Pierwszy raz od długiego czasu siedzenie w pracy nie sprawiało mi większego problemu. Parę osób nawet posyłało mi zaskoczone spojrzenia, kiedy tak po prostu siedziałem przeglądając jakieś papierki, ani trochę się nie wiercąc. Nawet nie huśtałem się na krześle, to było do mnie wręcz niepodobne, jednak miałem to usprawiedliwienie, którym było zaprzątanie moich myśli przez bardzo przyjemne tematy. Oczywiście, kiedy tylko ktoś mnie pytał o nagły brak energii, odpowiadałem krótką wymówką o stanie mojego zdrowia. Nawet, jeśli nie miałem problemu z wysiedzeniem do późnego popołudnia przy biurku, to z ulgą przyjąłem godzinę powrotu do domu. Przemierzałem ulicę niczym burza sypiąca cukierkami, a zwolniłem dopiero na klatce schodowej. Wszedłem do mieszkania nadal z uśmiechem na ustach.
- Hej - przywitał mnie od razu Sacha.
- Cześć - odparłem od razu odwieszając kurtkę.
Szybko podłapałem, że znowu siedzi wpatrując się w książkę, więc dosiadłem się do niego.
- Co czytasz? - musiałem zapytać, w końcu za cholerę nie rozumiałem nic, co było zapisane w języku francuskim.
- To co zwykle - brzmiała odpowiedź - Ciocia jeszcze nie przysłała mi nowych książek
Niewiele myśląc przysunąłem się leniwie niczym kot i spojrzałem mu w lekturę, a po chwili poczułem kilka dodatkowych kilogramów na ramieniu. Postanowiłem pozostawić to bez komentarza nadal tępo patrząc się w druk. Francuz na moim ramieniu tak bardzo mnie rozkojarzył, że dopiero po paru minutach uświadomiłem sobie jak głupie jest samo wpatrywanie się w słowa, których znaczenie jest mi całkowicie nieznane, a i literki są dla mnie dość obce. Rozbawiło mnie to i z trudem pohamowałem śmiech. Miałem zdecydowanie za dobry humor tego dnia, czułem, że coś jest nie tak, że prędzej czy później coś go zepsuje. Siedzieliśmy tak kilkanaście minut, aż w końcu skapitulowałem i wstałem przeciągając się. Nie było mi tak ani trochę wygodnie, ręka, którą się podparłem przy boku Sachy całkowicie mi zdrętwiała i musiałem ją nieco rozruszać.
- To co jemy? - zapytałem czując na sobie tęskne spojrzenie, którego właściciel zdecydowanie nie był zadowolony z mojej ucieczki - Jestem głodny jak wilk!
Szatyn pokręcił głową z rozbawieniem, ale nie zdążył mi odpowiedzieć, bo już byłem w kuchni i brałem się za przyrządzenie mięsa.
Obiad zniknął z talerzy tak samo szybko, jak się na nich pojawił, a po nim przyszła w końcu chwila relaksu, na którą tak długo czekałem. Wyniosłem naczynia do kuchni, zostawiłem je w zlewie i wróciłem do salonu. Nie byłem byt zadowolony z faktu, że Francuzik wrócił do książki, ponieważ sam musiałbym wybrać jakąś po niemiecku, a w tej chwili nie miałem w najmniejszym stopniu ochoty patrzeć na jakiekolwiek zdanie w tym języku. W głowie pojawił mi się dużo ciekawszy plan niż czytanie, a mianowicie mała drzemka. Usiadłem na kanapie przy szatynie i zanim zdążył jakkolwiek zareagować położyłem się użyczając sobie jego kolan jako poduszki. W końcu skoro już miał zamiar czytać jakieś nudne wypociny niech się na coś przyda, ot co.
Musiałem przyznać, że nie była to najwygodniejsza poduszka jaką posiadałem, jednak jedyna, która miała dodatkowo funkcję ogrzewania, dzięki temu dość szybko usnąłem. Pomógł temu też fakt, że byłem dość zmęczony. Naprawdę się nie spodziewałem, że po tym jak Sacha roztrzaskał moją ścianę izolującą mnie od otoczenia tak dużo wysiłku zabierze mi budowanie jej na nowo i to w tak krótkim czasie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sacha&Vlad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sacha&Vlad. Pokaż wszystkie posty
1.09.2017
Od Sachy c.d. Vlada
Dotyk Niemca był jedną z najmilszych rzeczy jakie ostatnio mnie spotkały. Otarłem się o jego rękę. Potrzebowałem kogoś bliskiego, jakiegoś miłego dotyku... Bastian nadawał się na to miejsce idealnie. Był jedyną osobą, na której mi teraz zależało. Zapomniałem całkowicie o wojnie, o jego pochodzeniu i o tym, że gdyby to nie był Bastian mógłbym leżeć martwy. Pierwszy pocałunek był krótki - trwał może nie więcej jak ułamek sekundy. Ten był długi. Nigdy nie całowałem kogoś w taki sposób. Chciałem by ta chwila trwała wiecznie. Nawet gdybym chciał się od niego oderwać nie dałbym rady. Bastian trzymał mnie mocno przy sobie za koszule. W pewnym momencie coś nie wyszło. Chciałem się do niego zbliżyć jednak straciłem równowagę. Wywróciłem Bastiana na ziemię. Upadając ugryzłem go w warge. Poczułem kilka kropelek krwi na języku. Oderwałem się od niego i przygwoździłem go do ziemi. Zebrałem kciukiem krew z dolnej wargi po czym zlizałem ją z palca. Spojrzałem w miodowe oczy Niemca. Ten jakby chciał odwrócić wzrok jednak coś mu najwyraźniej nie wyszło. Wstałem z ziemi i wyciągnąłem rękę do Bastiana. Posłałem mu lekki uśmiech. Ten złapał moją dłoń i wstał.
- Wszystko dobrze? - spytał Bastian lekko zakłopotany.
Kiwnąłem głową.Odwróciłem się w stronę Niemca. Nadal miał ranę na wardze. Wstałem z kanapy i podszedłem do szafki. Wyjąłem z niej świeże ubranie.
- Wychodzisz teraz? - spytałem.
- Za jakieś 10 minut - odparł Bastian.
Ruszyłem w stronę łazienki. Idąc brunet musnął palcami moją rękę. Zignorowałem to. Wszedłem do środka łazienki i zamknąłem zamek. Odkręciłem wodę w prysznicu. Zdjąłem bandaż. Rana wyglądała o wiele lepiej niż wcześniej. Przygotowałem nowy bandaż. Wszedłem pod prysznic i zacząłem się myć. Oczywiście ja, jak i wiele osób pod prysznicem zaczyna myśleć. Czy Bastian pamiętał to co się wczoraj działo? Dzisiaj zachowywał się dość normalnie jednak wczoraj... Wydawał się wprowadzony w zakłopotanie. Jaki jest na prawdę? Tamten, którego znam wie jak zachować się w każdej sytuacji. Tamten Bastian jest Niemcem innym niż jakikolwiek żołnierz jego pochodzenia. Tamten Bastian mnie okłamywał. Robił to bardzo dobrze, jednak ja to zacząłem zauważać. Kiedy? Wczoraj. Wczoraj gdy go pocałowałem był ze mną szczery. Czułem to. Chciałem by wczorajszy Bastian do mnie wrócił, potrzebowałem jego dotyku. Jego bliskość pozwalała mi zapomnieć o sytuacji z moimi kolegami sprzed lat. Umyłem jeszcze swoje włosy. Wyszedłem spod prysznica i zacząłem się wycierać. Nałożyłem nowy bandaż, a stary wylądował w koszu. Wyszedłem z łazienki. Wziąłem swoje okulary i książkę. Usiadłem na kanapie. Chciałem poczekać, aż moje włosy wyschną. Po około 15 minutach były już suche. Wziąłem kurtkę i wyszedłem z domu. Zamknąłem drzwi na zapasowy klucz, który dał mi Bastian. Ruszyłem w stronę domu Bartka. Na moje nieszczęście mieszkał on dość daleko. Chciałem mu wyjaśnić dlaczego nie było mnie przez tyle dni. Miałem nadzieję, że Konstancja mnie nie uprzedziła. Kiedy doszedłem do kamienicy wszedłem po schodach na drugie piętro i zapukałem w drzwi Bartka. Ten otworzył mi po chwili. Sądząc po jego minie spodziewał się kogoś innego.
