Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam&Wolfgang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam&Wolfgang. Pokaż wszystkie posty

28.08.2018

Od Adama CD Wolfganga

-No to zaczynamy zabawę-mój umysł ledwo zarejestrował te skierowane do mojej osoby słowa. Nie umknął mu jednakże fakt, z jaką niepohamowaną radością zostały one wypowiedziane.
-Błagam...-tylko tyle zdołałem z siebie wydusić. Przeczuwałem, że moje prośby nic nie zmienią, ale teraz, gdy dotarło do mnie, że to koniec i gorzej być nie może, pragnąłem spróbować nawet tego. Abym po śmierci mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że walczyłem do ostatniej chwili. Miałem jedynie nadzieję, że po tym, jak umrę, Bóg będzie dla mnie łaskawy.
-Naprawdę myślisz, że jesteś w stanie w ten sposób na mnie wpłynąć? Że w ogóle jesteś w stanie na mnie wpłynąć?-zapytał z niedowierzaniem Niemiec, po czym zaśmiał się. Robił wrażenie szczerze rozbawionego, co nie wróżyło dla mnie niczego dobrego. Po krótkiej chwili mój oprawca przestał się śmiać i podszedł do mnie szybkim krokiem. Skuliłem się, czekając na jakiś cios. Nic takiego jednak na razie nie nastąpiło. Niemiec stanął za mną i chwycił mnie za moje bezwładne ręce. Wykręcił mi je z tyłu, po czym poczułem na nich zimny dotyk metalu. Mężczyzna odszedł kilka kroków i zniknął gdzieś w mroku pomieszczenia, wcześniej popychając mnie w stronę ściany. Kontakt z jej zimną powierzchnią był bolesny, tym bardziej, że przywaliłem w nią moją już i tak obolałą głową. Osunąłem się na ziemię. Tkwiłem tak przez jakiś czas, klęcząc na zimnej ziemi z rękami w kajdanach. Oddychałem szybko i płytko, dlatego skupiłem się na próbie uspokojenia swojego oddechu, aby tylko nie myśleć o bólu. Nawet nie dopuszczałem do siebie oczywistej myśli, że to dopiero początek, jak to określił mój oprawca, "zabawy". Po chwili Niemiec pojawił się ponownie, tym razem przede mną. Nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, poczułem coś w ustach. Nie miałem pojęcia, skąd wytrzasnął tę szmatę (a raczej nie chciałem tego wiedzieć), jednak dzięki niej skutecznie uniemożliwił mi jakiekolwiek dalsze protesty.
-Świetnie, jesteś gotowy. Poczekaj jeszcze tylko chwilkę, a na dobre rozpoczniemy naszą zabawę-powiedział mężczyzna, po czym ponownie gdzieś zniknął. Najpierw spróbowałem wypluć knebel, ale był zbyt dobrze umocowany. Potem spróbowałem wstać, ale to również okazało się niemożliwe. Nie poddałem się jednak i przysunąłem bliżej do ściany. Zaparłem się mocno nogami, dzięki czemu, choć z nadludzkim wysiłkiem, zacząłem się podnosić. Nie zdążyłem jednak w pełni stanąć na nogach, kiedy mój oprawca wrócił i z powrotem pchnął mnie na ziemię.
-Tam jest twoje miejsce, śmieciu-powiedział, po czym splunął mi na twarz. Nie zdążyłem w żaden sposób zareagować, gdyż w tym samym momencie Niemiec szybko obszedł mnie i ponownie stanął za mną. Jednym silnym ruchem złapał mnie za włosy i odchylił moją głowę. Po chwili zaś poczułem, jak do mojego nosa zaczyna lać się woda. A więc zamierza mnie utopić?-pomyślałem, modląc się, by na tym mój oprawca poprzestał i szybko zakończył mój żywot.
<Wolfgang?>

