- Chyba nie zostaje nam nic oprócz czekania… Ktoś w końcu się zjawi. Pierdolone wojsko…Polacy, to na pewno ich sprawka. - wywarczałem wściekły.
Na moje szczęście byłem w najlepszym stanie z całej naszej trójki. Byłem tylko nieco poobijany, poza tym bardzo możliwe że zrobiłem coś sobie w kolano bo mimo zastrzyku emocji czułem w tym miejscu ogromny ból, za to o tym że mam jakąś ranę na czole dowiedziałem się dopiero gdy kropla krwi spłynęła mi w okolice oczu.
Byłem gotowy wyczołgać się z tego jebanego pociągu, kulawy pobiec za tymi pierdolonymi polaczkami i biec dopóki nie zatłukę każdego z nich.
Jednak patrząc na stan mojej współtowarzyszki, która była uwięziona ze mną w wagonie, uznałem że mimo wszystko nie powinienem jej tu zostawiać.
Zacząłem myśleć o Ericu, zdążyłem zobaczyć tylko jak przy drugim uderzeniu leciał w stronę okna i wybił je głową wypadając gdzieś na pobocze. Szczerzę mówiąc martwiłem się o niego, co jeśli uciekające polaczki znajdą go wpół przytomnego w rowie i zabiją. Ta myśl nakłoniła mnie do działania, popatrzyłem na skrzypaczkę:
- Pani tu czeka na pomoc. - powiedziałem i potłuczony wstałem. Pociąg był wywrócony w ten sposób że stałem na ścianie.
- Co?! Gdzie pan idzie? - zapytała nagle widocznie zaniepokojona.
Wytarłem ręką czoło z którego spływały pojedyncze strużki krwi.
- Muszę się z tąd wydostać i zrobić co leży w moich obowiązkach. Niech pani tu czeka spokojnie. - powiedziałem patrząc w górę ponieważ tam aktualnie było jedyne wyjście.
Złapała mnie nagle za nogawkę abym zwrócił na nią uwagę.
- Niech pan tu zostanie, to głupie. - powiedziała najspokojniej jak mogła, jednak czułem że mimo wszystko po prostu nie chce zostać sama.
- Spokojnie, naturalnie wezwę też pomoc.
Nie odezwała się już. Puściła moją nogawkę i zrezygnowana oparła się z powrotem o sufit który w tym wypadku stał się ścianą.
Przetarłem ręce otrzepując je z pyłu. Aby się wydostać musiałem pokonać dwa porozwalane przedziały osobowe. Podskoczyłem i złapałem się drzwi, już prawie udało mi się podciągnąć kiedy usłyszałem skrzypienie , drzwi poleciały ze mną z powrotem na ziemię przygniatając mnie przy tym. Rzuciłem nimi wściekły na bok i z powrotem wstałem przeklinając pod nosem, jeszcze raz popatrzyłem w górę.
- Mówiłam. - powiedziała nagle.
Popatrzyłem na nią i zobaczyłem że coraz bardziej krwawi. Zrezygnowałem wtedy z kolejnej próby.
- Samo uciskanie dłonią nic nie da. Wręcz zaszkodzi. - powiedziałem patrząc na jej krwawiące podbrzusze. - Z tego co pamiętam ran w okolicach brzucha nie powinno się uciskać.
Ta zaskoczona jakby dopiero teraz sobie przypomniała co się dzieje popatrzyła na zakrwawioną dłoń.
Kucnąłem przy niej i ściągnąłem koszule zostając w podkoszulku. Przewiązałem nią delikatnie jej podbrzusze tak aby koszula za bardzo nie uciskała.
- Teraz powinna się pani położyć na plecach z podkurczonymi nogami.
Ona nie wiadomo czemu przez krótka chwilę się wahała, jednak w końcu się posłuchała.
Usiadłem niedaleko, dalej przeklinając coś pod nosem. Te pięć minut które spędziliśmy uwięzieni w wagonie bardzo mi się dłużyły. Ciągle bałem się o Erica, nie wiedziałem w jakim jest stanie.
