliła, oczekiwał większej ,,uległości". Ja jednak mimo strachu przed jego osobą, nie potrafiłem mu kłamać że podzielam jego punkt widzenia. Miałem tylko nadzieję że nie narobiłem sobie większych kłopotów.
Po krótkim wpatrywaniu się we mnie, Roderich prawie niezauważalnie podniósł kąciki ust w niejednoznaczny uśmiech. Serce zaczęło mi bić mocniej, i w dalszym ciągu czekałem ja jego reakcję.
Wtedy dopiero też zdałem sobie sprawę, że karteczka z polskimi nazwiskami którą znalazłem w celi, wystaje mi nieco zza paska od spodni. Gdy wtedy wchodziłem go gabinetu nie miałem zbyt wiele czasu by schować ją w bezpieczniejszym miejscu, więc włożyłem ją za pasek. A teraz gdy nie mam koszuli, jest ona niebezpiecznie widoczna w polu widzenia Rodericha.
Znowu zacząłem się trząść, jednak szybko uciekłem wzrokiem od tego skrawka kartki który wystawał , żeby nie zdradzić jej położenia. Jakim cudem Roderich jeszcze jej nie zauważył. Nie mam pojęcia kim są ludzie zapisani na tej kartce, ale wiem jedno nie chcę być winny kolejnych mordów. Nie chce skazywać kolejnych nieszczęśników na cierpienia z rąk tego potwora. Jakim cudem mam ją teraz ukryć.
Roderich jeszcze przez chwile się nie odezwał, umierałem ze strachu. Nad czym myślał. Nad tym co mi odpowiedzieć, jak mnie tym razem ukarać za nazwanie go bezmyślnym pionkiem, a może już zauważył tą niewinną karteczkę i zaraz będzie mnie dopytywał co na niej jest.


Roderich? ( wybacz za długość, ale potrzebuję twojej reakcji)

4.08.2017

Od Rodericha c.d. Jens'a

Brak reakcji osób zebranych zirytował Rodericha. Piorunując wzrokiem Polaka, warknął:
- Niewyraźnie mówię? Zabierz go. Do cel, jeśli nie wiesz gdzie. Cela. Rozumiesz? - Ostatnie dwa słowa wypowiedział po polsku.
Zalewski natychmiast kiwnął głową i podszedł do Jens'a, by wyprowadzić go z gabinetu. Roderich z nieukontentowaniem wypisanym na twarzy powiódł wzrokiem za dwójką zbliżających się do wyjścia podwładnych, ze szczególną uwagą obserwując ruchy Jens'a. Szedł zgarbiony, łapiąc się za żebra. Krew z nosa nie przestawała spływać mu na wargi, czyniąc je prawie całkowicie szkarłatnymi. Chłopak zerknął na moment w jego stronę, jednak napotykając spojrzenie Rodericha, szybko spuścił wzrok na podłogę.
Sierżant prychnął cicho pod nosem i odwrócił się. Jego oczom znów ukazał się paskudnie wyglądający trup, który w dalszym ciągu wisiał na środku pokoju. Zdążył już o nim zapomnieć.
Z niesmakiem omiótł wzrokiem bałagan, jaki wokół niego panował. Krew skapywała wprost pod ciało przesłuchiwanego, ale duża jej część została rozprowadzona dalej i rozmazana po podłodze przez walczących ze sobą Jens'a i Jonaha. W rezultacie niemal cały środek podłogi ubrudzony był czerwoną posoką. Nie wspominając o krwi, którą sam Roderich rozprowadził po kątach pokoju, maltretując Jens'a.
- Halt - rozkazał, jeszcze zanim ciemnowłosy z Polakiem opuścili pomieszczenie. - Niech to posprząta. A ty przynieś worek na zwłoki.
Z przyjemnością zauważył przerażony wyraz twarzy Jens'a. Biedny, na pewno miał nadzieję, że nie będzie już musiał przebywać ze złym, strasznym Roderichem.
Po wydaniu rozkazu blondyn zasiadł w swoim fotelu, kładąc nogi na biurku i wtulił się plecami w miękki materiał mebla. W gabinecie został tylko Jonah, który znalazł sobie wygodne siedzenie na parapecie okna i nie odzywając się, próbował zatamować krwotok z nosa darowany mu przez Jens'a. Hilse spojrzał na niego z rozbawieniem.
- Jednak umie przywalić, co? - zapytał złośliwie.
Młodszy esesman rzucił mu zezłoszczone spojrzenie, ale nie odpowiedział.
- I tak to ty zrobiłeś największy syf - powiedział Roderich. - Nie wiem po jaką cholerę wyjmowałeś broń. Jakbyś go zabił, to sam równie szybko pożegnałbyś się z życiem - uświadomił go, uśmiechając się do niego pięknie i zupełnie nieadekwatnie do swoich słów. - A jak zabiłeś mi więźnia, to napiszesz za mnie raport i wytłumaczysz się. Bez wspominania o Jensie. Nie było go tu.
- To jak mam, przepraszam, napisać ten raport? - odezwał się w końcu kapral, nie wytrzymując już nerwowo.
- Nie mam pojęcia, to twój problem - mruknął sierżant, odwracając od niego wzrok, co było równoznaczne z końcem rozmowy.
Do gabinetu wszedł Zalewski z innym pracownikiem. Razem zdjęli wiszące w zapomnieniu ciało z uchwytów, rozwiązali trzymające je sznury, zapakowali w duży worek i wynieśli z pomieszczenia. Chwilę po ich zniknięciu, w drzwiach pojawił się Jens, już z wyczyszczoną z krwi twarzą, jednak przyozdobioną śladami po ciosach blondyna. Na słabo skrywaną pogardę obecną w jego wyrazie twarzy Roderich odpowiedział promienistym uśmiechem. Chłopak przyciągnął ze sobą blaszane wiadro z wodą i kilka szmat do zmywania podłóg.
- Sprzątaj, sprzątaj - zachęcił go Hilse, wskazując mu ruchem głowy na plamy na podłodze. - Będziesz miał trochę roboty.
Jens puścił wiadro, które z głośnym hukiem uderzyło dnem o podłoże i piorunując Rodericha wściekłym spojrzeniem osunął się na kolana przed największą plamą krwi. Zanurzył szmatę w wodzie, wycisnął i zaczął wycierać ślady.
Zapadła cisza, nieprzerywana przez żadnego z gestapowców, ani też przez chłopaka. Roderich z żywym zainteresowaniem śledził pracę zielonookiego, zauważając przy okazji, że niektóre ruchy sprawiają mu trudność, a przy niektórych na jego twarz wstępował grymas bólu. Widocznie okazał mu swoją przykrość nieco zbyt intensywnie.
- Nie martw się, nie będziesz musiał pracować długo - odezwał się w końcu. - Wyjdziemy wcześniej i zrobimy zakupy do twojego mieszkania.
Jens podniósł na moment wzrok na Rodericha, jednak po chwili znów go opuścił. Blondyn zdjął nogi z biurka i oparł się o nie na łokciach. Podpierając podbródek na dłoni, patrzył na chłopaka w ciszy, starając się mu nie przeszkadzać i go nie denerwować. Było to trudniejsze, niż mogło się wydawać. Nieprzyzwyczajony był do powstrzymywania swojego głośnego myślenia, więc co jakiś czas raczył chłopaka nowymi zagadnieniami i retorycznymi pytaniami. Nie oczekiwał odpowiedzi, wystarczało mu tylko widzieć, że słucha, nawet jeśli nie miał na to ochoty.
W końcu podłoga została całkowicie wyczyszczona z krwi, choć Jens musiał się sporo wysilić, by wyszorować panele do czysta. Z tego też względu zajęło mu to sporo czasu. W międzyczasie został sam na sam z Roderichem, ponieważ kapral zdecydował się zająć swoimi sprawami.
- Będziemy się zbierać - powiedział Austriak kilka minut przed drugą po południu, wstając od biurka i szykując się do wyjścia. Zebrał płaszcz z wieszaka stojącego w rogu, nałożył oficerską czapkę i odwrócił się do Jens'a, który właśnie wrzucał zabrudzone ścierki do wiadra z wodą i powoli podnosił się na zdrętwiałych od długiego klęczenia nogach. Roderich zmierzył go współczującym spojrzeniem.
Po całkowitym skończeniu pracy, obaj skierowali się do głównego wyjścia. Jens zdążył jeszcze zmienić ubrania z brudnych cywilnych na swój mundur.
- Ma pan papierosa? - odezwał się w końcu, czym bardzo uszczęśliwił swojego opiekuna.
- Dam ci w samochodzie - obiecał. Gdy wsiedli do jego samochodu, wyjął ze schowka prawie pełną paczkę papierosów i wręczył mu ją razem z zapalniczką. Jens od razu odpalił jednego i zaciągnął się łapczywie. Po chwili, gdy wnętrze auta zasnute już było szarym dymem, ciemnowłosy nieco się rozluźnił.
Przed powrotem do domu Roderich wyciągnął Jens'a, jak obiecał, na zakupy do kilku sklepów z żywnością. Poprosił go, żeby wybrał wszystko, co będzie mu pasowało i na co ma ochotę. Oraz żeby miał na uwadze to, że będzie musiał zrobić z czegoś obiad. Potem pojechali do nowego mieszkania młodzieńca.
Roderich, odbierając wcześniej klucze niosącemu torby z jedzeniem Jensowi, podszedł pierwszy do drzwi i otworzył mu je, samemu również wchodząc do środka. Podczas gdy chłopak zaczął opieszale rozkładać w kuchni zakupy, on rozebrał się w płaszcza i góry od munduru oraz czapki, zostając w samej koszuli, której rękawy podwinął ponad łokcie. Pozbył się również związanego u szyi krawata. Dał podopiecznemu spokój na czas robienia posiłku, a sam zajął się przeglądaniem książek pozostawionych na półkach w salonie przez poprzednich właścicieli domu. Na jego nieszczęście, wszystkie były po polsku.
Po niecałej godzinie Jens, który w międzyczasie również zdążył pozbyć się z siebie munduru, postawił na stole w kuchni dwa talerze, na których prezentowała się wołowina z warzywami. Rarytas niedostępny dla zwykłych cywili. Hilse nie wiedział, jakie zdolności kulinarne posiadał ciemnowłosy, ale patrząc na wygląd dania, był dobrej myśli.
- Smacznego - mruknął młody Niemiec. Siadając, znów skrzywił się z bólu, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
- Dzielny z ciebie chłopak - pochwalił go blondyn, siadając naprzeciw niego.
Danie nie było tak złe, jak można by się spodziewać po niewprawionym żołnierzu, ale mimo to czuć było, że Jensowi brakuje trochę wprawy. Po posiłku spędzonym w nieprzyjemnej, ciężkiej ciszy Roderich wstał leniwie od stołu i zaczął rozglądać się po kuchni w poszukiwaniu czystej ścierki lub ręcznika. Znalazł je w jednej z szafek, złożył kilka razy i zmoczył w kranie zimną wodą. Spojrzał przez ramię na Jensa, który siedział przed pustym talerzem i wpatrywał się w niego zamglonym wzrokiem. Wyglądał jakby znów miał ochotę płakać, ale najwyraźniej dzielnie się powstrzymywał. Zapewne intensywnie o czymś myślał, a po jego bladej twarzy można było się domyślić, że nie były to myśli pozytywne.
- Rozbierz się - polecił mu Roderich, choć zabrzmiało tak spokojnie i łagodnie, że można było to wziąć za prośbę.
Niemiec drgnął, słysząc jego głos i polecenie. Roderich parsknął ponurym śmiechem, widząc jego przerażoną twarz. Wyglądał, jakby był gotowy w jednej chwili rzucić się do ucieczki.
- Spokojnie. Zdejmij tylko koszulę - uściślił, odwracając się do niego z mokrą ścierką w dłoniach. Odszukał w jednej z szafek ocet i oblał ją nim. - Nie zrobię ci nic złego.
Jens zmierzył go nieufnym wzrokiem.
- Nie trzeba - powiedział nieco zachrypniętym głosem.
- Lepiej wiem co trzeba. Zdejmuj koszulę.
- Nie chcę.
Austriak uniósł brew.
- Nie pytałem czy chcesz.
Widząc zawzięty opór w oczach chłopaka, westchnął ze zrezygnowaniem.
- Proszę cię, nie rób więcej problemów, niż to konieczne. - Podał mu ścierkę przygotowaną na okład. - Zrób to sam. Ale pokaż mi te siniaki.
Jens wziął ją łaskawie i położył na stole. Nie od razu zdecydował się wykonać rozkaz - zwlekał tak długo, jak mógł, patrząc spode łba na esesmana - ale w końcu wstał i zaczął niechętnie zdejmować górną część garderoby. Odsłonił nagi tors, który - jak spodziewał się Roderich - upstrzony był sinymi przebarwieniami. Jednym z największych i najciemniejszych był ten na żebrach. Brzuch także nie prezentował się najlepiej; w końcu oberwał najmocniej. Na gardle chłopaka nadal można było dojrzeć ślady po jego palcach. Nawet na rękach miał kilka siniaków.
Hilse westchnął cicho. Zaczął szukać kolejnych ręczników do zrobienia większej ilości okładów.
- Idź się położyć, zaraz przyniosę ci więcej okładów. Zostać z tobą?
- Mogę zostać sam - odparł Jens takim tonem, jakby chciał powiedzieć coś o wiele mniej grzecznego. Mimo to poszedł do salonu, przykładając sobie do brzucha chłodny okład. Chwilę potem Roderich dołączył do niego, niosąc w dłoni kolejną wymoczoną w wodzie i occie ścierkę. Kastner spoczął na kanapie w pozycji półleżącej, oparty plecami o miękki podłokietnik. Złożył ścierkę na jego klatce piersiowej, upuszczając go z niskiej wysokości, by nie dotknąć chłopaka nawet przez jej materiał. Usiadł w fotelu ustawionym w pewnej odległości od sofy i opierając łokcie na kolanach, wlepił ponury wzrok w Jens'a. Bawiło go widoczne u chłopaka skrępowanie, ale jego usta nawet nie drgnęły, by przywołać uśmiech, który zniknął na stałe jeszcze długo przed ich dotarciem do mieszkania.
Zdawał sobie sprawę, że Jens nie jest na tyle głupi i zdesperowany, by uwierzyć w jego maskę troskliwego opiekuna. Siniaki na jego ciele miały teraz duże prawo głosu i znany był ich autor, więc mógł udawać ile chciał, a i tak nie doczekałby się nawet neutralnego spojrzenia skierowanego w jego stronę. Wiedział, że jego obecność jest młodemu bardzo nie na rękę. Jego sadystyczna natura kazała mu więc zostać z nim jak najdłużej i pomęczyć go sobą jeszcze trochę.
- Przepraszam za te siniaki - mruknął. - Działałem pod wpływem zbyt silnych emocji. Nie chciałem wyżywać się na tobie, ale nie panowałem wtedy nad sobą. Podobnie jak ty, słabo radzę sobie ze stresem. I na pewno myślisz, że skoro próbuję cię teraz przepraszać, to co w takim razie powiedziałbym temu człowiekowi? Który, nawiasem mówiąc, zginął w dużej mierze przez ciebie... Powiedziałbym mu, że nie powinien mieć do mnie pretensji. Wykonuję rozkazy, prawda? Tak samo jak ty i zapewne on. Gdyby zdecydował się powiedzieć wszystko, co od niego chciałem, mniej by cierpiał. Mógł też zawczasu wybrać inne zajęcie, zamiast podejmować się tak bezsensownych działań, jak wykolejanie pociągów. Byłby wtedy bezpieczny, nie sądzisz? Oczywiście, że byłby. Ale wybrał inaczej. Kogo i co więc należy winić? Moje okrucieństwo czy jego głupotę?
Wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów z zapalniczką w środku i rzucił ją w stronę chłopaka tak, by wylądowała na jego brzuchu. Zdążył się domyślić, że tego właśnie potrzebuje.