6.08.2018

Od Wolfganga CD Adama

- Oh, oczywiście, że wiem. Dziękuję, że zauważyłeś moją inteligencję - Warknął von Volkhardt, nawet nie siląc się na sarkazm.
Dźgnął plecy nastolatka lufą pistoletu.
- Ruszaj się szybciej, jeśli nie chcesz, bym przypadkowo wystrzelił pocisk - wysyczał.
Chłopak wyraźnie drżał.
Wolfgang postanowił, że zaprowadzi go do do siebie; do siebie, tj. do swojej bazy, konkretniej gabinetu. Albo zamówi sobie prywatny loch.
Nie będzie przecież brudził sobie pokoju jego nedzną krwią.
Bo na pewno nie pozwoli mu wrócić łaskawie do getta, ani nie zabije go od razu.
Trzeba to jakoś efektywniedobrze wykorzystać.
Po kilku minutach popychanek i szybkiego marszu dotarli w okolice bazy.
- G-gdzie mnie pan p-prowadzi...? - zapytał nagle zaniepokojony Żyd. - Getto nie w tę -
- Skoro tam Cię nie prowadzę, to mam jakiś powód - przerwał mu niskim warkotem. - I raczej wiem, gdzie co jest!
Uderzył go lufą w głowę, przez co chłopak skulił się i zatoczył. Z jego głowy, spod gęstej czupryny, pociekła strużka krwi.
"Mięczak" - pomyślał z pogardą Wolfgang.
Znaleźli się w końcu przed budynkiem. Untersturmfuhrer wyminął chłopaka, by otworzyć drzwi, ale zrobił to tak, by mieć go na oku i żeby nie uciekł. Zresztą z wymierzoną w niego lufą nie uciekłby daleko, bo Wolfgang miał celne oko.
Wepchnął nieco już osłabionego Żyda na korytarz. Capnął go za kark, schował swoją PPDówkę (pistolet) i targając go za szyję, prowadził do gabinetu. Gdy był już przy nim, zauważył z niemałą satysfakcją, że drzwi byly wymienione.
Doskonale.
Tym sposobem zmienił zdanie, i szarpiąc Żyda ponownie, zawrócił w stronę pokoi wyższych rangą.
Wszedł bez pukania do jednego z pułkowników.
- Tak? - zapytał Standartenfuhrer, podnosząc głowę znad dokumentów.
- Ten oto piękny młodzieniec przebywał poza gettem. Bo chciał pograć na skrzypcach - wyjaśnił sztucznie miłym i uprzejmym głosem Wolfgang.
Tamten zadrżał mocniej, przykuwają c uwagę pułkownika.
- Dobrze, zajmie się nim któryś z -
- Ja.
Zapadła cisza.
- Znaczy... Proszę, abym to był ja - wycedził zirytowany podporucznik.
Pułkownik patrzył na niego nieodgadnionym spojrzeniem przez dłuższą chwilę.
- Czemu nie - stwierdził w końcu.
Wolfgang uznał, że to wystarczy, i nie zaszczycając tamtego nawet spojrzeniem, wyszedł z pokoju, oczywiście ciągle trzymając chłopaka za kark.
- Ah, oczywiście mogę wziąć jedne loch? - rzucił jeszcze przez ramię.
Pułkownik zbył go gestem, oznaczającym, że ma robić, co chce.
Doskonale.
- Teraz przygotuj się na piekło - oświadczył Wolfgang, zwracając się do półprzytomnego Żyda.
Oj, chyba będzie musiał się z nim obchodzić delikatniej, niż zwykle, niż z jak zwykłymi więźniami. A raczej - ofiarami.
Chłopak spojrzał po nim zamglonym wzrokiem, wyrażającym czysty strach. Strach, który napełniał Wolfganga nową siłą i chorą satysfakcją.
Na początek miał zamiar go zepchnąć ze schodów, ale pewnie na dole już by nie żył. Dlatego też podciął mu tylko nogi, nadal mając jego kark w uścisku, przez co teraz tylko wlókł się po ziemi, podtrzymywany przez jego rękę.
Tak idąc, dotarli do usytuowanych w podziemiach budynku lochów, czyli sal na tortury i przesłuchania, tak właśnie zwanych.
Wolfgang wybrał najodleglejszą, najciemniejszą i najbardziej schowaną klitkę, jaka tam była.
Żeby nikt nie przeszkadzał.
- No to zaczynamy zabawę - wyszeptał z uciechą.