- Sacha? Co ty tu jeszcze robisz? - zapytał oschle.
- Chciałem ci coś wytłumaczyć, ale nie tutaj. Chodźmy do środka.
Ten po chwili namysłu kiwnął głową. Ruszył do salonu w swoim mieszkaniu. Usiadłem na jednym z trzech foteli.
- Co chciałeś mi wytłumaczyć? Śmierć Rafała? Spoufalanie się z wrogiem?
- Czyli Konstancja już u ciebie była.
- Jasne, że była! Z przestrzeloną dłonią! - warknął.
Wywróciłem oczyma.
- Bastian ją postrzelił, ponieważ Konsta prawie mnie zabiła - powiedziałem ze stoickim spokojem.
Na tą wiadomość Bartek zamarł. Oho. Konstancja jak zwykle ucięła historie dla swojego dobra. Głupia, ruda suka. Uważała pewnie, że nie zdobędę się na przyjście do Bartka. Myliła się.
- Ona? Ciebie? - wykrztusił po chwili. - Przecież ona nie byłaby do tego zdolna.
Westchnąłem. Rozpiąłem dwa dolne guziki od koszuli i ją lekko podwinąłem ukazując bandaż.
- Dobra skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy to mogę już iść. Biorę wolne dopóki nie będę zdolny do pracy - powiedziałem zapinając koszule.
Bartek nic nie powiedział. Ruszyłem w stronę wyjścia.
- Pamiętaj. Bastian to mój przyjaciel i nie waż się go tknąć - rzuciłem na pożegnanie. Miałem na dzieje, że nie usłyszał mojego zawachania przy słowie "przyjaciel".
Wyszedłem z mieszkania Bartka i ruszyłem w stronę domu Bastiana. Poprawiłem przy okazji koszule. Po chwili byłem już na miejscu. Wszedłem do środka. Postanowiłem, że jest to dobra pora na zmywanie naczyń.
*
Zmyłem naczynia, częściowo sprzątnąłem w kuchni i ogarnąłem salon. Wziąłem do ręki książkę i okulary. Usiadłem na kanapie i spojrzałem na zegar. Bastian powinien niedługo wrócić. Nałożyłem na nos moje okrągłe okulary po czym zaczął czytać. Nie minął kwadrans kiedy usłyszałem otwieranie drzwi. Spojrzałem na wchodząc postać. Był to oczywiście Bastian.
- Hej - powiedziałem lekko się uśmiechając.
- Cześć - odparł zdejmując kurtkę.
Podszedł do mnie i usiadł obok.
- Co czytasz? - spytał.
- To co zwykle. Ciocia jeszcze nie przysłała mi nowych książek.
Bastian powoli się do mnie przysuwał. Położyłem głowę na jego ramieniu. Moje policzki przyodziały lekkie rumieńce. Uśmiechnąłem się lekko. Kochałem jego bliskość. Chciałem powtórzyć to co działo się wczoraj... Ale... Może nie teraz. Mimo iż pragnę tego.
<Vlad? *-*>
*
Znowu to przeżywałem. Znowu czułem ich dotyk na moim ciele pełnym siniaków. Spojrzałem na ich twarze. Conor, Philip, Flick i George. Rysy ich twarzy były tak bardzo wyraźne. Śmiali się. Conor podszedł do mnie, złapał mnie za podbródek. Przyjrzał mi się po czym bez słowa walnął mnie pięścią w twarz. Z nosa pociekła mi krew. Blondyn był najbardziej brutalny z całej czwórki. Najwięcej złego miałem do Philipa. Uważałem go za przyjaciela. Okazał się być jednak taki sam jak oni. Wtedy obudziłem się zdyszang i zalany zimnym potem. Po moim policzku spłynęła pojedyńcza łza. Szybko ją wytarłem. Bastian jeszcze powinien być w domu, a ja nie chciałem by widział jak płacze. Nie po tym co stało się wczoraj. Uspokoiłem się. Dopiero wtedy poczułem na sobie wzrok Niemca. - Wszystko dobrze? - spytał Bastian lekko zakłopotany.
Kiwnąłem głową.Odwróciłem się w stronę Niemca. Nadal miał ranę na wardze. Wstałem z kanapy i podszedłem do szafki. Wyjąłem z niej świeże ubranie.
- Wychodzisz teraz? - spytałem.
- Za jakieś 10 minut - odparł Bastian.
Ruszyłem w stronę łazienki. Idąc brunet musnął palcami moją rękę. Zignorowałem to. Wszedłem do środka łazienki i zamknąłem zamek. Odkręciłem wodę w prysznicu. Zdjąłem bandaż. Rana wyglądała o wiele lepiej niż wcześniej. Przygotowałem nowy bandaż. Wszedłem pod prysznic i zacząłem się myć. Oczywiście ja, jak i wiele osób pod prysznicem zaczyna myśleć. Czy Bastian pamiętał to co się wczoraj działo? Dzisiaj zachowywał się dość normalnie jednak wczoraj... Wydawał się wprowadzony w zakłopotanie. Jaki jest na prawdę? Tamten, którego znam wie jak zachować się w każdej sytuacji. Tamten Bastian jest Niemcem innym niż jakikolwiek żołnierz jego pochodzenia. Tamten Bastian mnie okłamywał. Robił to bardzo dobrze, jednak ja to zacząłem zauważać. Kiedy? Wczoraj. Wczoraj gdy go pocałowałem był ze mną szczery. Czułem to. Chciałem by wczorajszy Bastian do mnie wrócił, potrzebowałem jego dotyku. Jego bliskość pozwalała mi zapomnieć o sytuacji z moimi kolegami sprzed lat. Umyłem jeszcze swoje włosy. Wyszedłem spod prysznica i zacząłem się wycierać. Nałożyłem nowy bandaż, a stary wylądował w koszu. Wyszedłem z łazienki. Wziąłem swoje okulary i książkę. Usiadłem na kanapie. Chciałem poczekać, aż moje włosy wyschną. Po około 15 minutach były już suche. Wziąłem kurtkę i wyszedłem z domu. Zamknąłem drzwi na zapasowy klucz, który dał mi Bastian. Ruszyłem w stronę domu Bartka. Na moje nieszczęście mieszkał on dość daleko. Chciałem mu wyjaśnić dlaczego nie było mnie przez tyle dni. Miałem nadzieję, że Konstancja mnie nie uprzedziła. Kiedy doszedłem do kamienicy wszedłem po schodach na drugie piętro i zapukałem w drzwi Bartka. Ten otworzył mi po chwili. Sądząc po jego minie spodziewał się kogoś innego.
- Sacha? Co ty tu jeszcze robisz? - zapytał oschle.
- Chciałem ci coś wytłumaczyć, ale nie tutaj. Chodźmy do środka.
Ten po chwili namysłu kiwnął głową. Ruszył do salonu w swoim mieszkaniu. Usiadłem na jednym z trzech foteli.
- Co chciałeś mi wytłumaczyć? Śmierć Rafała? Spoufalanie się z wrogiem?
- Czyli Konstancja już u ciebie była.
- Jasne, że była! Z przestrzeloną dłonią! - warknął.