Nagle przerwałem panującą ciszę:
- Widzi pani jak bardzo zwierzęce są polaczki? Widzi pani do czego doprowadzili ?
Jose westchnęła i najciszej jak mogła powiedziała:
- Z tego co mi wiadomo nie tylko oni robią takie rzeczy.
- Może i ma pani rację, jednak my Niemcy przynajmniej nie krzywdzimy swoich.
Popatrzyła na mnie nie rozumiejąc o czym mówię.
- W tym pociągu nie jechaliśmy tylko my. Była tu również spora część polskich obywateli. Ale zamachowców interesuje widocznie tylko to aby zginęło 5 niemieckich żołnierzy, co z tego że w tym wypadku ucierpiało pewnie razem z nami 30 cywilów.
Czekałem na jej reakcje, jednak ona nie odezwała się, patrzyła się teraz w określony punkt daleko ode mnie, nie umiałem wyczytać z jej wyrazu twarzy co myśli o tym co powiedziałem.
Josephine?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Achim&Josephine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Achim&Josephine. Pokaż wszystkie posty
1.09.2017
4.08.2017
Od Josephine C.D Achima
Delikatnie ułożyłam skrzypce na ich miejscu, w miękkim futerale. Po pytaniu, które padło z ust Niemca zawiesiłam się na moment, domykając szczelniej walizkę z instrumentem. Oczywiście że miałam doświadczenie z szeroką publicznością, przecież zdarzyło mi się zagrać parę koncertów, które zostały przyjęte przez ludność dość dobrze. Z każdym następnym występem ludzi przychodziło coraz więcej i więcej. Najwidoczniej Niemcy nie byli zainteresowani przedsięwzięciami organizowanymi przez kogoś nieznanego. Potrząsnęłam głową, jakby wyrwana z transu, kiedy poczułam na ramieniu dotyk obcej dłoni. Drgnęłam niespokojnie, a mój wzrok szybko wrócił do niebieskookiego, który wydawał się być zmieszany.
- Dobrze się Pani czuje? – spytał zabierając rękę i prostując plecy. Z jego twarzy zniknął grymas a zastąpiła go czysta obojętność.
- Tak, wszystko w porządku. – mruknęłam, odgarniając za ucho kosmyk włosów. – Przepraszam, zamyśliłam się na chwilę, wracając do Pańskiego poprzedniego pytania. Owszem, miałam okazję pokazać się przed publicznością naszego Teatru Narodowego w Warszawie. Były to skromne koncerty, jednak to również się liczy.
- Rozumiem, że występuje Pani jako skrzypaczka? – dociekał, coraz bardziej zainteresowany i „wciągnięty” w rozmowę.
- Nie Panie Bursche. Jestem pianistką, granie na instrumentach klawiszowych wychodzi mi o wiele lepiej niż skrzypce i smyczek. – przygarbiłam się, opierając o miękki plusz kanapy. Podróż powoli zaczynała mnie nużyć, przez co ciężko było mi przyjąć elegancką postawę, a co dopiero wytrwać w niej więcej niż pięć minut.
- Wszechstronna muzykantka, podoba mi się. – uniósł się dumnie, a jego kąciki ust nieco drgnęły. – Szkoda tylko, że do sławy wiedzie długa droga. Ale warto mieć marzenia, bynajmniej tak gadają. – dodał po chwili przymykając oczy.
- Rzekomo warto, ale wie Pan jak to mówią, nadzieja matką głupich. Staram się już tyle lat, a i tak n ie mogę dotrzeć do wybranego przez siebie celu. – zacięłam się i przewertowałam w głowie powiedziane przed chwilą słowa. Czy właśnie zaczęłam zwierzać się wyżej postawionemu aryjczykowi o perfekcyjnej aparycji? Głupia.