<Adam? >

14.07.2018

Od Adama CD Wolfganga

- Ah nie, nie, siedź sobie - powiedział przesłodzonym głosem - Powzdychaj sobie jeszcze... A ja na spokojnie wezwę kogoś, kto zabierze cię tam, skąd uciekłeś i załatwi ci karę...-powiedział mężczyzna. Upewniło mnie to w tym, że był to prawdziwy szatan...znaczy Niemiec. Po całym moim ciele przeszedł dreszcz. A więc to dziś. To dziś wyczerpałem swój limit szczęścia-pomyślałem ze zgrozą, wiedząc, co się ze mną stanie, jeśli Niemiec spełni swoją groźbę. A spełni ją na pewno.
- Ah, nie, czekaj, czekaj... Przecież ja mogę to zrobić!-zawołał po chwili mężczyzna. Uśmiechnął się przy tym uśmiechem, którego już nigdy w życiu wolałbym nie widzieć. Może nawet twoje życzenie spełni się szybciej niż myślisz-przemknęło mi przez myśl. Choć próbowałem jeszcze, o dziwo, jakoś zaprotestować, zrobić cokolwiek, zostałem skutecznie uciszony.
- To samo zrobię z tobą, jeśli będziesz miał pecha-powiedział chwilę po rozwaleniu o ziemię skrzypiec Niemiec, a dokładniej (czego mogłem być już spokojnie pewien) niemiecki żołnierz, policjant czy ktoś taki. Jasne było już teraz dla mnie, że nie był to zwyczajny przechodzień. Choć właściwie przeczuwałem to jak tylko go ujrzałem. Nie odzywałem się więc już więcej, wiedząc, że mężczyzna i tak zrobi to, na co sam się zdecyduje, a moje słowa mogą go tylko jeszcze bardziej rozwścieczyć, czego na pewno nie chciałem. Przez chwilę nic się nie działo, Niemiec jedynie przypatrywał mi się z sadystycznym uśmiechem na twarzy. Odwróciłem wzrok, nie chcąc patrzeć na tę twarz, która zdradzała, co mnie niedługo czeka.
-Spójrz na mnie!-krzyknął mężczyzna. Prawie podskoczyłem ze strachu, po czym skierowałem na niego swoje przerażone spojrzenie. Niemiec wiedział, że się go boję, dlatego kazał mi na siebie patrzeć. Wiedziałem to. Wiedziałem też, że oznaczało to początek mojego końca.
-Proszę, zrobię wszystko, tylko nie zabijaj mnie...ani nie wydawaj- mimo strachu, który mnie całego obezwładniał, udało mi się wreszcie coś powiedzieć.
-Pewnie, że zrobisz wszystko, bo inaczej nie zrobisz nic. I to już nigdy-powiedział Niemiec, wyjmując zza pasa pistolet. Myślałem, że nie mogę się bać jeszcze bardziej, ale myliłem się.
-Pozwolisz ze mną?-spytał niebywale łagodnym głosem mężczyzna, po czym wskazał mi głową kierunek, w którym miałem się udać. Przez chwilę stałem w miejscu. Czułem się, jakby moje nogi przyrosły do ziemi.
-To może inaczej...NATYCHMIAST SIĘ RUSZAJ!-krzyknął Niemiec. W końcu udało mi się oderwać nogi od podłoża i pójść we wskazanym kierunku. Mężczyzna ruszył za mną. Widziałem oczami wyobraźni jak trzyma broń tuż przy mojej głowie, choć nie czułem, aby tak było.
-Nie podobało ci się w getcie, co?-bardziej stwierdził, niż spytał mój oprawca. Nie wiedziałem więc, czy mam mu odpowiedzieć, więc postanowiłem się po prostu więcej nie odzywać.
-Słyszysz, co do ciebie mówię?!-zawołał po chwili.
-Jeśli oczekujesz...oczekuje pan potwierdzenia, że stamtąd uciekłem, to ma pan rację-powiedziałem, gdyż tak samo jak swojej zbliżającej się śmierci mogłem być pewien, że on i tak o tym wie.
<Wolfgang?>