Wywróciłem oczyma.
- Bastian ją postrzelił, ponieważ Konsta prawie mnie zabiła - powiedziałem ze stoickim spokojem.
Na tą wiadomość Bartek zamarł. Oho. Konstancja jak zwykle ucięła historie dla swojego dobra. Głupia, ruda suka. Uważała pewnie, że nie zdobędę się na przyjście do Bartka. Myliła się.
- Ona? Ciebie? - wykrztusił po chwili. - Przecież ona nie byłaby do tego zdolna.
Westchnąłem. Rozpiąłem dwa dolne guziki od koszuli i ją lekko podwinąłem ukazując bandaż.
- Dobra skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy to mogę już iść. Biorę wolne dopóki nie będę zdolny do pracy - powiedziałem zapinając koszule.
Bartek nic nie powiedział. Ruszyłem w stronę wyjścia.
- Pamiętaj. Bastian to mój przyjaciel i nie waż się go tknąć - rzuciłem na pożegnanie. Miałem na dzieje, że nie usłyszał mojego zawachania przy słowie "przyjaciel".
Wyszedłem z mieszkania Bartka i ruszyłem w stronę domu Bastiana. Poprawiłem przy okazji koszule. Po chwili byłem już na miejscu. Wszedłem do środka. Postanowiłem, że jest to dobra pora na zmywanie naczyń.
*
Zmyłem naczynia, częściowo sprzątnąłem w kuchni i ogarnąłem salon. Wziąłem do ręki książkę i okulary. Usiadłem na kanapie i spojrzałem na zegar. Bastian powinien niedługo wrócić. Nałożyłem na nos moje okrągłe okulary po czym zaczął czytać. Nie minął kwadrans kiedy usłyszałem otwieranie drzwi. Spojrzałem na wchodząc postać. Był to oczywiście Bastian.
- Hej - powiedziałem lekko się uśmiechając.
- Cześć - odparł zdejmując kurtkę.
Podszedł do mnie i usiadł obok.
- Co czytasz? - spytał.
- To co zwykle. Ciocia jeszcze nie przysłała mi nowych książek.
Bastian powoli się do mnie przysuwał. Położyłem głowę na jego ramieniu. Moje policzki przyodziały lekkie rumieńce. Uśmiechnąłem się lekko. Kochałem jego bliskość. Chciałem powtórzyć to co działo się wczoraj... Ale... Może nie teraz. Mimo iż pragnę tego.
<Vlad? *-*>
31.08.2017
Od Vlada c.d. Sachy
Od dwóch dni dostawałem już na głowę od papierkowej roboty. Moje życie z pełnego pracy fizycznej stało się całkowicie biurowe. Pierwsze kilka były przyjemne, nie musiałem uważać aż tak na denerwującą mnie ranę, nie musiałem użerać się z moim oddziałem, ani ze sprawami poza nimi. Przez kilka dni mogłem się poczuć prawie jak normalny obywatel, jednak nigdy nie sądziłem, że aż tak mnie to rozstroi. Od pół roku byłem nastawiony na jeden pogram, który obejmował wiele wysiłku fizycznego, dużo gry aktorskiej i mało czasu na przemyślenia, jednak teraz się to zmieniło. Wcale mi się nie podobało jak bardzo tak mała zmiana w grafiku, tak bardzo mnie rozstroiła, jednak zamiast dolewać oliwy do ognia, martwiąc się tym, sięgnąłem po coś co niezawodnie potrafiło rozwiać moje rozmyślenia, czyli alkohol. Trunek ten miał na mnie bardzo wygodny wpływ. Większość ludzi po jego spożyciu staje się bardziej rozwiązła, inni stają się agresywni, a ja po prostu obojętnieje. To, co dzieje się wokół traktuję z rezerwą, dużo więcej myśląc, niż mówiąc, jednak myśląc o tym, co dzieje się w okół, nie o przeszłości czy ewentualnej przyszłości, czyli dwóch tematach, których nie lubiłem przywoływać. Cały dzień w pracy wierciłem się na krześle podenerwowany, na co jednak nikt nie zwracał uwagi. Może wszyscy byli pewni, że po prostu jestem jakiś nadpobudliwy i nie ma co na to reagować? Szczerze nie miałem pojęcia jak mam to odebrać. Nie tylko ja się tak zachowywałem? Już się przyzwyczaili do tego, że ja się tak zachowuje? Sami także chętnie by stąd wyszli? Wątpiłem by nie zwracali mi uwagi z samej grzeczności, coś się w tym musiało kryć.
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że już godzinę po wejściu do domu dorwałem się do barku, a i tak długo wytrzymałem. Nie chciałem być pijany przy kimś całkowicie trzeźwym i to nie zdeklarowanym abstynencie. Nic więc dziwnego, że mój Francuzik nie dostał większego wyboru. Biorąc go na słodkie oczy i tak wmusiłem w niego zasłużoną ilość alkoholu. Nie żebym miał zamiar go specjalnie nadmiernie rozpijać, ale wstawienie to w końcu nie to samo, nie?
Jak zwykle po zasłużonej ilości promili rozmawialiśmy o jakiś pierdołach bez ładu i składu, które szczerze mówiąc ani trochę mnie nie obchodziły. Wodziłem wzrokiem po pokoju planując termin generalnych porządków, zakodowałem sobie, że muszę wymienić żarówkę i podyktowałem sobie w głowie opis kilku konkretnych rzeczy, które wyglądały na zużyte. Szedłem słowo po słowie, zdanie po zdaniu, jakbym pisałem książkę, która miała zawierać tylko opis tego jednego pokoju. Zaczynając od rzeczy, które najbardziej wyróżniały się przez ich stan. Jak to jednak bywa w opisach takich jak ten, czyli takich, w których opisuje się wygląd pokoju, który zna się na pamięć w końcu brakło mi jako takich przedmiotów do nakreślenia, więc zatrzymałem wzrok na jedynym elemencie otaczającego mnie świata, którego jeszcze nie przeanalizowałem, to znaczy Szatyna siedzącego obok i opowiadającego jakąś historię w najlepsze. Taki układ odpowiadał mi całkowicie. Lubiłem słuchać jego historii, a do tego mogłem się ograniczyć do przytakiwania lub prostych pytań. Było w naszej relacji coś takiego, że bardzo nie lubiłem go okłamywać. Nie miałem pojęcia dlaczego, bo przecież okłamywałem tak wiele osób, które były dla mnie nie tylko ważne, ale i bliskie, a mimo to nie czułem się z tym źle. Tu było inaczej. Za każdym razem czułem jakby ktoś przekuwał mnie nożem. Ot co, jedno poetyckie nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a tutaj pasuje ono idealnie, oddaje w pełni moje odczucia.