< Jens, moje biedactwo >

3.08.2017

od Jens'a c.d od Rodericha

W końcu kucnął nade mną. Jednak ja nie podniosłem na niego wzroku, dlatego ten pomógł mi łapiąc mnie za podbródek bym spojrzał mu w oczy.
- Mam nadzieję że bardzo żałujesz, tego jak się zachowałeś. Sprawiłeś mi ogromną przykrość, którą musiałem zwrócić.
Zebrałem się w sobie aby wykrzyczeć mu w twarz jak bardzo go nienawidzę, i że zrobiłbym to po raz kolejny. Zamiast tego jednak z moich ust wyszły rozpaczliwe błagania i przeprosiny:
-  Przepraszam! Przepraszam! Cholernie żałuje! Nigdy już czegoś takiego nie zrobię! Błagam niech pan się zlituje!
Roderich uśmiechnął się delikatnie, prawie niezauważalnie, puścił mój podbródek, pozwalając aby moja głowa znowu upadła bezradnie na podłogę. Poklepał mnie delikatnie po policzku i powiedział:
- Wierzę ci chłopcze.
Po czym wstał i podszedł do drugiego Niemca i zaczął po cichu z nim rozmawiać.
Przyglądałem się leżąc na ziemi na ich oficerki  i przeklinałem w myślach samego siebie. Czemu zachowałem się jak zbity pies, czemu nie umiałem wykrzyczeć mu tego co naprawdę myślę. Dlaczego jestem pierdolonym tchórzem.
Następnie mój wzrok przeniósł się na wiszące bezradnie ciało, zawieszone do sufitu. Dalej skapywały z niego krople krwi, jeszcze bardziej brudząc podłogę.
Zacząłem wtedy myśleć że dzięki temu całemu teatrzykowi który zrobiłem, ten człowiek nie będzie musiał już dłużej cierpieć. Nie ważne że przypłacił to życiem, bo przecież tak jak było to napisane na ścianie jednej z cel: najtrudniej jest cierpieć, łatwiej umierać. Co znaczy że to wszystko nie poszło na marne, uśmiechnąłem się delikatnie do samego siebie, a po moim policzku spłynęła samotna łza.
 Przypomniałem sobie o schowanej wcześniej karteczce z polskimi nazwiskami, całe szczęście że nie wszedłem z nią na widoku. Jedno jest pewne, nie oddam jej Roderichowi. I już mu nie zaufam. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę do końca, co tu się dzieje. Nie wiem po co mnie tu zabrał, ale wiem jedno, nie będę w tym uczestniczyć. Choćby nie wiem co chciał mi zrobić, nie stanę się taki jak on.
Może teraz uległem, ale  kiedyś w końcu mi się uda przezwyciężyć moją żałosną stronę.
Nagle usłyszałem jego głos:
- Wstawaj już .
Próbowałem się podnieść tak jak nakazał, jednak zajęło mi to sporo czasu. W końcu stałem oparty o ścianę, patrząc na mojego oprawcę.
Roderich też na mnie popatrzył, westchnął jakby ze zrezygnowaniem i pogładził się dłonią po karku. Po czym powiedział w miarę głośno:
- Niech ktoś zawoła Zalewskiego.
Jednak nie trzeba było tego robić, bo mężczyzna wpadł do gabinetu gdy tylko Roderich wypowiedział jego imię. Co zdradziło że ciągle stał pod drzwiami i podsłuchiwał. Jak wpadł, nic nie powiedział, popatrzył najpierw na mnie a potem na zwisające zwłoki, a na jego czole zauważyłem pojedyncze krople potu.
-Zalewski! - krzyknął Roderich chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
Mężczyzna od razu się otrząsną i powiedział:
- Tak proszę pana?
- Zaprowadź chłopaka gdzie jego miejsce.
Mężczyzna był nieco zdezorientowany, trudno domyślić się o jakie miejsce chodziło Roderichowi, nie wiedział czy ma mnie zaprowadzić z powrotem do pracy a może gdzieś zamknąć, stał tak wiec bez ruchu czekając na kolejną wskazówkę.


Roderich?

28.07.2017

Od Roderich'a c.d. Jens'a

Przez te długie kilka chwil, kiedy szeregowiec i kapral walczyli ze sobą, tarzając się po podłodze, Roderich stał jak zaklęty z boku i pustym, pozbawionym jakichkolwiek emocji wzrokiem wpatrywał się w rozgrywającą się przed sobą scenę. Czuł pod czaszką ból nieznanego mu pochodzenia. Było mu słabo, ze zdenerwowania zaczynał mieć mdłości.
Jens przycisnął kaprala do podłogi i przygniótł go ciężarem swojego ciała. Krzyczał, wręcz darł się na całe gardło, wyzywając esesmana od najgorszych ścierw i z zaskakującą dla swojej osoby determinacją okładając go pięściami. 
Roderich w końcu złapał oddech, a jego blada twarz natychmiast poczerwieniała, zdradzając kotłującą się w nim wściekłość. W pół sekundy znalazł się przy walczących. Złapał Jens'a za szyję, sięgnął do jego gardła i wbił w nie końce swoich palców, pozbawiając chłopaka tchu i blokując jego ruchy. Odciągnął go od kaprala i powalił na ziemię, przydeptując jego gardło nogą. To wystarczyło, by na moment uczynić go niezdolnym do jakiegokolwiek działania.
- Jonah, kurwa mać, kto ci pozwolił strzelić! Mogłeś go zabić! - wydarł się na leżącego na podłodze wspólnika, po czym odwrócił się do leżącego na ziemi Jens'a.
Nie czekał, aż chłopak odzyska oddech. Od razu wymierzył mu kilka mocnych kopniaków z brzuch. Ciemnowłosy skulił się, próbując nabrać choć trochę powietrza w płuca, jednak był w stanie wydać z siebie tylko kilka cichych, charkliwych jęków.
Silna ręka gestapowca złapała go za koszulę i uniosła do góry, by ten mógł uderzyć go pięścią prosto w zęby.
- Ty bezczelny... - syknął przez zaciśnięte zęby Hilse, przymierzając się do następnego ciosu. Zadał ich jeszcze dwa, zanim Jens zdołał otrząsnąć się z szoku i podjąć próbę osłonięcia się ręką. Wtedy Austriak puścił go i powrócił do kopania go po żebrach. Pierwszy cios prosto w mostek. Drugi pod prawe żebro. Trzeci po rękach, kiedy ten zdołał się nimi zasłonić - Niewdzięczny... Wstawaj, gówniarzu!
Zacisnął palce na jego ubraniu. Jednym, silnym ruchem podciągnął go do pionu i popchnął na ścianę, sprawiając, że czaszka chłopaka przywaliła o nią z dużą siłą.
- Co ty sobie wyobrażasz! - ryknął, szarpiąc go za ubranie. - Pierdolony szczeniaku! Patrz na mnie! Jak do ciebie mówię, to na mnie patrzysz i odpowiadasz, kiedy pytam, czy wszystko w porządku i czy coś się stało! Nie życzę sobie, żebyś mnie ignorował, rozumiesz?! Wstawiłem się za tobą, wyciągnąłem z wojska, wziąłem pod siebie! Zaoferowałem ci opiekę! Zdajesz sobie sprawę, czym jest bycie pod moją opieką? - Zacisnął dłoń w pięść i uderzył go od dołu w brzuch. Jens wydał z siebie głośny jęk i szarpnął się gwałtownie, próbując się oswobodzić. Roderich złapał go jedną ręką za szyję i zacisnął palce w morderczym uścisku. - Moja opieka to twoje błogosławieństwo, a ty okazujesz brak wdzięczności. 
- P-puść... - wydusił bezgłośnie chłopak, poruszając sinymi ustami. Jego twarz bladła z sekundy na sekundę. Dłonie rozpaczliwie usiłowały rozluźnić stalowy uścisk dłoni Rodericha, jednak ich ruchy stawały się coraz słabsze. W końcu, gdy oczy chłopaka zaczęły zachodzić mgłą, sierżant puścił go. Ciemnowłosy osunął się na podłogę, łapczywie łapiąc powietrze w płuca. Hilse przyjrzał się jego postaci, przekrzywiając z lekka głowę.
- Nie miałem pojęcia, że będziesz sprawiał takie problemy - syknął, przydeptując butem bezwładną dłoń chłopaka. Zielonooki krzyknął z bólu, gdy mężczyzna zaczął stopniowo kłaść na nią coraz większy nacisk. - Miałeś być grzecznym, dobrym chłopcem. Nie kazałbym ci tu przecież pracować przez cały czas. Naprawdę wziąłem cię od Neumanna z jak najlepszymi intencjami. Nie chciałem, żebyś musiał doświadczać czegoś takiego ode mnie. - W końcu przeniósł cały swój ciężar na stopę, którą deptał dłoń Jens'a. Chłopak wydał z siebie zrozpaczony ryk i w akcie desperacji złapał Rodericha za kostkę, próbując uratować miażdżoną dłoń. Gestapowiec tylko uśmiechnął się pobłażliwie i kopnął go w szczękę drugą nogą. Głowa Kastnera poleciała do tyłu i po raz kolejny uderzyła o ścianę. Z nosa zaczęła sączyć się krew.
- Wiesz, jak bardzo namieszałeś? Oboje namieszaliście - Hilse zwrócił się do niezdarnie podnoszącego się z podłogi, poobijanego kaprala. - Przesłuchiwany nie żyje, nie wyjawiwszy informacji. Zastrzelony przez funkcjonariusza. Wszystko musi znaleźć się w raporcie. Raport nie zadowoli dowództwa. A kto będzie świecić oczami? Oczywiście ja, jako najstarszy stopniem i wiekiem, oraz dlatego, że przyprowadziłem cię tutaj, do UB. Chłopcze.
Zbliżył się do wyczerpanego, obolałego Jens'a i przykucnął tuż przy nim. Złapał go za podbródek, ściskając lekko i unosząc nieco jego głowę, by ten spojrzał mu w oczy. Wpatrywał się w niego przez chwilę w zupełnej ciszy, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym odezwał się cicho, prawie szeptem: - Mam nadzieję, że bardzo żałujesz tego, jak się zachowałeś. Sprawiłeś mi ogromną przykrość, którą musiałem zwrócić.
Zacisnął palce mocniej na jego szczęce, wymuszając na nim uwagę. Czekał, aż otworzy posiniałe usta i mu odpowie.