10.07.2018

Od Wolfganga CD Adama

Był cholernie zdenerwowany. Delikatnie mówiąc.
Siedział właśnie za swoim biurkiem i bębnił palcami o jego blat. Korytarz był podejrzanie pusty, a jak już ktoś był skazany na przejście pod drzwiami jego gabinetu, poruszał się najciszej, jak tylko umiał. Każdy wiedział, że nawet byle szmer czy głośny oddech (nawet jeśli nie jest głośny, to musi być głośny, skoro on tak twierdzi) potrafiły wywabić strażnika Teksasu, jakim był Wolfgang, z jego nory i zmusić do obicia komuś mordy.
Wpatrywał się przez chwilę nienawistnym wzrokiem w drzwi, aż dziwne, że lakier nie odpadł pod wpływem jego spojrzenia. Nagle zauważył rzecz z pozoru nieistotną - małą rysę na klamce.
Zamarł. Potem zerwał się i już był przy drzwiach, kopiąc zamaszyście w Bogu winną klamkę. Odskoczyła z hukiem w powietrze i z głośnym szczękiem wylądowała na ziemi. Wolfgang spojrzał z już mało skrywaną furią na te piekielne drzwi i znów wymierzył potężnego kopniaka. Wyskoczyły z zawiasów z głośnym jękiem i uderzyły o posadzkę na korytarzu. Huk był głośny tak bardzo, że oficerowie na drugim końcu korytarza pomyśleli, że wali się sufit.
- WYMIEŃCIE MI TE ZASRANE DRZWI!!! - wydarł się Wolfgang i ruszył przez korytarz. - JAK WRÓCĘ, CHCĘ WIDZIEĆ NOWIUSIEŃKĄ PARĘ!
Dysząc ciężko, zbiegł z rumorem po schodach gmachu i wypadł na ulicę.
Potrzebował ochłonąć.
Normalnie nie byłby zły, gdyby nie ucieczka prawie dziesięciu więźniów, powierzonych przez niego pewnemu sierżantowi sztabowemu. Owy hauptscharfuhrer jak widać nie wywiązał się ze swoich obowiązków, przez co Wolfgang został ośmieszony. A przynajmniej on tak się czuł, bo inni na pewno nie uznawali tego za jego winę. A co tam wina! Wolfgang był wściekły, bo myślał, że posądzą go o głupotę, skoro nie potrafił wybrać kompetentnego człowieka do jakiejś roboty. "Ważnej roboty" - pomyślał z rozdrażnieniem, przemierzając ulice Warszawy z głośnym stukotem swoich wysokich butów.
W pewnym momencie usłyszał jakieś hałasy w zaułku dwóch domów. Wyszedł z nich jakiś młody chłopak ze skrzypcami, bardzo zniszczonymi. Usiadł na schodach najbliższego domu i zaczął do nich wzdychać.
Wolfgang zaczął iść do niego powolnym krokiem, wsadzając ręce w kieszenie. Z każdym krokiem paskudny, naprawdę paskudny uśmieszek na jego twarzy się poszerzał.
- Widać sentymentalny z ciebie chłopak - powiedział powoli.
Przejechał pobieżnie, automatycznie i wyćwiczenie wzrokiem po całym chłopaku i stwierdził, że to na pewno polak, na kilkadziesiąt procent z jakiegoś getta. Dreszcz podekscytowania przeleciał po plecach Wolfganga. Może ten dzień nie będzie taki zepsuty?
- Mogę w czymś panu pomóc? - chłopak wstał, patrząc na niego ze strachem.
- Ah nie, nie, siedź sobie - powiedział przesłodzonym głosem - Powzdychaj sobie jeszcze... A ja na spokojnie wezwę kogoś, kto zabierze cię tam, skąd uciekłeś i załatwi ci karę...
Chłopak wzdrygnął się i rozszerzył bardziej oczy.
- Ah, nie, czekaj, czekaj... - Wolfgang udał, że coś sobie przypomniał, nadal mając ten swój uśmieszek - Przecież ja mogę to zrobić!
Uśmiechnął się obłąkańczo, klasnął w dłonie i pstryknął palcami*.
- J-ja... - zaczął chłopak, ale Wolfgang przerwał mu nagle oziębłym tonem:
- Morda.
Podszedł do niego i wyrwał skrzypce. Spojrzał wrednie i znacząco na niego, po czym rzucił instrumentem o ziemię. Ten roztrzaskał się w drobny mak pod wpływem energii kinetycznej równej sile Wolfganga, a był on przerażająco silny.
- To samo zrobię z tobą, jeśli będziesz miał pecha - wycedził.