- Przepraszam, co to może w ogóle Pana obchodzić. Zgaduję, że ma Pan ważniejsze sprawy na głowie niż majaczenie byle… obcego Brytola. – Ostatnie słowa odpowiedziałam pewnie, odwracając wzrok w kierunku okna. Oglądałam mijające drzewa, oczekując kolejnego, zapewne nie sympatycznego odzewu ze strony Niemca. Gdy nabrał głośno powietrza do płuc, wiedziałam, że zacznie gadać. Tak się jednak nie stało. Zamiast tego, w jednej sekundzie wagon szarpnął mocno, przez co wylądowałam prosto na klatce piersiowej blondyna. Natychmiastowo wypuścił z płuc, przed chwilą nabrane powietrze.
- Dobrze się Pani czuje? – spytał zabierając rękę i prostując plecy. Z jego twarzy zniknął grymas a zastąpiła go czysta obojętność.
- Tak, wszystko w porządku. – mruknęłam, odgarniając za ucho kosmyk włosów. – Przepraszam, zamyśliłam się na chwilę, wracając do Pańskiego poprzedniego pytania. Owszem, miałam okazję pokazać się przed publicznością naszego Teatru Narodowego w Warszawie. Były to skromne koncerty, jednak to również się liczy.
- Rozumiem, że występuje Pani jako skrzypaczka? – dociekał, coraz bardziej zainteresowany i „wciągnięty” w rozmowę.
- Nie Panie Bursche. Jestem pianistką, granie na instrumentach klawiszowych wychodzi mi o wiele lepiej niż skrzypce i smyczek. – przygarbiłam się, opierając o miękki plusz kanapy. Podróż powoli zaczynała mnie nużyć, przez co ciężko było mi przyjąć elegancką postawę, a co dopiero wytrwać w niej więcej niż pięć minut.
- Wszechstronna muzykantka, podoba mi się. – uniósł się dumnie, a jego kąciki ust nieco drgnęły. – Szkoda tylko, że do sławy wiedzie długa droga. Ale warto mieć marzenia, bynajmniej tak gadają. – dodał po chwili przymykając oczy.
- Rzekomo warto, ale wie Pan jak to mówią, nadzieja matką głupich. Staram się już tyle lat, a i tak n ie mogę dotrzeć do wybranego przez siebie celu. – zacięłam się i przewertowałam w głowie powiedziane przed chwilą słowa. Czy właśnie zaczęłam zwierzać się wyżej postawionemu aryjczykowi o perfekcyjnej aparycji? Głupia.
- Przepraszam, co to może w ogóle Pana obchodzić. Zgaduję, że ma Pan ważniejsze sprawy na głowie niż majaczenie byle… obcego Brytola. – Ostatnie słowa odpowiedziałam pewnie, odwracając wzrok w kierunku okna. Oglądałam mijające drzewa, oczekując kolejnego, zapewne nie sympatycznego odzewu ze strony Niemca. Gdy nabrał głośno powietrza do płuc, wiedziałam, że zacznie gadać. Tak się jednak nie stało. Zamiast tego, w jednej sekundzie wagon szarpnął mocno, przez co wylądowałam prosto na klatce piersiowej blondyna. Natychmiastowo wypuścił z płuc, przed chwilą nabrane powietrze.
24.07.2017
od Achima c.d od Josephine
Każdy ma prawo się pomylić, mi oczywiście nie zdarza się to zbyt często. W tym wypadku mogłem jednak siedzieć cicho, nie znam się na tych wszystkich fachowych nazwach nutek. Po prostu nie jest mi to do niczego potrzebne. Nigdy nie rozumiałem jak niektórzy potrafią być, zakochani w każdym najcichszym dźwięku. Co prawda ja też dostrzegam w muzyce coś pięknego, jednak uważam że tworzenie jej powinno być zajęciem typowym dla kobiet. Dlatego też dzisiaj, Eric po raz kolejny zmarniał i zniewieściał w moich oczach, gdy zaczął się wymądrzać na ten temat. Nie wiem w sumie czemu darze go taką sympatią, nasze charaktery tak często się ścierają, bardzo często mamy całkowicie odmienne zdania a mimo to, jeszcze go nie pogoniłem. A zresztą, jeśli chce niech tam sobie gada o tych całych durach, ja w przeciwieństwie do niego mam o wiele ważniejsze sprawy na głowie. Takie na przykład jak dumne reprezentowanie III Rzeszy, czy dowodzenie i uczenie takich niedoświadczonych żołnierzy co on.