< Jens // twój obiecany wpierdol ♥ >

26.07.2017

od Jens'a c.d od Rodericha

- Jens chłopcze. - Roderich przemówił do mnie gdy podszedł. jednak jego ton stanowczo różnił się od tego którego używał przy wczorajszej rozmowie.  Ja jednak nie patrzyłem na niego. Patrzyłem na zawieszonego, drżącego mężczyznę,  z jego ran spływały czerwone stróżki krwi, brudząc jeszcze bardziej jego posiniaczone i wymęczone ciało. Nie widziałem jego twarzy, od kiedy wszedłem nawet na moment nie podniósł ciężkiej zwisającej mimowolnie głowy. Jednak umiałem stwierdzić po budowie jego ciała, że jest najwięcej 4 lata starszy ode mnie. Co tu się do cholery dzieje. Czemu Roderich doprowadził tego mężczyznę do takiego stanu, czemu to nie jestem ja? Po raz kolejny w życiu zadaje sobie podobne pytanie, w czym jestem lepszy od tego nieszczęśnika?! Czemu mną ten potwór się zajął niczym starym przyjacielem, a jego potraktował gorzej niż chorego psa?
- Coś się stało? - odezwał się po raz kolejny Roderich, a jego słowa znów brzmiały tak spokojnie i ciepło jak przy naszej pierwszej rozmowie. Jakim prawem on mówi takim tonem, w takiej sytuacji? Jakim prawem udaje że nic się nie dzieje, czemu próbuje sobie wmówić że jestem ślepy i tego nie widzę. Dalej nie oderwałem wzroku od już ledwo przytomnego mężczyzny, w tym momencie zapomniałem kim jest Roderich, zapomniałem o tym jaki ma stopień i co wcześniej dla mnie zrobił. Czułem się jakbym znalazł się w gabinecie knura w żołnierskim mundurze .
- Chcesz czegoś ode mnie? - po raz trzeci próbował zwrócić moją uwagę i wyrwać mnie z zamyślenia.
Popatrzyłem na niego szklanymi oczami, które zwiastowały, że już po chwili zaleją moje policzki niemęskim i niepowstrzymanym potokiem łez. Roderich w dalszym ciągu, z najspokojniejszym wyrazem twarzy jaki umiał przyjąć w tej sytuacji , czekał na moją odpowiedź. Jednak ja nawet nie słyszałem jego poprzednich pytań, nie były ważne, nie docierały do mnie. Patrząc na niego wydusiłem z siebie tylko  żałosne:
- D..laczego. - popatrzyłem mu w oczy, po czym on westchnął i zaczął mówić:
- Słuchaj chłop....
Jednak nie skończył, bo nie umiałem dłużej powstrzymać tego co czułem w środku. Ten okropny gorzki żal i narastającą chęć zemsty pomieszana z uczuciem bezsilności, wylały się ze mnie nie pohamowanie przy pomocy płaczu, krzyku i wulgaryzmów.
- Nie! - zacząłem krzyczeć przerywając mu. On aż delikatnie się cofną zaskoczony moją reakcją.
- Kurwa co tu się dzieje! - wrzeszczałem dalej, łapiąc się za głowę. Po czym wróciłem wzrokiem na nieszczęśnika, podszedłem do niego i przypatrzyłem się jego twarzy. - Wy pieprzone nacjonalistyczne kurwy, puśćcie go!
Roderich zdał sobie sprawę że stracił kontrolę nad sytuacją, i że wpadłem w szał, jednak dalej próbował załatwić to spokojnie:
- Jens, odejdź od nieg... - jednak znowu nie zdążył dokończyć bo zacząłem rozwiązywać wiszącego, dalej klnąc i płacząc pod nosem.
Wtedy wstał ten drugi który do tej pory tylko siedział na biurku i z rozbawieniem przyglądał się całemu zajściu, wyciągnął pistolet i wymierzył w moją stronę:
- Ty mały śmieciu, co ty sobie wyobrażasz.
Jednak jego słowa nie dotarły do mnie tak samo jak poprzednie słowa Rodericha, i dalej szarpałem się z linami którymi ledwo przytomny mężczyzna miał związane ręce. W tym momencie straciłem resztki racjonalnego myślenia, i robiłem to co nakazywał mi oszołomiony umysł nie myśląc o konsekwencjach ani o tym, że to co robię nie ma sensu.
Usłyszałem jeszcze jak przez mgłę parę kolejnych obelg i ostrzeżeń które wykrzykiwał do mnie esesman z bronią w ręku. Roderich nie robił nic stał oszołomiony, chociaż może coś robił a tylko pod wpływem szału który mnie dopadł nie zauważyłem tego.
W końcu usłyszałem strzał. Zamarłem. Czy to mój koniec? Czy to wszystko się dla mnie skończy teraz? Zacząłem zdezorientowany szukać po swoim ciele dziury jednak jej nie znalazłem, popatrzyłem na esesmana który wystrzelił pocisk, i dalej miał podniesioną broń. Jednak jeśli kula nie trafiła we mnie to w kogo?
Popatrzyłem na zawieszone ciało z którym przed chwilą się szarpałem, i zobaczyłem że już do końca uciekło z niego życie. A z okolicy klatki piersiowej, przez ciemną dziurę wydobywała się obfita rzeka krwi. Wróciłem z powrotem wzrokiem na esesmana i  rzuciłem się na niego z krzykiem:
- Skurwysynu nawet nie umiesz trafić!
Ten przestraszony moją reakcją wystrzelił po raz drugi jednak znów nie trafił, wyrwałem mu broń i rzuciłem za siebie powalając go i okładając się z nim po ziemi. W tak dużym przypływie emocji przybyło mi też sporo siły. Okładałem go wściekły pięściami po jego obrzydliwej esesmańskiej mordzie, jednak ten również nie pozwolił mi wyjść z tego bez szwanku. Co chwilę zamienialiśmy się rolami, co chwilę  to on stawał się tym ,,bijącym" tylko po to, by za parę sekund zamienić się ze mną z powrotem rolami.
Chciałem zabić tego skurwysyna, zapominając o tym że Roderich też przecież znajdował się w tym pokoju....


Roderich ? ( Jens niezbyt dobrze radzi sobie ze stresem :/ będzie tego żałował... )

24.07.2017

Od Rodericha c.d. Jens'a

Niecałe dwa metry nad podłogą, związany sznurami zawieszonymi na uchwytach pod sufitem, brzuchem do dołu wisiał półnagi mężczyzna. Na jego obnażonym torsie widoczne były zaczerwienione ślady po uderzeniach, podłużne wąskie pręgi, z kilku miejsc spływały strużki krwi plamiące podłogę. Posiniaczona głowa mężczyzny bezwładnie zwisała w dół. Wyciągnięte w górę, związane ramiona drżały słabo.
Na przeciw mężczyzny stał Roderich z palcatem do jazdy konnej w dłoni, jeszcze przed chwilą krążący wokół niego jak rekin oczekujący zatonięcia łodzi pasażerskiej. Wpatrzony był w swego aresztanta z żywym, wręcz dziecięcym zaabsorbowaniem, jakby właśnie odkrył coś fascynującego, ale nie do końca wyglądającego na przyjazne. Był całkowicie skupiony na swym procesie przesłuchania, uważając by nie wykonać fałszywego kroku i powoli acz nieodparcie otwierać przesłuchiwanego i wyciągać z niego zeznania.
Na brzegu biurka starszego sierżanta siedział młody esesman ze stopniem kaprala SS na mundurze. W ciszy obserwował poczynania Rodericha, jednak gdy do gabinetu wkroczył Jens, skierował na niego swój znudzony wzrok.
- Sierżancie - odezwał się, chcąc zwrócić uwagę przełożonego na intruza.
- Zaraz dostaniesz w mordę za tego swojego sierżanta, skarbeńku - powiedział Roderich, rzucając na niego przelotne spojrzenie, a następnie odwracając się do Jens'a.
Podobnie jak chłopak, on również zamarł na moment, zaskoczony jego obecnością. Absolutnie nie spodziewał się wizyty nikogo prócz swego gońca, który miał pozwolenie wchodzić do niego o każdej porze, a już na pewno nie pasowała mu obecność chłopaka.
Czuł, że jego własna gra wymyka mu się z rąk. Jens miał tego nie widzieć. Miał trwać w swej niewinnej nieświadomości, niewystawiony na zbędny stres. Miał odnaleźć mocny grunt i oparcie w osobie Rodericha i z czasem mu zaufać. Oraz być dobrowolnie od niego zależnym.
Ale teraz nie będzie już na to szans. W procesie oswajania każde najmniejsze potknięcie może przekreślić godziny pracy.
- Jens, chłopcze - wychrypiał Roderich. Nie udało mu się przywołać swego spokojnego, przyjemnego głosu. Czuł swoje zdenerwowanie w mimowolnie zaciskających się szczękach. Zrobił kilka kroków w stronę nadal oszołomionego Kastnera. - Coś się stało? - spytał, już normalniejszym głosem. Przez cały czas wpatrywał mu się w oczy, jakby chciał go odciągnąć od widoku za swoimi plecami. - Chcesz czegoś ode mnie?