Przemknąłem wzrokiem po jego miękkich, brązowych włosach, które teraz były w całkowitym nieładzie po tym, jak co chwilę przeczesywał je dłonią przy coraz to bardziej emocjonujących fragmentach historii. Potem w dół taksując uważnym wzrokiem rysy jego twarzy, którą zdobiły wypieki. Nadal uważałem, że wygląda w nich nader uroczo, nadawały jego wyglądowi mocnego kontrastu, z jednej strony był postawnym mężczyzną, o bardzo zadziornym wyrazie twarzy, z drugiej strony rumienił się jak mały szczyl. Usta miał zaczerwienione i nieco obszczypane od oblizywania ich językiem namoczonym w mocnym trunku. Poczułem jak na moje usta wkrada się mimowolnie uśmiech, który pewnie po alkoholu wyglądał nader melancholijnie. Przytaknąłem, kiedy mój Francuzik mnie o coś zapytał. Moment. Nazwałem go "moim"? Z jednej strony nie powinienem, a z drugiej tak cholernie mi się podobały te słowa. Mogłem je w głowie powtarzać w kółko i w kółko. Nie chciałem zatrzymywać się zbyt długo na jego ciemnych oczach, w których teraz tańczyły wesołe iskierki, bo najwidoczniej nie zwrócił uwagi na to jak uważnie taksuję go wzrokiem, chciałem by tak zostało, ale patrzenie mu w oczy na pewno zwróciłoby jego uwagę. Przejechałem wzrokiem po jego szczęce, na której gościł delikatny zarost, następnie szyi i w dół na nie najgorzej zbudowane ciało. Po zakończeniu układania sobie jego opisu w głowie rozejrzałem się za kolejną dawką alkoholu, która pozwoliłaby mi zająć się czymś innym, niż pisanie najnudniejszej książki na świecie, jedynie opis szatyna w całej opowieści dodałby nieco barw, by nie zasnąć po paru sekundach. Niestety, kiedy tylko złapałem za butelkę okazała się pusta. Dopiero wtedy zorientowałem się ile wypiłem, teraz jakieś trzy czwarte jej zawartości było teraz wewnątrz mnie. Pokręciłem jedynie głową niezadowolony, zabrałem całe szkło i wyniosłem do kuchni. Może i po alkoholu moja tolerancja na brud spadała, jednak moje lenistwo wzrastało dokładnie proporcjonalnie. Wszystko co miałem do zrobienia w domu zauważałem, jednak odkładałem na później. Czasem nawet mój nowy współlokator mnie w tym ubiegał.
Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że już godzinę po wejściu do domu dorwałem się do barku, a i tak długo wytrzymałem. Nie chciałem być pijany przy kimś całkowicie trzeźwym i to nie zdeklarowanym abstynencie. Nic więc dziwnego, że mój Francuzik nie dostał większego wyboru. Biorąc go na słodkie oczy i tak wmusiłem w niego zasłużoną ilość alkoholu. Nie żebym miał zamiar go specjalnie nadmiernie rozpijać, ale wstawienie to w końcu nie to samo, nie?
Jak zwykle po zasłużonej ilości promili rozmawialiśmy o jakiś pierdołach bez ładu i składu, które szczerze mówiąc ani trochę mnie nie obchodziły. Wodziłem wzrokiem po pokoju planując termin generalnych porządków, zakodowałem sobie, że muszę wymienić żarówkę i podyktowałem sobie w głowie opis kilku konkretnych rzeczy, które wyglądały na zużyte. Szedłem słowo po słowie, zdanie po zdaniu, jakbym pisałem książkę, która miała zawierać tylko opis tego jednego pokoju. Zaczynając od rzeczy, które najbardziej wyróżniały się przez ich stan. Jak to jednak bywa w opisach takich jak ten, czyli takich, w których opisuje się wygląd pokoju, który zna się na pamięć w końcu brakło mi jako takich przedmiotów do nakreślenia, więc zatrzymałem wzrok na jedynym elemencie otaczającego mnie świata, którego jeszcze nie przeanalizowałem, to znaczy Szatyna siedzącego obok i opowiadającego jakąś historię w najlepsze. Taki układ odpowiadał mi całkowicie. Lubiłem słuchać jego historii, a do tego mogłem się ograniczyć do przytakiwania lub prostych pytań. Było w naszej relacji coś takiego, że bardzo nie lubiłem go okłamywać. Nie miałem pojęcia dlaczego, bo przecież okłamywałem tak wiele osób, które były dla mnie nie tylko ważne, ale i bliskie, a mimo to nie czułem się z tym źle. Tu było inaczej. Za każdym razem czułem jakby ktoś przekuwał mnie nożem. Ot co, jedno poetyckie nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a tutaj pasuje ono idealnie, oddaje w pełni moje odczucia.
Przemknąłem wzrokiem po jego miękkich, brązowych włosach, które teraz były w całkowitym nieładzie po tym, jak co chwilę przeczesywał je dłonią przy coraz to bardziej emocjonujących fragmentach historii. Potem w dół taksując uważnym wzrokiem rysy jego twarzy, którą zdobiły wypieki. Nadal uważałem, że wygląda w nich nader uroczo, nadawały jego wyglądowi mocnego kontrastu, z jednej strony był postawnym mężczyzną, o bardzo zadziornym wyrazie twarzy, z drugiej strony rumienił się jak mały szczyl. Usta miał zaczerwienione i nieco obszczypane od oblizywania ich językiem namoczonym w mocnym trunku. Poczułem jak na moje usta wkrada się mimowolnie uśmiech, który pewnie po alkoholu wyglądał nader melancholijnie. Przytaknąłem, kiedy mój Francuzik mnie o coś zapytał. Moment. Nazwałem go "moim"? Z jednej strony nie powinienem, a z drugiej tak cholernie mi się podobały te słowa. Mogłem je w głowie powtarzać w kółko i w kółko. Nie chciałem zatrzymywać się zbyt długo na jego ciemnych oczach, w których teraz tańczyły wesołe iskierki, bo najwidoczniej nie zwrócił uwagi na to jak uważnie taksuję go wzrokiem, chciałem by tak zostało, ale patrzenie mu w oczy na pewno zwróciłoby jego uwagę. Przejechałem wzrokiem po jego szczęce, na której gościł delikatny zarost, następnie szyi i w dół na nie najgorzej zbudowane ciało. Po zakończeniu układania sobie jego opisu w głowie rozejrzałem się za kolejną dawką alkoholu, która pozwoliłaby mi zająć się czymś innym, niż pisanie najnudniejszej książki na świecie, jedynie opis szatyna w całej opowieści dodałby nieco barw, by nie zasnąć po paru sekundach. Niestety, kiedy tylko złapałem za butelkę okazała się pusta. Dopiero wtedy zorientowałem się ile wypiłem, teraz jakieś trzy czwarte jej zawartości było teraz wewnątrz mnie. Pokręciłem jedynie głową niezadowolony, zabrałem całe szkło i wyniosłem do kuchni. Może i po alkoholu moja tolerancja na brud spadała, jednak moje lenistwo wzrastało dokładnie proporcjonalnie. Wszystko co miałem do zrobienia w domu zauważałem, jednak odkładałem na później. Czasem nawet mój nowy współlokator mnie w tym ubiegał.
Od Sachy c.d. Vlada
Dobra tu mogę powiedzieć, że Niemiec mnie zaskoczył. Kiedy ostatnio jadłem gulasz z ozorków? To było przed śmiercią babci. Miałem wtedy może jakieś 7-9 lat. Coś koło tego. Przed oczami stanął mi obraz wakacji w nadmorskim domku dziadków. Pamiętam zapach morza, ryb, psa dziadków Grega. Zapach wolności. Malowniczy krajobraz był dla młodego mnie jak z bajki. Pamiętam bryzę morską. I słońce... U dziadków zawsze było tak słonecznie. Mimo to im starszy się stawałem coraz mnie to doceniałem. Śmierć dziadka była dla mnie wielkim ciosem. Koniec z wieczornymi opowieściami przy kominku i jego ciepłym głosem. Koniec z przejażdżkami konnymi. Babcia już także nie była ma siłach dlatego sprzedała sad, konie i owce. Grega oddała nam. Po tym zmarła. Malowniczy dom nad morzem sprzedaliśmy, a jego obraz coraz bardziej toną w niepamięci by tak nagle się zjawić w tym nieoczekiwanym momencie. Spojrzał na mnie.
- Um? Sacha? - spytał.
Otrząsnąłem się. Uśmiechnąłem się do niego lekko.
- To nic. Tylko... Wspomnienia - powiedziałem. - Désolé. Czasem tak mam.