<Adam?>

*Gest ten można zobaczyć w linku do głosu Wolfganga :> (Dane DeHaan rządzi)

2.07.2018

Od Adama do Wolfganga

W akcje desperacji pozostało mi już tylko jedno do wyboru. Po raz kolejny zdecydowałem się zaryzykować i wydostać się nocą z getta. Zajmowały się tym głównie dzieci, jednak ja jakoś nie widziałem w roli przemytnika mojego trzyletniego kuzyna. Na szczęście byłem drobnej budowy i kilka razy udało mi się już uciec, a nawet wrócić bez szwanku. Jaki idiota, skoro uciekł, to mógł już nie wracać-tak mogłoby pomyśleć wielu ludzi. Ja jednak wolałem nie ryzykować, bo gdybym został złapany poza gettem...tu przynajmniej mają jeden powód do zabicia mnie mniej, bo jestem tam, gdzie być powinienem. Wydostanie się na drugą stronę nie było łatwe, ale praktyka czyni mistrza. Nocą jednak zdobycie czegoś do jedzenia nie było łatwym zadaniem. Nie miałem przy sobie żadnych pieniędzy, a do tego sam czułem się, jakbym szedł na ostatnich siłach. Ostatni posiłek, który jadłem, miał miejsce dzień wcześniej i to rano, a była to niemal niezjadliwa bułka. Jedna. Nic więcej, choć i tak miałem wyrzuty sumienia, że ją zjadłem, zamiast oddać komuś bardziej potrzebującemu. Jak się spodziewałem, noc minęła mi właściwie na unikaniu niemieckich patroli. Kiedy rankiem zaczęto otwierać różne sklepy, a także rozstawiać stragany, nie miałem już nic do stracenia. Niestety ludzie nie są raczej zbyt chętni do zatrudniania kogoś tylko na jeden dzień, a zwłaszcza, kiedy tej osoby nie znają. Biłem się z myślami, aż w końcu zdecydowałem się na kolejny krok. Skoro już łamię "prawo" to co się będę przejmował czymś takim-pomyślałem, wchodząc do pierwszej lepszej kawiarni. Przez chwilę się po niej pokręciłem, udając, że szukam miejsca. W końcu usiadłem pod oknem, skąd miałem widok na ulicę, całe pomieszczenie, a do tego nie zwracałem już na siebie tak bardzo uwagi. Musiałem jednak zaplanować, co powinienem dalej zrobić. Uważnie obserwowałem otoczenie, wyszukując okazji. Po chwili jednak zamyśliłem się, planując, co zrobię, jeśli nie uda mi się tutaj tego zrobić. W pewnym momencie ujrzałem kierującą się w stronę toalety dziewczynę. Miała typowo aryjską urodę, do tego słyszałem, jak rozmawiała wcześniej z jakimś chłopakiem w niemieckim mundurze. Go już dawno nie było, ale ona została i siedziała niemal obok mnie. Oddzielała nas jedynie jakaś pokaźnych rozmiarów roślina. Odwróciłem się i wtedy dostrzegłem, że dziewczyna zostawiła na stoliku portfel. Przebiegłem szybko wzrokiem po sali, wstępnie oceniając, że nikt na mnie nie patrzy. Zaraz potem odchyliłem się lekko do tyłu, sięgając szybko portfel. Odetchnąłem z ulgą, gdyż nie zauważyłem, aby ktokolwiek zwrócił na mnie uwagę. Spanikowałem jednak na myśl, co by się mogło stać, gdyby kradzież wyszła jednak na jaw. Czym prędzej opuściłem więc lokal, bijąc się z myślami. Z jednej strony udało mi się zrobić to, co planowałem. Poza tym dziewczyna musiała być Niemką, a przynajmniej się z nimi