< Jens, chłopcze? >

23.07.2017

od Jens'a c.d od Rodericha

-Wszystko rozumiesz? Coś jest niejasne? Masz jakieś wątpliwości, uwagi? Jakby działo się coś niedobrego, masz lecieć do mnie, od razu.
- Wszystko rozumiem, sierżancie. - odpowiedziałem tym razem natychmiast, aby nie musiał czekać.
- Wspaniale. Tylko jeden mały szczególik chłopcze.
Popatrzyłem na niego pytająco zastanawiając się czy jak zwykle nie powiedziałem czegoś nie tak, nie chciałbym go zdenerwować i tak ta cała sytuacja sprawia że jestem kłębkiem nerwów. Jeśli chodzi o Rodericha, czuje do niego na pewno respekt i szacunek, ale mimo wszystko dalej nie pozbyłem się też strachu.
- Powinieneś się do mnie zwracać starszy sierżancie. - powiedział z nadzwyczajną powagą.
 - Oczywiście, przepraszam. - odpowiedziałem automatycznie.
- Jeszcze wspanialej. W takim razie, Zalewski, zaprowadź Jens'a do miejsca gdzie będzie mógł spokojnie zjeść i się przebrać. I póki co, muszę cię pożegnać, zajrzę do ciebie w wolnej chwili. 
Zalewski zaprowadził mnie do jednego z pokojów personelu, gdzie dostałem obiecane drożdżówki. Jedząc je pomyślałem że w sumie wolę żyć sobie spokojnie tutaj sprzątając kurz, niż latać jak głupi po Warszawie z karabinem i zabijać bezbronne dzieciaki które próbują walczyć o swój wolny kraj. Nigdy nie chciałem być żołnierzem, nawet praca jako woźny jest o wiele bliższa spełnieniu moich marzeń. W sumie nie mam zbyt wielu marzeń, chciałbym jedynie odciąć się od tego wszystkiego, chciałbym już nigdy nie dostać karabinu do rąk, zapomnieć o wszystkim co widziałem do tej pory. Nigdy nie myślałem o tym kim tak naprawdę chciałbym zostać, nigdy nie rozwijałem żadnych sowich talentów ani pasji, bo od małego byłem goniony do tego czego najbardziej nienawidzę. Może Roderich okaże się moja przepustką do nowego życia, życia które polubię . Co prawda, dalej do końca nie umiem mu zaufać, i wielu rzeczy które tu zobaczyłem nie rozumiem, ale póki co nie poznałem innego człowieka oprócz niego który okazał by mi tyle ciepłego zainteresowania.
Zalewski nie odezwał się do mnie ani razu, pił kawę patrząc przez okno na przechodzących ludzi, a patrzył z taką tęsknotą że przez chwilę wydawało mi się że zaraz wyskoczy przez to okno, na tą ruchliwą ulicę. Zastanawiałem się czy on miał okazje zjeść już swoje śniadanie, ale z drugiej strony bałem się tez do niego odezwać. Popatrzyłem już na prawie puste pudełko, została jedna drożdżówka, której i tak już nie dam rady zjeść. W końcu się przełamałem, w końcu z tego co zrozumiałem będę w jego towarzystwie dosyć często.
- Ma pan może ochotę? - spytałem po polsku i wskazałem na ostatnią drożdżówkę, gdy się do mnie odwrócił. Był to dużo starszy ode mnie mężczyzna, tak na oko miał około 45 lat. Był już siwy i miał zakola. Popatrzył chwile po czym uśmiechnął się delikatnie i powiedział:
- To nie dla mnie sierżant Roderich przygotował to śniadanie.
- Starszy sierżant. - poprawiłem go aby rozluźnić atmosferę. Po czym mówiłem dalej - Przygotował to dla mnie, co znaczy że to jest moje, a skoro jest moje mogę z tym zrobić co chce. Niech pan się częstuje.
Mężczyzna zmierzył pudełko wzrokiem jakby była to sprawa życia i śmierci, jednak nie namawiałem go dłużej. W czasie gdy on jadł ja przebrałem się w robocze ciuchy. Zabawne że udało im się wybrać dosłownie idealny rozmiar bez pytania mnie o to.
 - Tak więc.. Co robić my dziś ? - zapytałem mężczyznę. A ten zaśmiał się pod nosem.
- Twój polski nie jest jeszcze zbyt doskonały synku. - po czym posmutniał. - W sumie nie musi być... i tak za parę lat nie będziesz go musiał znać. Najprawdopodobniej nikt już go nie będzie znał. 
Zrozumiałem o co mu chodzi , ale postanowiłem mu nie odpowiadać. Kto jak kto ale ja jako niemiecki żołnierz nie jestem zbyt dobrą osoba do pocieszania, w takich tematach, chociaż bardzo bym tego chciał.
Zalewski zaprowadził mnie do jednej z cel gdzie miałem umyć podłogę, on skierował się do drugiej. Gdy zniknął rozejrzałem się po pomieszczeniu, czyżby to nie ta sama cela w której siedziałem kiedy mnie tu przywieźli? Zacząłem szukać na ścianie napisu który wcześniej udało mi się rozczytać. Jednak go nie znalazłem. Było za to pełno innych których nie miałem odwagi czytać, nie chciałem się dołować. To śmieszne, ale czasami niewiedza jest lepsza od prawdy. A ja od małego zamykałem oczy na rzeczy które mnie przerażały. W końcu doszedłem do wniosku że to nie ta sama cela, jednak ta wyglądała identycznie. Brudne pomieszczenie z malutkim oknem najwyżej jak się da, i metalowym łóżkiem z boku. Zacząłem myć podłogę, ledwie zacząłem a mop już się lepił od brudu i co najgorsze krwi. Widać ze nie często tu sprzątają, możliwe że w ogóle byśmy tu nie sprzątali, gdyby nie to że trzeba było znaleźć mi jakieś zajęcie. Nie minęło 10 minut mojej pracy a przyszedł Zalewski z pytaniem czy wszystko gra.
- Tak, tak. Tylko... czemu tu jest tak dużo krwi?
Zalewski westchnął:
- Nie mam czasu synku, zajmuj się po prostu swoją robota. I nie myśl za dużo. Człowiek myślący w takich miejscach jak to, staje się po pewnym czasie wrakiem człowieka.
Nie do końca zrozumiałem o co mu chodzi, ale nie miałem nawet okazji zapytać. Zniknął mi z oczu równie szybko jak się pojawił. W celi nie znalazłem żadnych włosów, za to znalazłem zakurzony mały kawałek jakby oderwanej skóry, nie myślałem o tym, wyrzuciłem do wiadra niczym papierek po cukierku, chociaż oczy już tradycyjnie zaszły mi łzami. Jednak nie wypuściłem ani jednej, wytarłem się czystym rękawem koszuli i schyliłem się pod łóżko aby i tam zmyć podłogę. Zobaczyłem tam pewien papierek, rozejrzałem się czy w pobliżu znów przypadkiem nie ma Zalewskiego, po czym rozwinąłem pogniecioną, malutką kartkę papieru. Trudno było mi cokolwiek odczytać, słowa były rozmazane, i tradycyjnie kartka w niektórych miejscach nabrała brudnego czerwonego koloru. Po dłuższej analizie tekstu zdałem sobie sprawę że to same imiona i nazwiska. Żadnych zdań czy powitań. To nie był list, to była karteczka z przypadkowymi nazwiskami. Znaczy, dla mnie były przypadkowe, jednak ten papierek na pewno miał jakąś wartość. Nie miałem pojęcia co z tym zrobić. Schowałem papierek w dłoni i uznałem że udam się do Rodericha. W końcu tyle dla mnie już zrobił, nie może być złym człowiekiem. Chyba powinienem mu się odwdzięczyć w jakiś sposób. A oddając mu ten niepozorny papierek okażę mu swoją lojalność. Poszedłem do Zalewskiego poprosić aby zaprowadził mnie do Rodericha.
- Nie wiem czy to dobry moment. - odpowiedział zmieszany.
- Powiedział że mogę się u niego pojawić kiedy chcę, proszę zaprowadź mnie do niego.
- Dobrze synku. - westchnął. - Ale wchodzisz tam sam, ja poczekam na zewnątrz. - powiedział i wyprowadził mnie na wyższe piętro. A gdy doszliśmy do gabinetu Rodericha, zapukał. Po dłuższej chwili odezwał się głos sierżanta:
- Wejść!
Zalewski wymienił ze mną tylko ostatnie spojrzenie, odsunął się i pokazał wzrokiem żebym już wszedł. Przez jego zachowanie czułem się niepewnie, na wszelki wypadek schowałem kartkę w spodnie. Odetchnąłem i nacisnąłem klamkę do drzwi wchodząc do gabinetu. Gdy wszedłem i zrobiłem zaledwie dwa kroki, czas na chwilę stanął a raczej to ja zamarłem. Drzwi zamknęły się od razu gdy wszedłem, a ja stanąłem jak wryty, otwierając szeroko przestraszone oczy. Automatycznie zacząłem się trząść i zrobiło mi się słabo. Dobrze że przed wejściem schowałem tą kartkę. Teraz nie miałem sił wypowiedzieć ani jednego słowa. To co zobaczyłem na zawsze zmieniło moje życie. 

Roderich?

22.07.2017

Od Rodericha c.d. Jens'a

Roderich zastanawiał się, czy Jens przyjąłby swoje nowe mieszkanie z takim samym entuzjazmem, gdyby wiedział o tym, że jego kosztem pozbawionych dachu nad głową zostało dwóch polskich obywateli. Mężczyzna nie wiedział dokładnie jakich, kim byli i jakie mieli przekonania. W każdym razie ich dom został zarekwirowany dla jego widzi-mi-się, aby chłopak, którego wziął pod swoją opiekę, czuł się bezpiecznie i komfortowo.
Bo przecież mógł to zrobić, prawda? Mógł zrobić wszystko, co dało się załatwić znajomościami i posadą w Gestapo.
Następnego dnia zjawił się na Szucha punktualnie o ósmej, ku zaskoczeniu świadków. Niemieccy esesmani zwykle się nie spóźniali. Austriaccy z zasady też. Ale Hilse zjawiał się w pracy według własnego zegarka, który działał według swoich zasad i nigdy nie wiadomo było kiedy będzie można się go spodziewać.
Dziś przybył na czas, by sprawnie załatwić sprawy dotyczące Jens'a. Oczywiście wcześniej nie trudził się informowaniem kogokolwiek o nowym członku cywilnego personelu, ponieważ miał ciekawsze rzeczy do robienia, takie jak - przykładowo - zajmowanie się swoim nowym chłopcem.
Do nowego mieszkania Kastnera został wysłany jeden z szeregowych żołnierzy. Roderich dał mu dokładny adres i kazał przyprowadzić mieszkającego tam chłopaka, polecając mu ubrać się w to, co ma - jak podejrzewał, chłopak nie miał ze sobą nic oprócz swojego munduru.
Starszy sierżant czekał na swojego podopiecznego w okolicy tylnego, gospodarczego wejścia do budynku. Wypatrywał go wraz z niskim Polakiem w średnim wieku, który pracował na Szucha jako woźny. Gdy ujrzał chłopca prowadzonego przez żołnierza długim korytarzem, automatycznie wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu.
- Dzień dobry, Jens - przywitał się, gdy ten stanął przed nim w pośpiesznie nałożonym mundurze. - Jak się dziś czujesz? Dobrze spałeś?
- Dobrze, proszę pana - odparł Jens, choć bez przekonania.
- Cieszę się niezmiernie. Wybacz, że nie mogłeś zjeść przed wyjściem, nie było czasu, żeby cię zaopatrzyć w żywność. Zalewski - tu wskazał na Polaka grzecznie stojącego w boku - da ci twoje śniadanie, będziesz miał czas, żeby je zjeść jeszcze przed pracą. O ile się orientuję będą to znów drożdżówki. Ale to już ostatni raz, po pracy wyślę cię na miasto i kupisz sobie wszystko, co będziesz chciał. Zalewski wytłumaczy ci też twoje zadanie. Będziesz częścią cywilnego personelu i będziesz wykonywał różne drobne prace. Zaczniesz od... od czego, Zalewski? Od sprzątania. Musisz mi wybaczyć, ale uwierz, to o wiele lepsze niż siedzenie w ciężarówce jadącej daleko na wschód razem, prawda?
Jens milczał, słuchając uważnie, jednak nie odpowiedział na pytanie. Zapewne uznał - nauczony już o manierach gestapowca - że lepiej odczekać chwilę po umilknięciu Rodericha przed odezwaniem się.
- Prawda? - powtórzył Austriak.
- T-tak, proszę pana - przytaknął od razu chłopak, zaskoczony nagłym żądaniem o zabranie głosu.
- Tak, chłopcze - przytaknął również Hilse i odwrócił się do woźnego. Ten podał Kastnerowi równo złożone cywilne ubrania. Młodzieniec przyjął je niepewnie, zerkając pytająco na esesmana. Ten pospieszył z wyjaśnieniem: - Będziesz pracował w cywilnym ubraniu. Masz koszulę i spodnie, powinny być w twoim rozmiarze. Butów niestety nie mamy, więc zostaniesz w swoich oficerkach.
Dał mu chwilę na przetrawienie informacji, po czym znów zabrał głos:
- Wszystko rozumiesz? Coś jest niejasne? Masz jakieś wątpliwości, uwagi? Jakby działo się coś niedobrego, masz lecieć do mnie, od razu.