Nie odpowiedziałem mu na wcześniejsze pytanie ten jednak nie wydawał się tym przejmować. Zacząłem się zastanawiać co się stało z Gregem po naszym wyjeździe. Zmarł? A może to się stało przed naszym wyjazdem? Wziąłem do ust kolejny kawałek mięsa. Czemu się w ogóle tym martwię? Nie wiem. Nie pamiętam dlaczego tak mało pamiętam z czasów gdy mieszkałem we Francji. Jedynie jakieś poszczególne momenty bądź sytuację. Zwykle były to jednak nic nie znaczące urywki wspomnień. Często chce je poskładać. Nic z tego nie wychodzi jedynie robi to większy bałagan w mojej głowie. Po chwili talerze zostały przez nas opróżnione. Nawet przeze mnie.
- Jeśli przez ciebie przytyję ja zacznę robić nam posiłki składające się jedynie z jednej bułki dziennie - powiedziałem lekko żartobliwie.
- Jeżeli przytyjesz to będzie świetna nowina.
Pokręciłem przecząco głową. Kiedy zacząłem ograniczać jedzenie często mdlałem, lub po prostu miałem zawroty głowy. 16:25
Teraz to już się nie zdarzało. Mój organizm przyzwyczaił się do małej ilości pokarmu. Jeśli dzisiaj jeszcze coś zjem jest duże ryzyko, że będzie ze mną gorzej. Ból brzucha, wymioty... Ta. Podziękuje. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak mało wiem o Bastianie. Ale... Teraz nie mam ochoty na zabawę w pytania. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów. Skinąłem na Bastiana z pytaniem "Chces?". Ten jednak tylko pokręcił głową. Zapaliłem papierosa.
Minęło kilka dni, a stan mojej rany się polepszył. Nie wiem jak z Bastianem. Za każdym razem gdy o to pytałem w jakiś sposób się od tego wykręcał. Nie chciałem na niego naciskać. Tego wieczoru Niemiec spytał się czy nie chce się z nim napić. Oczywiście moją odpowiedzią było proste "Nie" jednak Bastianowi udało się mnie przekonać. Znowu wyciągnął butelkę wódki i dwa kieliszki. Nalał nam do pełna.
- Dzisiaj pije mniej - powiedziałem całkowicie wierząc w to, że mi się uda.
- Ta. Na pewno - na twarzy Niemca zagościł uśmiech.
Wypiłem jeden kieliszek, a potem kolejny i kolejny. Nasze rozmowy stawały się coraz bardziej bezsensowne. Nawet nie zauważyłem kiedy butelka się opróżniła. Bastian wziął ją do ręki tak jak dwa kieliszki i zaniósł je do kuchni. Zostawił je w zlewie z myślą "później je umyje". To "później" oznaczało mnie. Nie mogłem patrzeć na stos brudnych naczyń dlatego często zmywałem. Kiedy Bastian przyszedł momentalnie wstałem. Czułem się lepiej niż ostatnio, bardziej nad sobą panowałem. Podszedłem do niego, a ten spojrzał na mnie nie rozumiejąc o co chodzi. To był tylko moment. Złączyłem nasze usta w szybkim pocałunku. Na mojej twarzy pojawiły się mocne rumieńce. Po chwili jednak zrozumiałem co zrobiłem. Odsunąłem się lekko od niego. Spuściłem głowę.
- Ja... Bastian... Ja na prawdę przepraszam - wyjąkałem.
<Vlad? ♡>
- Um? Sacha? - spytał.
Otrząsnąłem się. Uśmiechnąłem się do niego lekko.
- To nic. Tylko... Wspomnienia - powiedziałem. - Désolé. Czasem tak mam.
Nie odpowiedziałem mu na wcześniejsze pytanie ten jednak nie wydawał się tym przejmować. Zacząłem się zastanawiać co się stało z Gregem po naszym wyjeździe. Zmarł? A może to się stało przed naszym wyjazdem? Wziąłem do ust kolejny kawałek mięsa. Czemu się w ogóle tym martwię? Nie wiem. Nie pamiętam dlaczego tak mało pamiętam z czasów gdy mieszkałem we Francji. Jedynie jakieś poszczególne momenty bądź sytuację. Zwykle były to jednak nic nie znaczące urywki wspomnień. Często chce je poskładać. Nic z tego nie wychodzi jedynie robi to większy bałagan w mojej głowie. Po chwili talerze zostały przez nas opróżnione. Nawet przeze mnie.
- Jeśli przez ciebie przytyję ja zacznę robić nam posiłki składające się jedynie z jednej bułki dziennie - powiedziałem lekko żartobliwie.
- Jeżeli przytyjesz to będzie świetna nowina.
Pokręciłem przecząco głową. Kiedy zacząłem ograniczać jedzenie często mdlałem, lub po prostu miałem zawroty głowy. 16:25
Teraz to już się nie zdarzało. Mój organizm przyzwyczaił się do małej ilości pokarmu. Jeśli dzisiaj jeszcze coś zjem jest duże ryzyko, że będzie ze mną gorzej. Ból brzucha, wymioty... Ta. Podziękuje. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak mało wiem o Bastianie. Ale... Teraz nie mam ochoty na zabawę w pytania. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów. Skinąłem na Bastiana z pytaniem "Chces?". Ten jednak tylko pokręcił głową. Zapaliłem papierosa.
*
Minęło kilka dni, a stan mojej rany się polepszył. Nie wiem jak z Bastianem. Za każdym razem gdy o to pytałem w jakiś sposób się od tego wykręcał. Nie chciałem na niego naciskać. Tego wieczoru Niemiec spytał się czy nie chce się z nim napić. Oczywiście moją odpowiedzią było proste "Nie" jednak Bastianowi udało się mnie przekonać. Znowu wyciągnął butelkę wódki i dwa kieliszki. Nalał nam do pełna.
- Dzisiaj pije mniej - powiedziałem całkowicie wierząc w to, że mi się uda.
- Ta. Na pewno - na twarzy Niemca zagościł uśmiech.
Wypiłem jeden kieliszek, a potem kolejny i kolejny. Nasze rozmowy stawały się coraz bardziej bezsensowne. Nawet nie zauważyłem kiedy butelka się opróżniła. Bastian wziął ją do ręki tak jak dwa kieliszki i zaniósł je do kuchni. Zostawił je w zlewie z myślą "później je umyje". To "później" oznaczało mnie. Nie mogłem patrzeć na stos brudnych naczyń dlatego często zmywałem. Kiedy Bastian przyszedł momentalnie wstałem. Czułem się lepiej niż ostatnio, bardziej nad sobą panowałem. Podszedłem do niego, a ten spojrzał na mnie nie rozumiejąc o co chodzi. To był tylko moment. Złączyłem nasze usta w szybkim pocałunku. Na mojej twarzy pojawiły się mocne rumieńce. Po chwili jednak zrozumiałem co zrobiłem. Odsunąłem się lekko od niego. Spuściłem głowę.
- Ja... Bastian... Ja na prawdę przepraszam - wyjąkałem.
<Vlad? ♡>
1.08.2017
Od Vlada c.d. Sachy
Cały poranek zleciał mi na uganianiu się z sekretariatu do biura by napisać raport, czasem wstąpiłem też do dowódcy, a co. W końcu udało mi się zgarnąć urlop, jednak tym razem wcale nie przez to jaki byłem czarujący. Tym razem dni wolnego dostałem za to jak żałośnie się prezentowałem. Po kilku sekundach patrzenia na mnie dało się jasno zauważyć, że nie nadaję się do żadnej roboty, nawet papierkowej, bo nie sposób przewidzieć, kiedy rany znów zaczną krwawić. Nie chciałem iść do szpitala, tym bardziej, że spokojnie dałbym sobie radę sam. Wracając do domu wstąpiłem jeszcze po kilka medykamentów przydatnych przy leczeniu ran. Przy dwóch sierotach, które w każdej chwili mogą zacząć krwawić wolałem mieć tego zapas. Po dłuższym zastanowieniu poszedłem także do mięsnego, coś w końcu musieliśmy zjeść na obiad.