Po tych krótkich rozmyślaniach na temat tego, na czym prawdziwy mężczyzn powinien się znać a na czym nie, wróciłem do mojej gazety. Brytyjka dalej grała swoje de dury, a Eric niczym zawodowy meloman słuchał jej z zamkniętymi oczami, rozkoszując się dźwiękami jej skrzypiec i szukając kolejnych błędów które mógłby jej wypomnieć.
Po krótkim czasie, zajmowania się samym sobą, przeczytałem w gazecie zdanie które od razu dodało mi zastrzyku energii, tak dużego że zacząłem szarpać ramię Erica aby ten łaskawie zwrócił na mnie uwagę i wysłuchał co mam do powiedzenia.
- Co ty do cholery chcesz . - zapytał leniwie otwierając oczy.
- Niech pani na chwilę przestanie. - powiedziałem, ale mój ton raczej wskazywał na zdanie rozkazujące.
Brytyjka przestała patrząc na mnie z zapytaniem, co było na tyle ważne że musiałem przerwać jej w samym środku utworu.
Wskazałem palcem na wielkie drukowane zdanie w gazecie, które brzmiało ,, Marlene Dietrich już w ten piątek, wystąpi na scenie Opery Narodowej w Warszawie".
- No super. - odpowiedział mało zainteresowany . - A widziałeś już cenę tego występu? -wskazał na dopisek poniżej. Ja jednak dalej, nawet nie zerknąłem na liczbę pod spodem.
- Ty to jednak jesteś czystym przykładem głupoty. - powiedziałem zdenerwowany, składając gazetę. - Ty naprawdę myślisz o takich błahych szczegółach, kiedy masz okazje zobaczyć Marlene Dietrich?
- Ja nie mam na jej punkcie takiego świra jak ty. - powiedział nie patrząc już na mnie i dał znak Brytyjce aby wznowiła swój koncert, jednak ona nie zdążyła zagrać ani jednego dźwięku bo pokazałem jej ręką że jeszcze nie skończyłem .
- Pffff... Taki znawca muzyki a chce zmarnować taką okazję. - skomentowałem jego odpowiedź. Po czym zwróciłem się w stronę Brytyjki. - Pani na pewno docenia twórczość Marlene Dietrich, w końcu widać że zna się pani na rzeczy. - zależało mi żeby ktoś ,,znający się bardziej" ode mnie, przyznał mi racje.
Dziewczyna popatrzyła na mnie zdziwiona i krótko przemyślała swoją wypowiedź, po czym powiedziała:
- Oczywiście słyszałam parę jej utworów, i niewątpliwie uważam że posiada wielki talent.
Uśmiechnąłem się do dziewczyny po raz pierwszy całkowicie szczerze.
- Który kawałek spodobał się pani najbardziej ?
- Nie pamiętam całego tytułu. ,, Sag mir Wo Die....
- ,, .... Blumen Sind " ? - zapytałem.
- Tak mi się wydaje. - odpowiedziała nieśmiało.
- Ahhh .. ma pani rację ten utwór jest niesamowity. Ja jednak mimo wszystko wolę ,, Lili Marleen "
- No wszystko super ale mógłbyś pozwolić pani grać dalej? - przerwał nam Eric.
- To że nie umiesz się włączyć w rozmowę, nie znaczy że możesz ją tak bezczelnie przerywać. - zwróciłem się do niego.- Tak w ogóle nie wiem czy pamiętasz szeregowy, ale w towarzystwie miałeś się do mnie zwracać ,,poruczniku". Nie nadużywaj mojej uprzejmości.