< Jens // wybacz, że nie daję ci dojść do głosu xd >

21.07.2017

od Jens'a c.d od Roderich'a

Totalnie pogubiłem się w tym co właśnie się działo wokół mnie...
Na biurku leżało duże pudełko, w którym znajdowały się świeże, apetycznie wyglądające  drożdżówki... i jeśli dobrze zrozumiałem, leżały tam dla mnie? Na ich widok przypomniałem sobie o tym że rzeczywiście nie miałem nic w ustach od rana, dlatego też ich zapach wydawał mi się jeszcze bardziej kuszący niż były w rzeczywistości. Przełknąłem ślinę, i już miałem pierwsze odruchy żeby złapać  jedną z nich, jednak co jeśli to jakaś próba? Może Roderich bawi się teraz ze mną, aby za kilka minut zmienić się nie do poznania. Ale co taka gra miałaby mieć na celu?
Zauważyłem że Roderich przygląda mi się, co wywołało we mnie jeszcze większą niepewność. I nie ruszyłem się dopóki znów nie przemówił:
- Chłopcze, musisz coś zjeść. Jesteś cieniem człowieka, czyżbyś był chory?
- Nie sierżancie. - odpowiedziałem wracając wzrokiem na te kuszące słodkości.
- W takim razie jedz, bo nie przekonasz mnie że nie masz ochoty.
Nie musiał mnie dłużej prosić, w końcu chwyciłem drożdżówkę i zachwycony rozkoszowałem się jej  smakiem. Roderich ma racje, w wojsku dają nam gówno nie jedzenie, i po tak długiej przerwie od spożywania czegoś co nie smakuje jak kleik dla dzieci, ta drożdżówka smakuje dosłownie niebiańsko. Roderich usiadł na swoim fotelu, i delikatnie uśmiechnięty zapytał mnie:
- Jak cię zwą młodzieńcze ?
Połknąłem ostatni kęs drożdżówki po czym odpowiedziałem:
- Nazywam się Jens Kastner, ale rzadko ktoś się do mnie tak zwraca..
Drzwi gabinetu znów się otworzyły i pojawił się w nich znów ten sam mizerny człowiek co wcześniej, tym razem  niósł dwie herbaty, a robił to tak ostrożnie jak tylko mógł. Jakby jego życie dosłownie zależało od tego czy nie wyleje po drodze ani jednej kropelki. Na czas kiedy chłopiec pojawił się w gabinecie, z Rodericha uciekła ta radosna iskra, tylko po to aby powrócić zaraz po tym gdy znów zostaliśmy sami. Sierżant wziął pierwszy łyk herbaty, a ja wykorzystałem tę chwilę ciszy:
- Ja... chciałbym bardzo panu podziękować. - popatrzył na mnie nie odrywając się od filiżanki.  - Gdyby nie pan.. - chciałem kontynuować, jednak ten już skończył pic i automatycznie się wtrącił:
- Ależ chłopcze, nie ma o czym mówić, raz na jakiś czas człowiekowi nie zaszkodzi zrobić coś dobrego prawda?
- Pra..- próbowałem odpowiedzieć ale Roderich znów był szybszy.
- Zresztą potrzebowałem tu takiej osoby jak ty, bo mam nadzieję że zdajesz sobie sprawę z tego, że twój pobyt tutaj nie będzie polegał tylko na jedzeniu drożdżówek.- uśmiechnął się rozbawiony przez samego siebie.
- Oczywiś... - chciałem odpowiedzieć ale znów moje chęci na niewiele się zdały.
- Wspaniale, myślę że się rozumiemy chłopcze. Mam parę pytań do ciebie, pozwolisz?
Nie odpowiedziałem bo bałem się że znowu na niewiele się to zda,  kiwnąłem więc tylko twierdząco głową.
 -Powiedz mi, jakim cudem taka osoba jak ty trafiła do SS? Wydaje mi się że to raczej nie było twoje marzenie. - powiedział biorąc kolejny łyk, po czym jeszcze szybko dodał .- Ach...  idealna zielona herbata, dla takich chwil człowiek żyje.
Po czym popatrzył na mnie oczekując na moją odpowiedź. Ja jednak wolałem poczekać dla pewności jeszcze kilka sekund, jakby nagle mu się cos przypomniało i znów chciał coś wtrącić. Jednak po chwili ciszy byłem już pewny, że zostałem upoważniony do zabrania głosu.
- Mój ojciec, SS-Scharfuhrer Sonnenbruch, nie wyobrażał sobie żebym mógł iść w innym kierunku niż on. Nie dał mi wyjścia. Uczęszczałem do szkoły wojskowej a potem oddał mnie pod opiekę sierżantowi Neumannowi, który był jego bliskim kolegą.  Neumman miał zrobić ze mnie żołnierza, ojciec powiedział że dopóki się takim nie stanę nie powinienem pokazywać mu się na oczy. - westchnąłem trochę z rozbawienia, trochę z żalu. - Czyli widocznie nie będzie mi dane go więcej zobaczyć.
Roderich uśmiechnął się, odstawiając już na wpół pusta filiżankę herbaty.
- Tak też podejrzewałem. To dosyć dziwne że nie odziedziczyłeś po ojcu tak silnej woli walki jaką miał on. 
 - Nie mogłem jej odziedziczyć bo sierżant Sonnenbruch nie był moim prawdziwym ojcem.
- Ooo.. - powiedział chcąc pokazać swoje zdziwienie. - W takim razie kto nim był?
- Nie wiem, i nikt mi nigdy tego nie zdradzi. Podobno moi rodzice mnie sprzedali sierżantowi, a on kupił mnie bo od dłuższego czasu dokuczała mu samotność. Nie miał powodzenia u kobiet, a to przez to że w jednej z bitew okropnie poparzył sobie twarz. Odstraszał wszystkie kobiety, więc nie miał szans na dziecko.
- Musisz go okropnie nienawidzić, prawda Jens?
Spuściłem wzrok i odpowiedziałem spokojnie.
- Nie. Nie był złym człowiekiem. Idąc z nim ulicą, wszyscy nas omijali, bali się go, wręcz brzydzili,  traktowali jak dziwnego stwora. Nie będę pana oszukiwał wyglądał potwornie z tymi poparzeniami. Ale ja się z nim wychowywałem nie był potworem, był po prostu samotny i nigdy nie nauczył się kochać. - wróciłem wzrokiem na Rodericha. - .. ani być ojcem.  Mieszkaliśmy  w małej wsi, plotki szybko się roznoszą, ludzie wymyślali o nim niestworzone historie. Była nawet taka że pożera kobiety . - westchnąłem rozbawiony, na co Roderich odpowiedział cichym śmiechem. - Jak to ktoś kiedyś powiedział -  Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą, mój ojciec sam powoli zaczynał wierzyć w te wszystkie plotki na swój temat. Nie chciał dla mnie źle, wybrał dla mnie najlepszą ścieżkę życia jaka według niego istniała. Tak trafiłem do SS sierżancie.
Nie wiem czy to dobrze że tak od razu się przed nim otworzyłem, ale w sumie co miałem do ukrycia. Co Roderich ma zrobić takiego strasznego z tymi informacjami. Z drugiej strony, nie rozumiem, jakim cudem tak szybko zaczynam ufać ludziom, to jedna z moich największych wad. Jednak myślę że w tym wypadku okazanie nieufności w stosunku do tego człowieka skończyłoby się o wiele gorzej.
Dalsza rozmowa z nim nie była trudna, szczególnie że to głownie on zabierał głos, i najczęściej gadał o rzeczach tak zwykłych że nie musiałem nawet zbytnio skupiać się na jego słowach. Chcąc nie chcąc, przesiedziałem tam z nim na głównie jednostronnej rozmowie do równo 20. Wtedy to Roderich stwierdził że pora wysłać mnie do mojego nowego mieszkania. Bo jak to on powiedział ,, Jutro czeka nas ciężka praca, radzę ci wykorzystać tę noc na spoczynek" .
Budynek w którym miałem  mieszkanie był bardzo niedaleko urzędu bezpieczeństwa, gdy Roderich mnie tam wprowadził ogarnął mnie zachwyt. Co prawda nie był to jakiś nie wiadomo jak drogi apartament, pokój był dosyć minimalistyczny, ale za razem dla mnie idealny. Gdy Roderich zniknął od razu położyłem się na pościelonym już łóżku.
Co właściwie się ze mną dzisiaj działo? Jakim cudem trafiłem z tamtej zakrwawionej celi do tego miejsca? Wtedy przypomniało mi się co zastałem w tej celi, podczas rozmowy z Roderichem, totalnie zapomniałem o tych strasznych obrazach które miałem dziś okazję oglądać. Jakim cudem tak szybko o tym zapomniałem i gawędziłem sobie z nim jakbyśmy byli kolegami?
Dlaczego dostałem posiłek i mieszkanie od człowieka który  w swoim gabinecie ma ślady zaschniętej krwi i haki do wieszania Bóg wie kogo. Co mam o nim myśleć, jakie zadanie przygotował dla mnie na jutro. Wstałem z łóżka i ukląkłem przy nim, wyjmując swój wysłużony różaniec.
Tej nocy modliłem się tylko o to aby Roderich okazał się jutro tym samym ekstrawertycznym człowiekiem, którego widziałem dzisiaj. Nie chciałbym poznać jego gorszej strony,  a taką posiada przecież każdy. Nie wiem do której się tak żarliwie modliłem, ale wiem że usnąłem nie na łóżku a jedynie o nie oparty, z drewnianym różańcem w dłoni.


Roderich? ( chciałam żeby odpis był jeszcze dziś więc no... nie jest idealnie  wybacz xd )