Wróciłem do domu koło godziny pierwszej, od razu zdjąłem buty i marynarkę munduru, bo tylko w nim wyszedłem. Nie miałem w końcu aż tak długiej drogi do przebycia, by ubierać się jak na Syberii. Zawsze źle kojarzyły mi się te rejony Rosji i wcale nie dlatego, że lubiłem upały.
- Jestem! - zawołałem ruszając w głąb mieszkania.
Odpowiedziała mi cisza aż nie wszedłem do salonu. Szatyn oderwał się od książki.
- Hej - powiedziałem uśmiechając się.
Chwilę na mnie popatrzył, coś w tym wzroku było dziwnego. Był zbyt mocno przeszywający, ale postanowiłem to olać. Każdy wie, że najlepiej grywać głupa.
- Hej - odparł, chociaż minimalnie poczerwieniał.
Nie miałem zamiaru zwracać mu na to uwagi. Postawiłem torbę w kuchni i zacząłem wyciągać kupione przede mnie rzeczy. Potem mogłem spokojnie rzucić torbę do sypialni. A tam. podniesie się ją później. Ułożyłem bandaże i gazę na blacie, żeby były lepiej dostępne niż w apteczce. Po czym wziąłem się za obiad. Sacha pojawił się w drzwiach dopiero, kiedy w domu rozniósł się zapach gulaszu, a ja siedziałem obierając ziemniaki. Nuciłem pod nosem jedną z piosenek, które znałem z domu. Pamiętałem jak śpiewaliśmy je na koszarach. Nie znałem wielu po niemiecku, więc musiałem zadowolić się tylko melodią.
- Mm.. Co robisz? - spytał Francuz rozejrzał się po kuchni, a jego wzrok w końcu spoczął na ganku z mięsem.
Skończyłem, więc umyłem kartofle, a następnie zalałem je wodą.
- Gulasz, nie widać? - odparłem także pytaniem stawiając drugie naczynie na kuchenkę.
Popatrzył na mnie wzrokiem, który jasno mówił, że to nie pachnie jak zwykły, słaby gulasz. Wzruszyłem ramionami.
- Z moim specjalnym składnikiem - wyjaśniłem.
Chwilę stał i patrzył na mnie i mięso, ale chyba nie wydało mu się specjalnie podejrzane. W końcu pokiwał głową i wyszedł z kuchni. Tym sposobem koło trzeciej mogłem już wszystko nałożyć, ale mimo to poczekałem do czwartej. Nie lubiłem jeść wcześnie, bo to burzyło mój rytm dobowy. Nawet gdy miałem wolne i mogłem coś zrobić wcześniej, jadłem o tej samej godzinie. Wiedziałem, że mała zmiana w grafiku potrafi mnie doszczętnie wykończyć. Czas wolny do obiadu spędziłem na sprzątaniu. Co jak co, byłem fleją, jednak nie miałem zamiaru kazać tak też mieszkać Saszy. Po obiedzie został mi jedynie salon, w którym siedział Sacha, wydał się wciągnięty w książkę, więc nie chciałem mu przeszkadzać.
- Nie za dużo? - zapytał, kiedy zobaczył ile mu nakładam.
Żeby nie było pragnę wspomnieć, że nie była to wcale jakaś olbrzymia porcja, co jak co, ale ja miałem w oczach wagę i wiedziałem ile ktoś zje.
- Z całym szacunkiem, ale wyglądasz jak szkielet, nie wiem czym się tam żywiłeś, ale u mnie się dobrze jada - zadeklarowałem.
Chwilę pokręcił nosem, ale kiedy nieco odjąłem z jego porcji, już zadowolony ruszył do salonu. Nie mogłem powstrzymać wywrócenia oczami. Ruszyłem za nim i także rozsiadłem się na kanapie.
- To jest zajebiste - stwierdził po kilku kęsach.
Nie chcąc się niepotrzebnie kłócić także spróbowałem. Wyszło znośnie, mimo że nie do końca o to mi chodziło. Znacznie lepiej smakowało to według mnie z sosem chrzanowym, ale wtedy trzeba jeść z kaszą, bo kartofle zdecydowanie nie pasują. Wzruszyłem ramionami jedząc swoją porcję. Z rozbawieniem obserwowałem, jak Francuz zjada całą porcję i zadowolony rozkłada się na kanapie.
- Mogę wiedzieć co jest tym specjalnym składnikiem? - zapytał z błogim uśmiechem na twarzy.
No to zróbmy młodemu test. Ciekawe czy zda. Mogę mu mówić co gotuję następnym razem, czy lepiej nakłamać?
- Mięso - odparłem spokojnie czekając na kolejne pytanie.
Byłem pewny, że zapyta, jakie to mięso i się nie myliłem. Każdy robił dokładnie to samo.
- Tak? To jakie to było? Wołowina? - zapytał, najwidoczniej już myśląc o kosmicznej cenie.
Zachichotałem i pokręciłem głową. Już chciał strzelać dalej, jednak mu na to nie pozwoliłem.
- To był gulasz z ozorków - powiedziałem jakby nigdy nic nabijając kawałek mięsa na widelec i wsuwając sobie do ust.
No byłem ciekawy, jak na to zareaguje. Zazwyczaj jest tak, że albo komuś wszystko jedno, jakie to ja podroby robię, a czasem ludziom od razu zbiera się na wymioty na samą myśl. Głównie dlatego zazwyczaj mówię im to po posiłkach, a nie przed.
<Sacha? A ty którym typem jesteś?>
Wróciłem do domu koło godziny pierwszej, od razu zdjąłem buty i marynarkę munduru, bo tylko w nim wyszedłem. Nie miałem w końcu aż tak długiej drogi do przebycia, by ubierać się jak na Syberii. Zawsze źle kojarzyły mi się te rejony Rosji i wcale nie dlatego, że lubiłem upały.
- Jestem! - zawołałem ruszając w głąb mieszkania.
Odpowiedziała mi cisza aż nie wszedłem do salonu. Szatyn oderwał się od książki.
- Hej - powiedziałem uśmiechając się.
Chwilę na mnie popatrzył, coś w tym wzroku było dziwnego. Był zbyt mocno przeszywający, ale postanowiłem to olać. Każdy wie, że najlepiej grywać głupa.
- Hej - odparł, chociaż minimalnie poczerwieniał.
Nie miałem zamiaru zwracać mu na to uwagi. Postawiłem torbę w kuchni i zacząłem wyciągać kupione przede mnie rzeczy. Potem mogłem spokojnie rzucić torbę do sypialni. A tam. podniesie się ją później. Ułożyłem bandaże i gazę na blacie, żeby były lepiej dostępne niż w apteczce. Po czym wziąłem się za obiad. Sacha pojawił się w drzwiach dopiero, kiedy w domu rozniósł się zapach gulaszu, a ja siedziałem obierając ziemniaki. Nuciłem pod nosem jedną z piosenek, które znałem z domu. Pamiętałem jak śpiewaliśmy je na koszarach. Nie znałem wielu po niemiecku, więc musiałem zadowolić się tylko melodią.
- Mm.. Co robisz? - spytał Francuz rozejrzał się po kuchni, a jego wzrok w końcu spoczął na ganku z mięsem.
Skończyłem, więc umyłem kartofle, a następnie zalałem je wodą.
- Gulasz, nie widać? - odparłem także pytaniem stawiając drugie naczynie na kuchenkę.
Popatrzył na mnie wzrokiem, który jasno mówił, że to nie pachnie jak zwykły, słaby gulasz. Wzruszyłem ramionami.
- Z moim specjalnym składnikiem - wyjaśniłem.