Ten przekręcił oczami, i zamilkł. A ja wróciłem wzrokiem na Brytyjkę.
- Jest pani zamknięta tylko na temat muzyki, czy chodzi też pani może do teatru?
- Uwielbiam teatr. - powiedziała od razu z większym lecz nie przesadnym zapałem - Poza tym muzyka i tetr często się łączą. Osobno są piękne, ale dopiero razem potrafią stworzyć cos niesamowitego.
- Oczywiście że tak. Jestem ciekawy jakie gatunki pani ... ? - wymusiłem aby zdradziła mi swoje imię.
- Josephine. - odpowiedziała delikatnie uśmiechnięta. - Jeśli chodzi o gatunki nie mam ulubionego, niech pan mi nie każe wybierać bo po prostu nie potrafię. Żeby zagrać w jakiejkolwiek sztuce trzeba mieć naprawdę wielki talent.
- Może to panią zdziwi, ale miałem już okazję zabłyśnięcia jako aktor. - powiedziałem dumnie. - Co prawda nie w teatrze, a w filmie ,,Untermensch" .
Po usłyszeniu tytułu na ułamek sekundy z jej twarzy zniknął delikatny uśmiech, ale po chwili powrócił, tyle że był o wiele bardziej sztuczny. Nie miałem na celu ją zdenerwować wspominając o tym, po prostu nic nie ukrywałem. Zresztą co miałem ukrywać, byłem z tego dumny.
- Powiem nieskromnie że to naprawdę dobry film, był bardzo ciepło odebrany w Niemczech. Podobno nawet sam Hitler wyraził się o nim bardzo pozytywnie.
- Nie widziałam tego ,,dzieła" . -odpowiedziała.
Zapadła niezręczna cisza, którą mogłem przerwać po prostu nakazując jej dalej grać.Jednak uznałem że chętnie zamienię z nią jeszcze parę słów. Bo w sumie, gazetę już przeczytałem, Eric się ,,wyłączył" a słuchanie skrzypiec już najzwyczajniej w świecie mi zbrzydło.
Popatrzyłem na odstawione obok skrzypce dziewczyny i od razu do głowy nasunął mi się nowy temat.
- Występowała pani kiedyś przed szerszą publicznością ?
Josephine?
Po tych krótkich rozmyślaniach na temat tego, na czym prawdziwy mężczyzn powinien się znać a na czym nie, wróciłem do mojej gazety. Brytyjka dalej grała swoje de dury, a Eric niczym zawodowy meloman słuchał jej z zamkniętymi oczami, rozkoszując się dźwiękami jej skrzypiec i szukając kolejnych błędów które mógłby jej wypomnieć.
Po krótkim czasie, zajmowania się samym sobą, przeczytałem w gazecie zdanie które od razu dodało mi zastrzyku energii, tak dużego że zacząłem szarpać ramię Erica aby ten łaskawie zwrócił na mnie uwagę i wysłuchał co mam do powiedzenia.
- Co ty do cholery chcesz . - zapytał leniwie otwierając oczy.
- Niech pani na chwilę przestanie. - powiedziałem, ale mój ton raczej wskazywał na zdanie rozkazujące.
Brytyjka przestała patrząc na mnie z zapytaniem, co było na tyle ważne że musiałem przerwać jej w samym środku utworu.
Wskazałem palcem na wielkie drukowane zdanie w gazecie, które brzmiało ,, Marlene Dietrich już w ten piątek, wystąpi na scenie Opery Narodowej w Warszawie".
- No super. - odpowiedział mało zainteresowany . - A widziałeś już cenę tego występu? -wskazał na dopisek poniżej. Ja jednak dalej, nawet nie zerknąłem na liczbę pod spodem.
- Ty to jednak jesteś czystym przykładem głupoty. - powiedziałem zdenerwowany, składając gazetę. - Ty naprawdę myślisz o takich błahych szczegółach, kiedy masz okazje zobaczyć Marlene Dietrich?