Od Roderich'a c.d. Jens'a

Roderich siedział wygodnie na siedzeniu pasażera, lewe ramię rozkładając wygodnie na oparciu i wpatrywał się przed siebie, na drogę. Kierowca manewrował pojazdem, klnąc cicho pod nosem na niesfornych przechodniów i powolne konne bryczki, spowalniające ruch na ulicach.
- Pieprzeni woźnicy, pchają się z tymi ich furami aż do samego centrum - warknął młody esesman, uderzając dłonią w kierownicę.
Jednak Roderich nie zwracał na niego uwagi; jego wzrok był nieobecny, jakby oczy zaszły mu mgłą. Myślał o swoim chłopcu. O ponadprzeciętnie wrażliwym chłopcu uratowanym przed karą śmierci za niesubordynację. Próbował zgadywać jak ma na imię i jakie ewentualnie by mu pasowało. Starał się ocenić jego wiek, posiłkując się jego obrazem zapisanym w pamięci. Zastanawiał się jakiego jest wyznania. Rozmyślał o tym, jak często krzyczał na niego jego dowódca, którego on - Roderich - znał jeszcze z czasu, kiedy stacjonował w Monachium, tuż przed wojną. Zadawał sobie pytanie, co ten wrażliwy chłopiec robi w SS. Neumann mówił coś o ojcu... Może też wojskowy? Posłał synka w swoje ślady? To wysoce prawdopodobne.
Nie zauważył, kiedy zatrzymali się przed budynkiem Urzędu Bezpieczeństwa, na parkingu dla funkcjonariuszy. Przegapił bramkę i szlaban czekające przy wjeździe, ledwo udało mu się skupić uwagę na wyciągającym go z rozmyślań kierowcy.
Gabinet starszego sierżanta Hilse znajdował się na drugim piętrze. Gdy Austriak wraz z przybocznym esesmanem wchodzili po schodach, poważna cisza, trwająca od początku jazdy jeszcze pod Pawiakiem, została w końcu przerwana przez tego pierwszego:
- Gdzie umieściliście chłopaka?
- Siedzi w celi - odparł natychmiast podkomendny. - Wcześniej przez chwilę musiał poczekać w pańskim gabinecie.
- Przyprowadź go do mnie - rozkazał władczym tonem sierżant, ani na moment nie odwracając się do rozmówcy. Ten natychmiast wrócił się i zbiegł po schodach w dół, a Hilse dotarł do swojego gabinetu i z ulgą spoczął w swym wygodnym, miękkim fotelu. Dzisiejsze przesłuchanie na Pawiaku było męczące, zarówno dla przesłuchiwanego jak i dla niego samego. Nie wspominając o osobach towarzyszących i znajdujących się w przyległych pomieszczeniach. Roderich okazał się być dziś bardzo niecierpliwy i nie mający ochoty na okazywanie aresztantowi sztucznej sympatii, a przeciągająca się "rozmowa" jeszcze bardziej zszargała jego nerwy. Ostrzegano go, że będzie miał do czynienia z mocnym zawodnikiem, bo z tego właśnie powodu poproszony o pomoc został on, nie kto inny. Ale chciał to jak najszybciej skończyć i wracać na Szucha, by przyjrzeć się dokładnie swej zdobyczy. Zdobyczy, która teraz najpewniej prowadzona była prosto do jego gabinetu. I ten jeden fakt skutecznie uspokajał nerwy mężczyzny.
Nie zdążył wykonać głębokiego westchnięcia, na które zbierał się już tak długo, gdy drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich esesman z szeregowcem Kastnerem.
- Nareszcie! - zawołał entuzjastycznie Hilse, prostując się na fotelu. Jego twarz w jednej sekundzie zmieniła się nie do poznania; irytacja i zasępienie zniknęły, a na jasną fizjonomię starszego sierżanta wpełzło uradowanie tak intensywne, że każdy zauważyłby jak bardzo jest przerysowane. Jego radość szybko jednak zbladła, gdy przyjrzał się wprowadzonemu żołnierzowi.
O ile twarz młodzieńca prezentowała się lepiej, bo nie była już zapłakana, opuchnięta i zaczerwieniona, to cały on wyglądał jakby zaraz miał zemdleć. Wydawał się być teraz jeszcze wątlejszy, niż wcześniej, gdy klęczał na bruku; jego sylwetka była krucha i delikatna, poruszał się osowiale i był pozbawiony jakiejkolwiek energii. Wyglądał na przestraszonego, niechętnie wszedł do środka. Nie był już stoma nieszczęściami, był jebanym tysiącem tragedii!
- Co wyście, do kurwy nędzy, z nim zrobili? - wybuchł starszy sierżant, wstając i opierając dłonie o biurko. - Głodziliście go przez miesiąc czy biliście?!
- Nic z nim nie robiliśmy, Herr Hilse - wytłumaczył esesman. - Cały czas siedział zamknięty.
Roderich spiorunował go wściekłym spojrzeniem.
- Czy nie mówiłem, że ten oto chłopiec jest teraz pod moją opieką i macie się nim zająć tak, aby niczego mu nie brakowało? - wysyczał, dając ruchem głowy polecenie, by żołnierz usadził szeregowca na krześle obok jego biurka.
- Tego pan nie powiedział, Herr Hilse.
- A czy tak trudno jest się domyślić, że chłopak może być, dajmy na to, głodny? Wy, Niemcy, jednak naprawdę jesteście pozbawieni jakiejkolwiek empatii. Idź i wyślij kogoś po jedzenie. I herbatę. Dwie herbaty. Natychmiast.
Esesman wypowiedział krótkie "tak jest!" i zniknął, zamykając za sobą drzwi. Roderich odetchnął głośno, wypuszczając nadmiar powietrza z płuc przez usta. Przeniósł spokojne już spojrzenie na siedzącego przed nim chłopaka i uśmiechnął się przyjaźnie. Nie zbytnio nachalnie. Lekko, pokrzepiająco. Chłopiec potrzebuje pokrzepienia.
- Mam nadzieję, że nie nacierpiałeś się zbytnio - zwrócił się do niego. - Zrobili ci coś?
Młodzieniec pokręcił głową. Chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale z lekko uchylonych ust nie wydobył się żaden dźwięk.
- Wybacz, że musiałeś tak długo czekać. Sprawy się przeciągnęły - wytłumaczył tajemniczo Roderich i obszedł biurko, stając przed chłopakiem, siedzącym bokiem do jego biurka. Opierając się biodrem o blat, skrzyżował ręce na piersi i przypatrzył mu się z góry. - Zaraz dostaniesz coś do jedzenia, na pewno umierasz z głodu. Ile to już minęło... - spojrzał przelotnie na zegar wiszący na ścianie. - Już po siedemnastej. Ja sam nie jadłem od trzech godzin. Ty pewnie jeszcze dłużej, nie rozpieszczają was w tym wojsku... prawda? Paskudne dają tam jedzenie, nie sądzisz? Jak tylko o nim pomyślę, robi mi się niedobrze.
Mówił tak przez dłuższą chwilę, nie spuszczając wzroku z młodzieńca i nie dając mu ani sekundy na odpowiedź, choć w międzyczasie zadał mu kilka pytań. W pewnym momencie zaczął przechadzać się spokojnie po gabinecie, nic nie robiąc sobie z widocznego zakłopotania swego gościa i w dalszym ciągu mówiąc o rzeczach prostych, codziennych, niezobowiązujących. Jego monologu nie przerwało nawet wejście młodego, chudego chłopca ze sporym pudełkiem w rękach.
- Nareszcie. Postaw to na biurku. I otwórz - rozkazał posłańcowi. Młody posłusznie otworzył pudełko, w którym znajdowały się świeże drożdżówki. - Prosto z piekarni. Tak przypuszczam. Jedz, to wszystko dla ciebie. Zaraz doniosą ci herbatę.
Zamilkł na chwilę, choć mogłoby się wydawać, że nigdy się to nie stanie. Stojąc przodem do okna - zdążył przejść już swój gabinet wzdłuż i wszerz - zerknął przez ramię na chłopaka, by sprawdzić czy młodzieniec zaczął jeść.