zadawała, więc musiała być tak samo zła jak oni. W taki właśnie sposób próbowałem uciszyć swoje sumienie. Z drugiej jednak-myślałem dalej- ona tak bardzo przypomina Esterę. A nie mógłbym przecież okraść własnej siostry. Ale to nie jest moja siostra. Muszę pomóc rodzinie, a poza tym tej dziewczynie na pewno nie brakuję pieniędzy, tylko że...nie mogę być tego do końca pewnym-cały czas biłem się z myślami, ale postanowiłem schować portfel w kurtce, poszukać być może jeszcze czegoś do jedzenia i nocą ponownie wrócić do getta. Zdecydowałem się odwiedzić znacznie mniej uczęszczane, mocno podupadłe dzielnice Warszawy. Nie mając nic do stracenia, zacząłem grzebać w śmieciach, choć nie liczyłem na to, że cokolwiek tam znajdę. Nikt w tych czasach nie byłby na tyle głupi, żeby wyrzucać jakiekolwiek jedzenie. Chyba że Niemcy, ale oni nie zwykli mieszkać w takich miejscach. Długo przeszukiwałem poszczególne śmietniki, ale na nic więcej nie natrafiłem. Zdecydowałem się zaszyć w jakiejś dziurze i przeszukać portfel. Znalazłem tam trochę pieniędzy i oczywiście wszelkiego rodzaju papiery oraz dokumenty. Schowałem skradzioną rzecz, gdyż zdecydowałem, że potem przeszukam ją dokładniej. Wtedy też mój wzrok padł na oparty o ścianę jednego ze śmietników przedmiot. Były to nic innego jak stare, podniszczone skrzypce. Natychmiast wziąłem je do ręki, gdyż przywołały we mnie wspomnienia beztroskich chwil sprzed wojny. Może nie do końca beztroskich, bo i wtedy nie żyło się nam łatwo, ale na pewno szczęśliwych. Usiadłem na schodkach prowadzących do jednego z bloków, kładąc skrzypce na kolanach. Przejechałem dłonią po ich gryfie, a potem strunach. Dwie z nich były urwane, co bardzo mnie zasmuciło. Sam zawsze traktowałem swoje skrzypce jak największą świętość i właśnie dlatego zaryzykowałem nawet przemycenie ich do getta. Widocznie jednak nie każdy darzy ten cudowny instrument muzyczny równie wielką miłością-pomyślałem, powoli obracając skrzypce, aby lepiej się im przyjrzeć. Drewno wyglądało wręcz doskonale i gdyby nie brak strun oraz smyczka, nadawałyby się nadal do grania. Ponownie przejechałem po nich dłonią, przypominając sobie dzień, kiedy sam zagrałem po raz pierwszy na własnym instrumencie. Na pewno nie myślałem wtedy, że będę kiedyś musiał zmagać się z tyloma niebezpieczeństwami i żyć w ten sposób-pomyślałem, wzdychając.
-Widać sentymentalny z ciebie chłopak-odezwał się nagle jakiś głos. Podskoczyłem, gdyż zupełnie nie zauważyłem, że nie jestem już sam. Szybko podniosłem wzrok i pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to sadystyczny uśmiech na twarzy chłopaka, z którym miałem do czynienia. Przemknęło mi przez myśl, że tak właśnie musiał uśmiechać się sam szatan, kiedy trafił do niego pierwszy grzesznik. Ze strachu niemal od razu zacząłem się trząść.
-Mogę w czymś panu pomóc?-zapytałem, niepewnie wstając. Obie ręce zacisnąłem na skrzypcach, których w tamtej chwili za nic nie byłbym w stanie puścić.

<Wolfgang?>