Chwilę stał i patrzył na mnie i mięso, ale chyba nie wydało mu się specjalnie podejrzane. W końcu pokiwał głową i wyszedł z kuchni. Tym sposobem koło trzeciej mogłem już wszystko nałożyć, ale mimo to poczekałem do czwartej. Nie lubiłem jeść wcześnie, bo to burzyło mój rytm dobowy. Nawet gdy miałem wolne i mogłem coś zrobić wcześniej, jadłem o tej samej godzinie. Wiedziałem, że mała zmiana w grafiku potrafi mnie doszczętnie wykończyć. Czas wolny do obiadu spędziłem na sprzątaniu. Co jak co, byłem fleją, jednak nie miałem zamiaru kazać tak też mieszkać Saszy. Po obiedzie został mi jedynie salon, w którym siedział Sacha, wydał się wciągnięty w książkę, więc nie chciałem mu przeszkadzać.
- Nie za dużo? - zapytał, kiedy zobaczył ile mu nakładam.
Żeby nie było pragnę wspomnieć, że nie była to wcale jakaś olbrzymia porcja, co jak co, ale ja miałem w oczach wagę i wiedziałem ile ktoś zje.
- Z całym szacunkiem, ale wyglądasz jak szkielet, nie wiem czym się tam żywiłeś, ale u mnie się dobrze jada - zadeklarowałem.
Chwilę pokręcił nosem, ale kiedy nieco odjąłem z jego porcji, już zadowolony ruszył do salonu. Nie mogłem powstrzymać wywrócenia oczami. Ruszyłem za nim i także rozsiadłem się na kanapie.
- To jest zajebiste - stwierdził po kilku kęsach.
Nie chcąc się niepotrzebnie kłócić także spróbowałem. Wyszło znośnie, mimo że nie do końca o to mi chodziło. Znacznie lepiej smakowało to według mnie z sosem chrzanowym, ale wtedy trzeba jeść z kaszą, bo kartofle zdecydowanie nie pasują. Wzruszyłem ramionami jedząc swoją porcję. Z rozbawieniem obserwowałem, jak Francuz zjada całą porcję i zadowolony rozkłada się na kanapie.
- Mogę wiedzieć co jest tym specjalnym składnikiem? - zapytał z błogim uśmiechem na twarzy.
No to zróbmy młodemu test. Ciekawe czy zda. Mogę mu mówić co gotuję następnym razem, czy lepiej nakłamać?
- Mięso - odparłem spokojnie czekając na kolejne pytanie.
Byłem pewny, że zapyta, jakie to mięso i się nie myliłem. Każdy robił dokładnie to samo.
- Tak? To jakie to było? Wołowina? - zapytał, najwidoczniej już myśląc o kosmicznej cenie.
Zachichotałem i pokręciłem głową. Już chciał strzelać dalej, jednak mu na to nie pozwoliłem.
- To był gulasz z ozorków - powiedziałem jakby nigdy nic nabijając kawałek mięsa na widelec i wsuwając sobie do ust.
No byłem ciekawy, jak na to zareaguje. Zazwyczaj jest tak, że albo komuś wszystko jedno, jakie to ja podroby robię, a czasem ludziom od razu zbiera się na wymioty na samą myśl. Głównie dlatego zazwyczaj mówię im to po posiłkach, a nie przed.
<Sacha? A ty którym typem jesteś?>
Od Sachy CD. Vlad
Przede mną stanął Bastian. W ręku trzymał pistolet. Za nim stał ktoś kto na pewno miał w wojsku stopień wyższy od niego. Położył mu dłoń na ramieniu. Patrzyłem na Bastiana oczami, w których było przerażenie jak i zrozumienie. Popełniłem błąd i musiałem za niego zapłacić. To nie jego wina, lecz moja. On po prostu musi mnie ukarać. Myślałem, że zrobię to bezkarnie. Nie. Myliłem się. Zabicie jednego z szeregowych z (jak się później okazało) oddziału Bastiana nie było dobrym pomysłem. Bardzo nie dobrym pomysłem. Osoba za Bastianem powiedziała do niego coś po niemiecku. Ten mu odpowiedział. Wtedy z mojego gardła wydobył się głos, który na pewno nie był mój. Nie kontrolowałem go.
- Bastian nie bój się... Zasłużyłem - coś zmusiło mnie do uśmiechu. - Strzelaj.
Niemiec pokręcił głową.
- Strzelaj - warknąłem.
Bastian naładował pistolet i wycelował we mnie. Odwrócił wzrok i strzelił. Wtedy poderwałem się z łóżka. Kolejny koszmar... Dopiero po chwili poczułem łupanie w głowie. Byłem cały obolały.
- Wiedziałem, żeby tyle nie pić... - jęknąłem.
Kac był mocniejszy też ten ostatni. Ten dział się pięć lat temu i był po trzech-czterech piwach. Nie pamiętam dlaczego rodzice mnie wtedy puścili z nimi do baru. Wpierw tak na prawdę to nie chciałem nic pić. Jednak jak wiadomo byłem wtedy młody i naiwny więc oni mnie przekonali. Pomasowałem się po skroniach. Próbowałem sobie przypomnieć co się wczoraj działo. Pamiętałem oczywiście to, że powiedziałem dla Bastiana ''Kocham cię'' po francusku i że mu powiedziałem o tym, że moi koledzy mnie zgwałcili. Po długim namyśle i próbowaniu skoncentrowania przypomniała mi się sytuacji, że kiedyś kochałem łowić ryby. Niektóre z tych szczupaków czy innych płotek potrafiłem łapać rękoma. Raz czy dwa mi się udało. Czekaj... Nie wiem co to ma do rzeczy. Wtedy zobaczyłem jedną sytuację, która musiała się dziać wczoraj. Leżałem bez koszulki, a Bastian zaczął ściągać mi spodnie. Zaczerwieniłem się na całej twarzy.
- Bastian coś ty wczoraj wyprawiał... - powiedziałem.