< Jens? >

od Jens'a c.d od Rodericha

Co się właśnie ze mną stało? Czemu jadę samochodem z dwoma wojskowymi  i sierżantem? W tym czasie powinienem już sztywno leżeć twarzą na bruku, z krwawą dziurą z tyłu głowy, pośród dziesiątek zamordowanych podobnie jak ja . Czemu ja dalej żyje kiedy, ich martwe ciała  już prawdopodobnie są gdzieś wywożone i składane do masowych grobów, skazując tym samym te wszystkie biedne dusze na zapomnienie. W czym ja jestem od nich lepszy? Czemu Boże pozwoliłeś przeżyć mi a ich skazałeś na śmierć?  Nie chce tu być. Zabierzcie mnie tam z powrotem, dajcie mi kurwa w końcu umrzeć.
Teraz tak myślę.... jednak gdy klęczałem tam obok Neumanna, wystawiony niczym cyrkowa małpka na sam środek, obłapiany wzrokiem wszystkich zgromadzonych, bałem się. Cholernie się bałem...W tamtym momencie zrobił bym wszystko  żeby znaleźć się tu gdzie jestem teraz. W bezpiecznym samochodzie dzięki łaskawości nieznajomego wybawiciela, daleko od tamtej kamienicy. Jestem pieprzonym tchórzem, który jeszcze parędziesiąt minut temu, zrobił by wszystko tylko po to aby pozostać żywym. Gdy tam klęczałem nie myślałem już o tych wszystkich biednych ludziach, którzy stali przecież tak blisko mnie, przytuleni do ściany szarego budynku, skazani na podobny los co ja .. nie.. myślałem wtedy tylko o sobie. A teraz? Teraz w myślach błagam żeby mnie tam z powrotem zawieźli, żebym mógł dołączyć do tego stosu dziurawych ciał, abym mógł w końcu uspokoić sumienie, i zasnąć kamiennym snem, uśpiony pociskiem z pistoletu, który był już przygotowany specjalnie dla mnie.
Momentami chciałem zacząć krzyczeć, żeby zatrzymali samochód i zawieźli mnie tam z powrotem, Jednak gdy otwierałem usta nie wydobywał się z nich żaden dźwięk . Siedzący obok mnie żołnierz nawet nie zauważył tej żałosnej walki, którą prowadziłem z samym sobą. Jeśli nie umiem wypowiedzieć swoich myśli na głos, znaczy to że tak naprawdę okłamuje sam siebie i wcale nie chce tam wracać.
Popatrzyłem na sierżanta który wstawił się za mną, ratując tym samym moje marne życie. Siedział z przodu, i oprócz tego że dał pozostałym dwóm żołnierzom wskazówki co maja ze mną zrobić, nie odezwał się do mnie ani słowem, zresztą do pozostałych też. Zdawał się myśleć o czymś, utknął myślami w swoim własnym świecie.
Jak mam traktować tego człowieka ? Jak swojego bohatera?  Czy jestem mu coś winny? Czego zabiera mnie do UB, w czym mu jestem tam potrzebny. Nie wiem zbyt dużo o tym miejscu, słyszałem tylko że podobno przesłuchuje się tam ludzi. Ale ogólnie całe to miejsce ma zła sławę, szkoda że wcześniej się tym nie zainteresowałem i nie spytałem nikogo dlaczego. Teraz nie był bym takim kłębkiem nerwów.
Dopiero pod koniec całej drogi nieco się uspokoiłem, doszedłem nawet do wniosku że chcąc nie chcąc powinienem okazać wdzięczność sierżantowi, jednak właśnie wtedy kiedy zamierzałem w końcu przemówić, Roderich ( o ile dobrze zapamiętałem jego imię ) zniknął mi z oczu. Może nie tyle co zniknął co wysiadł z samochodu zostawiając mnie z pozostałymi dwoma żołnierzami mówiąc im tylko ,,Wiecie co robić". I tak oto zostałem zamknięty w ciasnym samochodzie, na kolejne parę minut z dwoma żołnierzami, bez możliwości ucieczki czy prawa głosu. Może i mieliśmy te same mundury i posługiwaliśmy się tym samym językiem, podobno tez wszyscy trzej działamy na chwałę III Rzeszy,  mimo to czułem się pośród nich jak obcy. Nie mam dobrych wspomnień z innymi żołnierzami, od szkoły wojskowej zawsze od nich odstawałem , i w sumie nigdy nie znalazłem wśród nich ,,sprzymierzeńca" . Bałem się że i tych dwóch, korzystając z okazji mogą zacząć się nade mną pastwić. Tak się jednak nie stało, widać pan Roderich nie trzyma przy sobie byle jakich śmieci, albo może po prostu mieli dobry dzień. Oboje byli wyżsi i lepiej zbudowani ode mnie, co nie jest dla mnie nowością.
- Nieźle ci się poszczęściło smarku. - powiedział mężczyzna z garbatym nosem, siedzący obok mnie.
- No, ja nie wiem czy ,,poszczęściło". - zaśmiał się grubszy kierowca.
Popatrzyłem na nich zdziwiony - Słucham? - jednak nie otrzymałem od nich żadnej odpowiedzi, potem rozmawiali między sobą o mało istotnych rzeczach. Z ich rozmowy nie mogłem wyłapać nic o Roderichu ani o tym co mnie teraz czeka pod jego ,, opieką". Nie wiem czy dostali rozkaz aby nie poruszać tego tematu, czy po prostu sami nie wiedzieli, ale najpewniej najzwyczajniej w świeci mieli to w dupie. Dojechaliśmy szybciej niż się spodziewałem, wysiedli a potem wyciągnęli mnie z samochodu, jakby się bali że sam z siebie tego nie zrobię. Moim oczom ukazał się wielki zadbany budynek urzędowy. Oczywiście widziałem go już wcześniej ale jakimś cudem nie miałem przyjemności znaleźć się tam w środku. Żołnierze wyrwali mnie  z zamyślenia popychając  abym się wreszcie łaskawie ruszył. Gdy weszliśmy do budynku, mężczyźni udali się do dyżurnego gestapowca gdzie po wyjaśnieniu całej sytuacji, zapytali się gdzie mogliby mnie zostawić do przyjazdu Rodericha. Mimo tego że byłem mocno rozkojarzony i nie stałem zbyt blisko, udało mi się zrozumieć że wszystkie cele zbiorowe jak i izolacyjne są zajęte, żołnierze postanowili więc że zaprowadzą mnie do gabinetu sierżanta, w końcu pozwolił na to ,,w ostateczności" . Idąc długim korytarzem, widziałem garstkę niemieckich urzędników, którzy chodzili sobie spokojnie po korytarzu, rozmawiali z sobą a nawet się śmiali . Jedna z sekretarek, popatrzyła na mnie, a na widok mojej opuchniętej od płaczu twarzy uśmiechnęła się pod nosem, a może nawet cicho się zaśmiała. Zawstydzony opuściłem wzrok. Zza kolejnych zamkniętych drzwi dało się słyszeć muzykę grającą z radioodbiornika, puszczali ją tak głośno jakby chcieli coś zagłuszyć. Pomiędzy melodycznymi dźwiękami zdawało mi się że słyszałem wymęczone ludzkie  krzyki, którym bardzo ciężko było się  przebić przez akurat grający niemiecki utwór. Czasami krzyki mieszały się z linią melodyczną nadając akurat grającym piosenkom Marlene Dietrich przerażającego wydźwięku.
Ostatecznie doszedłem do wniosku że te krzyki to tylko wytwór mojej skatowanej dzisiejszymi przeżyciami wyobraźni, i że powoli zaczynam wariować.
W końcu trafiłem do gabinetu sierżanta, żołnierze nie weszli ze mną tylko wepchnęli mnie do środka, po czym powiedzieli:
 - Ej Heulliese ! Postaraj się niczego nie zepsuć.  - po czym usłyszałem huk drzwi i dźwięk przekręcanego klucza.
Gabinet był duży w porównaniu z tymi które udało mi się zobaczyć idąc tutaj. Na samym środku było ustawione biurko, pozostawione w lekkim nieładzie. Walały się po nim różne akta i inne papiery. Po raz pierwszy widziałem gabinet gestapo który był pozostawiony w ,,średnim nieładzie". Przełożeni zawsze kojarzyli mi się z okropnymi pedantycznymi tyranami, może ten lekki nieporządek to dobry znak?  Na biurku oprócz akt, znajdowała się maszyna do pisania,  w której wałek był wkręcony protokół z jakiegoś przesłuchania. Niedaleko niej leżał palcat do jazdy konnej, co mi trochę nie pasowało do innych znalezionych tam rzeczy.
Biurko prezentowało się na ścianie na której był zawieszony ogromny portret Hitlera. Sam ten widok napawał mnie ogromną złością, miałem ochotę splunąć dowódcy III Rzeszy na twarz, jednak powstrzymałem się przerażony konsekwencjami jakie mogłyby z tego wyniknąć. Patrzyłem jednak jeszcze przez chwilę na ta paskudną podobiznę, a przez głowę przewijało mi się milion myśl. Jakże przyjemne mogłoby być moje życie gdyby ten człowiek  nigdy się nie urodził. To on rozpoczął to wszystko, to przez niego ten świat jest skazany na zagładę. Jak można trzymać podobiznę takiego człowieka w swoim gabinecie?
Nie mam pojęcia co mam myśleć o Roderichu, pomógł mi ale czy naprawdę zrobił to z dobrego serca? Chciałbym  w to wierzyć, jednak nie potrafię. Ale  z drugiej strony po co brał by pod opiekę takiego zwykłego i na dodatek beznadziejnego szeregowego jak ja, na pewno ma jakiś ukryty cel.
Podszedłem do okna obok którego stał stolik na którym leżał gramofon,  a nieopodal znalazłem całkiem pokaźną kolekcję płyt z muzyką klasyczną. Wróciłem do okna aby przez nie wyjrzeć, jednak moją uwagę zwróciły czerwone plamki na parapecie. Ciecz była zaschnięta, ale  taką samą znalazłem na podłodze, nie potrafiłem się dłużej oszukiwać, to była zaschnięta krew. Ktoś czyszcząc gabinet po ostatnim ,,przesłuchiwanym" widocznie nie domył jej do końca.
Minęło sporo czasu ale nikt się nie pojawił,  ani ci co mieli mnie pilnować ani sam Roderich. Przez kolejną  godzinę siedziałem na  krześle przesłuchiwanego (bo nie odważył bym się siąść na miejscu sierżanta) i starałem sobie wyobrazić co się teraz ze mną stanie, zastanawiałem się tez sporo nad samą postacią Rodericha. Nie obyło się również bez myśli o tych wszystkich rozstrzelanych ludziach, wyobrażałem sobie, jak przyjeżdżają krewni i szukają swoich rodzin w pustej kamienicy, wręcz słyszałem ich głosy. Te obrazy na pewno będą mi się śniły po nocach. Chcąc nie chcąc Roderich nie tylko uratował mi życie, ale również dzięki niemu uniknąłem wykonania tego obrzydliwego rozkazu. Po tych wszystkich przemyśleniach wyciągnąłem swój mały różaniec z  drewnianymi paciorkami, z kieszeni munduru, i zacząłem się żarliwie modlić, klęczałem specjalnie odwrócony tyłem do portretu  Hitlera. Modliłem się za te wszystkie istnienia które dziś pochłonęła śmierć, modliłem się za Rodericha aby okazał się dobrym człowiekiem, modliłem się też za siebie samego aby Bóg w końcu dodał mi trochę odwagi. Podczas modlitwy zauważyłem dziwne haki na suficie, nie wiem do czego mógłbym je porównać. Podobne widziałem kiedyś w rzeźni, zawieszało się na nich świnie i podrzynało gardła. Po co Roderichowi w gabinecie takie haki? Nagle drzwi otworzyły się i pojawili się w nich ci sami żołnierze co wcześniej, a widząc mnie modlącego się wybuchli śmiechem.
Ja nie reagując na to, najzwyczajniej w świecie wstałem, schowałem różaniec i otrzepałem kolana. Jeden  z nich podszedł do mnie rozbawiony poklepał mnie po policzku mówiąc:
- Nasza mała beksa wierzy jeszcze w bajki, jakie to urocze.
Cofnąłem się od niego nie odzywając się ani słowem, jednak ten przysunął mnie do siebie i popchnął w stronę drzwi:
- A gdzie ty, nie ma tak dobrze. Cela się zwolniła, nie będziesz nam tutaj przesiadywał, za duże ryzyko że coś zrobisz. Takim dziwakom jak ty , wszystko może strzelić do głowy.
Parę minut potem siedziałem już w małej celi z żelaznym łóżkiem, i malutkim oknem. Pokój śmierdział grzybem i wilgocią. Poza tym udało mi się znaleźć o wiele więcej śladów krwi niż w pokoju Rodericha. Na materacu leżały dwa ludzkie zęby, a  na ścianach były wyryte jakieś kreski, liczby a nawet nieczytelne napisy. Jeden z nich udało mi się rozszyfrować. Brzmiał:


,, Łatwo jest mówić o Polsce,
trudniej dla niej pracować,
jeszcze trudniej umrzeć
a najtrudniej cierpieć"


Moje oczy po raz kolejny stały się szklane jak u zagubionego dziecka, a dłonie trzęsły mi się nie  opanowanie. Upadłem na kolana, i oparłem czoło o brudną ścianę. Nie mam już żadnych dobrych przeczuć. To miejsce to tylko kolejny stopień piekła, a byłem już przekonany, że doszedłem na sam szczyt służąc jako żołnierz. Widocznie ta droga jest jeszcze dłuższa niż myślałem.
Najgorsze jest to że tak naprawdę nic tu jeszcze nie widziałem, a już czuję wypełniający mnie strach i żal.
Nie zostało mi nic innego jak modlić się do Boga, żebym jakimś cudem wytrzymał próbę która na  mnie tutaj czeka.


Roderich? ( nie wyszło tak jak chciałam, ale ważne że coś jest )