- Ja nie mam na jej punkcie takiego świra jak ty. - powiedział nie patrząc już na mnie i dał znak Brytyjce aby wznowiła swój koncert, jednak ona nie zdążyła zagrać ani jednego dźwięku bo pokazałem jej ręką że jeszcze nie skończyłem .
- Pffff... Taki znawca muzyki a chce zmarnować taką okazję. - skomentowałem jego odpowiedź. Po czym zwróciłem się w stronę Brytyjki. - Pani na pewno docenia twórczość Marlene Dietrich, w końcu widać że zna się pani na rzeczy. - zależało mi żeby ktoś ,,znający się bardziej" ode mnie, przyznał mi racje.
Dziewczyna popatrzyła na mnie zdziwiona i krótko przemyślała swoją wypowiedź, po czym powiedziała:
- Oczywiście słyszałam parę jej utworów, i niewątpliwie uważam że posiada wielki talent.
Uśmiechnąłem się do dziewczyny po raz pierwszy całkowicie szczerze.
- Który kawałek spodobał się pani najbardziej ?
- Nie pamiętam całego tytułu. ,, Sag mir Wo Die....
- ,, .... Blumen Sind " ? - zapytałem.
- Tak mi się wydaje. - odpowiedziała nieśmiało.
- Ahhh .. ma pani rację ten utwór jest niesamowity. Ja jednak mimo wszystko wolę ,, Lili Marleen "
- No wszystko super ale mógłbyś pozwolić pani grać dalej? - przerwał nam Eric.
- To że nie umiesz się włączyć w rozmowę, nie znaczy że możesz ją tak bezczelnie przerywać. - zwróciłem się do niego.- Tak w ogóle nie wiem czy pamiętasz szeregowy, ale w towarzystwie miałeś się do mnie zwracać ,,poruczniku". Nie nadużywaj mojej uprzejmości.
Ten przekręcił oczami, i zamilkł. A ja wróciłem wzrokiem na Brytyjkę.
- Jest pani zamknięta tylko na temat muzyki, czy chodzi też pani może do teatru?
- Uwielbiam teatr. - powiedziała od razu z większym lecz nie przesadnym zapałem - Poza tym muzyka i tetr często się łączą. Osobno są piękne, ale dopiero razem potrafią stworzyć cos niesamowitego.
- Oczywiście że tak. Jestem ciekawy jakie gatunki pani ... ? - wymusiłem aby zdradziła mi swoje imię.
- Josephine. - odpowiedziała delikatnie uśmiechnięta. - Jeśli chodzi o gatunki nie mam ulubionego, niech pan mi nie każe wybierać bo po prostu nie potrafię. Żeby zagrać w jakiejkolwiek sztuce trzeba mieć naprawdę wielki talent.
- Może to panią zdziwi, ale miałem już okazję zabłyśnięcia jako aktor. - powiedziałem dumnie. - Co prawda nie w teatrze, a w filmie ,,Untermensch" .
Po usłyszeniu tytułu na ułamek sekundy z jej twarzy zniknął delikatny uśmiech, ale po chwili powrócił, tyle że był o wiele bardziej sztuczny. Nie miałem na celu ją zdenerwować wspominając o tym, po prostu nic nie ukrywałem. Zresztą co miałem ukrywać, byłem z tego dumny.
- Powiem nieskromnie że to naprawdę dobry film, był bardzo ciepło odebrany w Niemczech. Podobno nawet sam Hitler wyraził się o nim bardzo pozytywnie.
- Nie widziałam tego ,,dzieła" . -odpowiedziała.
Zapadła niezręczna cisza, którą mogłem przerwać po prostu nakazując jej dalej grać.Jednak uznałem że chętnie zamienię z nią jeszcze parę słów. Bo w sumie, gazetę już przeczytałem, Eric się ,,wyłączył" a słuchanie skrzypiec już najzwyczajniej w świecie mi zbrzydło.