20.07.2017

Od Rodericha do Jensa

Starszy sierżant Roderich Hilse, zdegradowany ze stopnia porucznika SS za niezastosowanie się do zakazu przełożonego i bezpodstawne zabicie jeńca ważnego dla Rzeszy ze względu na posiadane przez niego informacje, piastujący posadę w Urzędzie Komendanta Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa, znany funkcjonariuszom Gestapo ze swoich przebojowych, innowacyjnych metod przesłuchiwania więźniów za pomocą chwytów psychologicznych z ewentualnym wspomaganiem się bezpośrednią perswazją i ze śpiewania podczas spacerów po gmachu Urzędu, wyszedł z czarnego samochodu, który dopiero co zatrzymał się tuż przy wjeździe do ulicy, na której już za chwilę miało dojść do egzekucji Żydów z pobliskiej kamienicy. Towarzyszyło mu dwóch esesmanów, ubranych w czarne płaszcze, idących po obu jego stronach w pewnym oddaleniu. Podobnie jak oni, starszy sierżant również odziany był w płaszcz, a także wysokie, błyszczące oficerskie buty i czapkę z orłem Rzeszy i trupią czaszką.
Pośród wojskowych szykujących się do wykonania egzekucji panowało zamieszanie, więc nie od razu został zauważony. Oddział prezentował całkowitą dezorganizację; szeregowcy z karabinami stali w luźnym szeregu i z nieukrywanymi, złośliwymi uśmieszkami przyglądali się towarzyszowi wywołanemu przed szereg, ostro ruganemu przez dowódcę. W pewnym oddaleniu stało kilku oficerów, szepczących coś między sobą. Ustawieni pod ścianą ludzie również obserwowali scenę, nie mając odwagi ruszyć się z miejsca. Z wyjątkiem jednego mężczyzny, który leżał twarzą do ziemi w odległości kilku metrów od nich z dziurą w plecach.
Mimo pozornego chaosu, jaki panował wokół, wyraźnie dało się wyczuć jakieś poważne napięcie, jakie pojawia się zawsze przed jakimś strasznym wydarzeniem. I nie było to napięcie poprzedzające rychłą śmierć Żydów. Wszyscy patrzyli na stojącego przy dowódcy żołnierza i oczekiwali oczywistego. Z pewnością chłopak zrobił coś złego i za chwilę za to zapłaci.
Podczas, gdy dowódca obrzucał wątłego, ciemnowłosego chłopaka najgorszym mięsem, jakie mógł zawierać język niemiecki, starszy sierżant wykonał niemal defiladową rundę po ulicy, pomiędzy grupą Żydów a szeregiem żołnierzy, wiodąc spojrzeniem błękitno-szarych oczu po wszystkim, co tylko mógł dojrzeć. Uważnie przyjrzał się osobom stojącym pod ścianą, odszukał jego zdaniem najmłodszego i najstarszego osobnika, według swych domysłów wychwycił człowieka najbogatszego z całej grupy i w przybliżeniu ocenił wiek każdego z osobna. Nie zaprzątając sobie głowy dziesiątkami par oczu, które nie spuszczały z niego wzroku, zawrócił i zrobił równie uważne rozeznanie w prezencji żołnierzy, niemal zaglądając im pod hełmy. Tamci, zdezorientowani brakiem jakiegokolwiek rozkazu, stali nerwowo i próbowali unikać wnikliwego wzroku Hilse'a.
- Całość baczność! - wydarł się niespodziewanie dowódca, odrywając się od Bogu ducha winnego szeregowego, przestając na niego wrzeszczeć i wymachiwać nad jego głową pistoletem. Cały szereg w jednym momencie stuknął obcasami, aż echo odbiło się od burych ścian kamienic i kręgosłupy wyprężyły się jak struny. Karabiny spoczęły wyeksponowane na ramionach. Podoficer Hilse kiwnął głową z uznaniem, uznając, że komenda wydana została specjalnie ze względu na niego.
- Oberscharführer - rzekł donośnym głosem dowódca, starając się zwrócić uwagę Rodericha na siebie.
- Neumann - zawołał podoficer, nagle kierując wzrok na niego i w kilka sprężystych kroków zmniejszając dystans dzielący go od niego do minimum.
Człowiek o wilczej, chudej twarzy, w tej chwili czerwonej jak flaga Związku Radzieckiego z powodu nadmiaru złości stanął na baczność i oddał honory starszemu stopniem towarzyszowi. W jego oczach błysnęło coś, gdy tylko zobaczył przybysza; rozpoznał go od razu, podobnie jak Hilse jego. Po przykładnym wzajemnym zasalutowaniu, Austriak przeszedł na bardziej przyjacielski, choć przyprawiony ironią ton, absolutnie nic nie robiąc sobie z tego, że zachowuje się niestosownie na oczach dużej grupy z dwoma piorunami na mundurach:
- Widzę, że wspaniale ci idzie z oddziałem. Tak trzymać.
- Nic nie mów - mruknął z irytacją mężczyzna, ręką uzbrojoną w pistolet uderzając skrzyczanego przed chwilą chłopaka po plecach.
- Nie, naprawdę, chłopaki stoją jakbyś im powsadzał kije w tyłki - zapewnił go Roderich i zaśmiał się z własnego żartu. - Mam nadzieję, że w walce też się tak dobrze prezentują, bo niedługo będą od tego zależały twoje nerwy.
- Co masz na myśli? - spytał Neumann, rzucając krótkie spojrzenie na swoich żołnierzy.
- Mam przekazać, że masz się natychmiast stawić w sztabie. Major Josef Hahn wzywa wasz oddział na Podlasie. Będziecie pomocą dla grupy likwidującej partyzantkę.
Twarz Neumanna widocznie zasępiła się, a wąskie usta zwęziły się jeszcze bardziej.
- Oczywiście - odparł. - Przeklęte szczury podgryzają spomiędzy drzew. Dlaczego właśnie ty przekazujesz mi tą wiadomość?
Starszy sierżant nie odpowiedział od razu na to pytanie. Jego uwaga przeszła z Neumanna na jego wąskiego w barkach podkomendnego, stojącego tuż obok nich z głową opuszczoną tak nisko, że podbródkiem opierał się niemal o klatkę piersiową.
- Słucham? - spytał, z trudem skupiając uwagę z powrotem na dowódcy oddziału. Jednak gdy tylko dotarło ono do niego, minimalny skurcz przeszedł po jego policzku. - Ach, wybacz - uśmiechnął się przymilnie. - Gdy usłyszałem twoje nazwisko, zgłosiłem się do przekazania wiadomości, jako że i tak jesteś mi po drodze na Pawiak. No i zawsze miło jest zobaczyć starego kolegę.
- Na Pawiak? - dopytał się Neumann.
- Mnie też wzywają w różne miejsca - odparł wymijająco Roderich, uśmiechając się szeroko. - Chyba nie powinienem ci zajmować więcej czasu. Widzę, że nie skończyłeś jeszcze swojej roboty. Właśnie... sporą grupkę znaleźliście, jak widzę - zauważył, z wyrazem podziwu na twarzy odwracając się do ludu ustawionego pod kamienicą. Złączył dłonie za plecami i ustawiając się obok swojego dawnego kolegi, przechylił się ciężarem swojego ciała na palce stóp, a potem z powrotem na pięty.
- Na nich jeszcze przyjdzie pora. Najpierw mała lekcja posłuszeństwa dla tego gnoja - warknął sierżant o wilczej twarzy, przypominając sobie o swoim chłopcu. Złapał młodego żołnierza za kark, by następnie popchnąć go na bruk. - Na kolana, Kastner!
Nagle z twarzy starszego sierżanta Hilse znikła promienna pogoda i zastąpiło ją ogromne zaskoczenie.
- Słucham? A cóż ten młody człowiek zrobił?
- Odmówił oddania strzałów. Nie dość, że powiedział, że nie będzie strzelać, to jeszcze uciekł! I to nie jest jego pierwszy raz. Od początku jego służby próbuję zrobić z niego człowieka, ale ta beksa jest po prostu niereformowalna! - Neumann wyraźnie stracił nad sobą kontrolę i zaczął bez zastanowienia wyrzucać z siebie wszystkie frustracje związane z wadliwym szeregowcem.
Roderich spojrzał na klęczącego przed dowódcą chłopaka. Dopiero teraz mógł zobaczyć jego twarz, dotąd spuszczoną w dół posępnie. Posępnie, tak mu się zdawało... Tymczasem słowo to mogłoby nie do końca pasować do jego nastroju.
Po zaczerwienionych policzkach spływał obficie potok błyszczących łez. Młodzieniec oddychał ciężko, pociągając nosem i zaciskając drżące wargi, by nie połykać słonych wydzielin spływających mu po twarzy. Skóra w okolicach nosa i powieki były opuchnięte. Jego twarz nie była twarzą mężczyzny; to było jeszcze dziecko. Dziecko wyrwane siłą spod pachy matki, od bezpiecznego domu gdzieś w Niemczech i wciągnięte w wir wojny. W wir bólu i okrucieństwa. Dziecko niepotrafiące zgodzić się na to, co dzieje się wokół, mające pretensje do świata i jego brutalnych zasad, które są niezrozumiałe i okrutne dla tak młodego człowieka. Był młody, ale wyraźnie zmęczony. Patrzył w górę błagalnie, ale o co błagał? O litość? A może o śmierć?
Starszy sierżant Hilse wpatrywał się w niego z zapartym tchem. Jego wargi rozchyliły się, jakby chciały zaczerpnąć powietrza, ale nie były w stanie. Twarz zbladła, choć Oberscharführer czuł, że zaczyna być mu gorąco pod skórą, a źrenice rozszerzyły się. Ręce, które trzymał złączone za plecami, zaczęły drżeć i musiał mocno naprężyć mięśnie, by opanować opanować owo drżenie.
Chcę, żeby na mnie tak patrzył.
Głos Neumanna docierał do niego zagłuszony, jakby docierał zza grubej szyby i dodatkowo zniekształcał go potworny szum panujący w głowie Rodericha. Szum ten był mieszaniną setek odczuć i określeń, które nawiedzały go pod wpływem widoku chłopaka o nazwisku Kastner.
Oddech wrócił do piersi Austriaka dopiero po dłuższej chwili, gdy sierżant Neumann skończył swój długi wywód na temat, którego mężczyzna nie zrozumiał i odbezpieczył pistolet.
- Nie rób tego! - wrzasnął na całe gardło, gwałtownie odpychając rękę z pistoletem na bok, mimo że sierżant i tak nie był jeszcze gotowy do strzału.
Neumann spojrzał na niego pytającym wzrokiem, nie rozumiejąc jego zachowania. Podobnie jak on, cały oddział, oficerowie stojący w oddali i esesmani, którzy przyszli wraz z Hilse'm, Żydzi stojący pod ścianą... wszyscy wpatrywali się tylko w niego.
Roderich z pewnym opóźnieniem zdał sobie sprawę z tego, jak nieodpowiednia była ta reakcja. Ta myśl wystarczyła, by z powrotem przywołał na twarz beztroski, szeroki uśmiech.
- Günter... - zwrócił się do starego kolegi po imieniu. Mówił spokojnym, przyjemnym jak zawsze głosem. - Nie rozumiem. Pakować chłopcu kulkę w łeb za wrażliwość? Za to, że jest młody? Że nie rozumie jeszcze świata?
- Jest żołnierzem, który odmówił wykonania rozkazu. Prawo jest dla wszystkich takie samo.
- Spójrz na niego, ile on może mieć lat! - Roderich wskazał obiekt ich dyskusji. - Jestem pewien, że jego oczy widziały jeszcze za mało i zwyczajnie nie jest jeszcze gotowy, by chwytać za broń. Powinieneś dać mu szansę!
- Wyczerpał wszystkie - odparł nieustępliwie Neumann. - Słyszysz, Kastner? Nie obchodzi mnie nawet znajomość z twoim ojcem, wyczerpałeś moją cierpliwość!
Chłopak milczał.
- Hah! Tym lepiej! Znasz jego ojca? To życzę sił, gdy będziesz podnosił wzrok, gdy spojrzysz mu w oczy. I co powiesz? "Osobiście zastrzeliłem twojego syna, bo mnie zdenerwował"?
- Roderich - przerwał mu Günter, patrząc na niego ze śmiertelną powagą. - Co będziesz miał z wstawienia się za tym chłopakiem? Od kiedy z ciebie taki obrońca?
- Czy naprawdę wszyscy Niemcy to do reszty pozbawione serca potwory?! - Roderich podniósł głos jeszcze bardziej, by zrobić większe wrażenie na swoim wystąpieniu. Jego barwa, z początku lekka i niezdradzająca przejęcia, stawała się coraz mocniejsza. - Jak możecie, wy wszyscy, być tak nieczuli na tragedię tego chłopca! Czy ciągłe zabijanie zdusiło w was wszystkie uczucia? Nikt nie próbuje się wstawić za kolegą? - zwrócił się do oddziału stojącego wciąż na baczność, ale uważnie obserwującego odgrywającą się scenę. - Cholerne potwory.
Nikt się nie odezwał. Neumann mierzył Rodericha wzrokiem, jakby starał się wychwycić intencję, w jakiej ten mówi to wszystko.
Tymczasem Roderich zdecydował się przejść do tego, o co mu od początku chodziło:
- Oddaj mi tego chłopaka.
- ...słucham? - wydusił z siebie sierżant.
- Pójdzie na Szucha - Hilse zniżył głos, by słyszało go możliwie jak najmniej osób. - Da mu się jakąś cywilną pracę, będzie ją wykonywał pośród przesłuchiwanych. To zahartuje go psychicznie. Wzmocni go. Jeśli będziesz chciał, to potem go sobie weźmiesz, ale on wtedy będzie już silnym mężczyzną. Rozumiesz?
Roderich nie musiał się pytać. Widział w oczach sierżanta, że trafił do niego ten pomysł. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Udało mu się.
- To dobry pomysł, Hilse. Bardzo dobry pomysł - przyznał Neumann.
- Wiem o tym.
Günter kazał chłopakowi wstać i złapał go mocno za ramię. Tamten nadal prezentował się jak istne sto nieszczęść, ale na razie przestał płakać. Roderich z trudem odwrócił od niego wzrok.
- Słyszałeś, bekso, idziesz teraz do Gestapo - wysyczał mu do ucha dowódca. - Nawet nie wiesz jakie masz cholerne szczęście. Więc zachowuj się i nie przynieś mi i ojcu wstydu, tak?
Nie było odpowiedzi. Usatysfakcjonowany Roderich aż złożył odziane w skórzane rękawiczki dłonie i oznajmił:
- Postanowione. Pomyśl, Günter, właśnie uratowaliśmy ludzkie życie. Może zostanie kiedyś kimś naprawdę ważnym - powiedział, nie kryjąc radości. Pożegnał się z dowódcą oddziału i odwrócił się na pięcie, dając znak jednemu z esesmanów, by poprowadził ze sobą chłopaka. Gdy cztery osoby zbliżały się już do samochodu, dało się słyszeć krótki rozkaz kilkanaście strzałów z karabinów. Do uszu starszego sierżanta Rodericha Hilse dotarł jeszcze cichy, zgłuszony jęk chłopaka, który szedł za nim razem z esesmanem.
Wsiedli do samochodu, szeregowiec z jednym z wojskowych do tyłu, Hilse na miejsce pasażera z przodu, a drugi wojskowy za kierownicę. Jadąc w stronę więzienia na Dzielnej, podoficer wydawał swym podkomendnym polecenia. Rozkazał im, po zawiezieniu go na Pawiak, odstawić szeregowca do urzędu na Szucha gdzieś, gdzie nikomu nie będzie przeszkadzał, aż do jego powrotu. Polecił im, aby w ostateczności, jeśli nie znajdą żadnego innego miejsca, zostawili go w jego własnym gabinecie. I niech mają go na oku. Nie muszą cały czas go pilnować, ale niech od czasu do czasu do niego zaglądają. I niech jeden z nich przyjedzie na Pawiak punktualnie o czwartej, i jeśli będzie trzeba, niech poczeka.
Ani razu podczas jazdy nie odwrócił się do Kastnera. Gdy samochód zatrzymał się przed budynkiem więzienia, wysiadł bez słowa i skierował się do wejścia, zostawiając uratowanego przez siebie młodzieńca pod opieką dwóch podwładnych.


< Jens, twoja kolej >