Popatrzyłem na odstawione obok skrzypce dziewczyny i od razu do głowy nasunął mi się nowy temat.
- Występowała pani kiedyś przed szerszą publicznością ?
Josephine?
22.07.2017
Od Josephine Do Achima.
Niedziela, 20 lipca 1941 roku. Lublin.
Była godzina
czternasta, kiedy to Słońcu udało się nareszcie przebić przez grube warstwy chmur. Jego promienie rozlewały
się łagodnie, pożerając na swojej drodze każdy skrawek stworzonego przez obłoki
cienia. Wraz z jedną chwilą, cała szarość odeszła, a razem z nią mój obojętny
wyraz twarzy. Unosząc kąciki ust, zaczęłam uważnie przypatrywać się stacji
kolejowej. W jednej chwili nabrała tyle pięknych barw, wyglądała tak świeżo i
schludnie, jakby czas w ogóle nie dotknął jej swoją starczą, niszczycielską
dłonią. Stalowe ornamenty połyskiwały w świetle dziennym, wyglądając tym samym
jak błyszczące kamienie szlachetne. Pomimo tego, że były pokryte jedynie
sztucznym złotem, nadawały dworcowi czegoś specjalnego, czegoś co od razu podnosiło
mnie na duchu. Wojna nie dotknęła tego miejsca, aczkolwiek stanie się to
prędzej czy później, trzeba napawać się takimi dziełami sztuki, póki jeszcze
możemy. W jednej chwili budynek został przysłonięty sznurem metalowych wagonów,
powoli zwalniających, zatrzymujących się na te jedną krótką chwilę, aby
zaprosić w swe blaszane korytarze nowych pasażerów, lecz także wypuścić już
tych znużonych podróżą. Dzisiejszego dnia byłam tą wsiadającą. Ludzie wychodząc
z pociągu rzucali mi obojętne spojrzenia, mijali, zachowując zhardziały wyraz
twarzy. Do moich uszu dobiegł znajomy odgłos gwizdka. Pora wsiadać, pora wracać
do Warszawy. Zaciskając mocniej dłonie na rączce od futerału, przekroczyłam zasuwane
drzwi. Jedna z rąk powędrowała do kieszeni marynarki, instynktownie, po to by
upewnić się, że na pewno mam ze sobą dokumenty. Weszłam do wagonu drugiej klasy
i stanęłam nieco osłupiona. Ludzie w wagonie przepychali się między sobą,
próbując zająć miejsca siedzące. Wyglądali jak wygłodniałe zwierzęta, polujące
na wyczekiwaną przez tydzień zdobycz. Chyba nie obchodziły ich zbytnio numery
miejsc, przypisane na biletach. Wzdychając stanęłam w przedsionku, licząc po
cichu na to, że znajdzie się dla mnie jedno wolne miejsce siedzące. Czekały mnie
trzy i pół godziny jazdy, więc w głębi duszy liczyłam, że nie będę musiała
obciążać moich nóg przez tyle czasu. Lekkie szarpnięcie zmusiło mnie do oparcia
się o ścianę, po chwili pociąg zaczął powoli odjeżdżać w wyznaczonym kierunku.
Ponownie wychyliłam głowę zza ściany by upewnić się, że sytuacja się uspokoiła.
Niestety, co do tego mogłam mieć tylko nadzieję i dobre chęci, nic więcej.
Wzdychając naparłam ramieniem nieco bardziej na ścianę. Obserwowałam przez okno
uciekające przed moim wzrokiem budynki, później świerki, jodły i dęby. Coraz
dane mi było spoglądnąć na ogromne pole kukurydzy lub zwykła nad leśną łąkę. Ah
co bym dała za odetchnięcie świeżym leśnym powietrzem. Z zadumy wyrwało mnie
delikatne klepnięcie w ramię, a po chwili ozwał się gruby, aczkolwiek przyjemny
dla ucha głos.
Subskrybuj:
Posty (Atom)