Cofam moje wczorajsze myśli o tym, że Bastian jest normalniejszy od nich. Ode mnie. Jest taki sam jak oni. Boląca głowa dokuczała mi bardziej niż kiedykolwiek. Dopiero po chwili poczułem głód. Wtedy przypomniałem sobie o tym co wczoraj mówił mi Bastian. Mówił, że śniadanie zostawi mi w kuchni. Wstałem i lekko się zachwiałem. Ruszyłem do kuchni i rozejrzałem się po niej. Panował tam niemały bałagan jednak ja nie jestem jakiś wielkim pedantem i dlatego dla mnie to nie przeszkadzało. Jeżeli mu to pasuje ja do tego nic nie mam. Po chwili zauważyłem na blacie talerz z jajecznicą. Dla mnie taka ilość jedzenia na dzień to za dużo. Bastian może też sądzi, że jestem za chudy. Nie wiem. Wziąłem do ręki talerz i widelec. Obok znalazłem też kilka kromek chleba. Wziąłem jedną z nich i ruszyłem do salonu. Usiadłem na kanapie i zacząłem jeść. Muszę przyznać, że Bastian dobrze gotuje. Nawet jeśli to zwykła jajecznica. Ja nigdy nie miałem talentu kucharskiego i niech ma Bóg w opiece każdego kto kiedyś będzie musiał jeść ''jedzenie'' przygotowane przeze mnie. Czekaj. Przecież Bóg ma nas w głębokim poważaniu. Gdyby tak nie było w Polsce nie toczyła się wojna, a moi rodzice najprawdopodobniej by jeszcze żyli. Kiedy już zjadłem odłożyłem talerz do zlewu w kuchni. Muszę poprosić Bastiana o robienie dla mnie mniejszych porcji - tą ledwo zjadłem, a nie była, aż taka wielka. Poczułem ból pod żebrami. Dotknąłem bandaża. Spojrzałem na swoją dłoń. Ujrzałem krew. Warknął coś pod nosem. Dlaczego nie zapytałem Bastiana gdzie ma apteczkę? Tą sytuację mogłem jednak przewidzieć. Kac nie dawał za wygraną i nie pozwalał mi się skupić. Z tego powodu rozwaliłem pół domu Bastiana póki nie ogarnąłem co wyprawiam. Wtedy zaszedłem do łazienki i pomyślałem, że zaraz chyba umrę i w zmartwychwstanę. Apteczka znajdowała się w oczywistym miejscu - w łazience. Zdjąłem bandaż i dopiero wtedy zobaczyłem jak poważnie to wygląda. Serce zaczęło bić mi szybciej. Dobra Lafy uspokój się... Odkaziłem ranę i założyłem nowy bandaż. Kiedyś gdy pomagałem Amelii w szpitalu widziałem jej się zmienia bandaż po ranie postrzałowej więc raczej zrobiłem to dobrze. Spakowałem apteczkę, a zużyte gaziki i bandaż wyrzuciłem do kosza. Gdy wyszedłem zrozumiałem, że panuje tu większy bałagan niż wcześniej dlatego zacząłem to sprzątać. Przy okazji postanowiłem włożyć moje ubrania do szafki, którą przygotował dla mnie Bastian. Włożyłem tam też szampon i mydło. Zamknąłem szafkę, a z plecaka wyjąłem dwie książki. Obie z nich były o rewolucji Amerykańskiej. Jedna jednak była o udziale Francji, a druga po prostu mówiła o niej. Ta pierwsza była po francusku, a druga po angielsku. Książki położyłem na stoliku obok kanapy. Zacząłem grzebać w plecaku. Proszę niech ktoś mi powie, że miałem tam spakowane okulary... Niech ktoś mi powie, że na razie nie muszę tam wracać. Po krótkim zawale znalazłem jednak moje okulary. Były one metalowe. Szkiełka były okrągłe. Zdaniem wielu nie pasowały do mnie jednak ja je polubiłem. Położyłem je na książkach po czym wróciłem do sprzątania. Po około kwadransie dom wrócił do poprzedniego stanu. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że nadal się nie ubrałem. Otworzyłem szafkę i wyjąłem z niej spodnie i bluzkę. Zacząłem się ubierać. Przed oczami stanął mi obraz Bastiana rozpinającego moje spodnie oblizującego przy tym wargi. Mimowolnie się zarumieniłem. Dokończyłem się ubierać. Po tym usiadłem na kanapie, założyłem okulary i zacząłem czytać. Po jakimś czasie usłyszałem otwieranie drzwi. Kiedy Bastian wszedł do domu odwróciłem wzrok od książki i spojrzałem na Niemca.
<Vlad? Sorry, że tak długo musiałaś czeka ;-;>
- Bastian nie bój się... Zasłużyłem - coś zmusiło mnie do uśmiechu. - Strzelaj.
Niemiec pokręcił głową.
- Strzelaj - warknąłem.
Bastian naładował pistolet i wycelował we mnie. Odwrócił wzrok i strzelił. Wtedy poderwałem się z łóżka. Kolejny koszmar... Dopiero po chwili poczułem łupanie w głowie. Byłem cały obolały.
- Wiedziałem, żeby tyle nie pić... - jęknąłem.
Kac był mocniejszy też ten ostatni. Ten dział się pięć lat temu i był po trzech-czterech piwach. Nie pamiętam dlaczego rodzice mnie wtedy puścili z nimi do baru. Wpierw tak na prawdę to nie chciałem nic pić. Jednak jak wiadomo byłem wtedy młody i naiwny więc oni mnie przekonali. Pomasowałem się po skroniach. Próbowałem sobie przypomnieć co się wczoraj działo. Pamiętałem oczywiście to, że powiedziałem dla Bastiana ''Kocham cię'' po francusku i że mu powiedziałem o tym, że moi koledzy mnie zgwałcili. Po długim namyśle i próbowaniu skoncentrowania przypomniała mi się sytuacji, że kiedyś kochałem łowić ryby. Niektóre z tych szczupaków czy innych płotek potrafiłem łapać rękoma. Raz czy dwa mi się udało. Czekaj... Nie wiem co to ma do rzeczy. Wtedy zobaczyłem jedną sytuację, która musiała się dziać wczoraj. Leżałem bez koszulki, a Bastian zaczął ściągać mi spodnie. Zaczerwieniłem się na całej twarzy.
- Bastian coś ty wczoraj wyprawiał... - powiedziałem.
Cofam moje wczorajsze myśli o tym, że Bastian jest normalniejszy od nich. Ode mnie. Jest taki sam jak oni. Boląca głowa dokuczała mi bardziej niż kiedykolwiek. Dopiero po chwili poczułem głód. Wtedy przypomniałem sobie o tym co wczoraj mówił mi Bastian. Mówił, że śniadanie zostawi mi w kuchni. Wstałem i lekko się zachwiałem. Ruszyłem do kuchni i rozejrzałem się po niej. Panował tam niemały bałagan jednak ja nie jestem jakiś wielkim pedantem i dlatego dla mnie to nie przeszkadzało. Jeżeli mu to pasuje ja do tego nic nie mam. Po chwili zauważyłem na blacie talerz z jajecznicą. Dla mnie taka ilość jedzenia na dzień to za dużo. Bastian może też sądzi, że jestem za chudy. Nie wiem. Wziąłem do ręki talerz i widelec. Obok znalazłem też kilka kromek chleba. Wziąłem jedną z nich i ruszyłem do salonu. Usiadłem na kanapie i zacząłem jeść. Muszę przyznać, że Bastian dobrze gotuje. Nawet jeśli to zwykła jajecznica. Ja nigdy nie miałem talentu kucharskiego i niech ma Bóg w opiece każdego kto kiedyś będzie musiał jeść ''jedzenie'' przygotowane przeze mnie. Czekaj. Przecież Bóg ma nas w głębokim poważaniu. Gdyby tak nie było w Polsce nie toczyła się wojna, a moi rodzice najprawdopodobniej by jeszcze żyli. Kiedy już zjadłem odłożyłem talerz do zlewu w kuchni. Muszę poprosić Bastiana o robienie dla mnie mniejszych porcji - tą ledwo zjadłem, a nie była, aż taka wielka. Poczułem ból pod żebrami. Dotknąłem bandaża. Spojrzałem na swoją dłoń. Ujrzałem krew. Warknął coś pod nosem. Dlaczego nie zapytałem Bastiana gdzie ma apteczkę? Tą sytuację mogłem jednak przewidzieć. Kac nie dawał za wygraną i nie pozwalał mi się skupić. Z tego powodu rozwaliłem pół domu Bastiana póki nie ogarnąłem co wyprawiam. Wtedy zaszedłem do łazienki i pomyślałem, że zaraz chyba umrę i w zmartwychwstanę. Apteczka znajdowała się w oczywistym miejscu - w łazience. Zdjąłem bandaż i dopiero wtedy zobaczyłem jak poważnie to wygląda. Serce zaczęło bić mi szybciej. Dobra Lafy uspokój się... Odkaziłem ranę i założyłem nowy bandaż. Kiedyś gdy pomagałem Amelii w szpitalu widziałem jej się zmienia bandaż po ranie postrzałowej więc raczej zrobiłem to dobrze. Spakowałem apteczkę, a zużyte gaziki i bandaż wyrzuciłem do kosza. Gdy wyszedłem zrozumiałem, że panuje tu większy bałagan niż wcześniej dlatego zacząłem to sprzątać. Przy okazji postanowiłem włożyć moje ubrania do szafki, którą przygotował dla mnie Bastian. Włożyłem tam też szampon i mydło. Zamknąłem szafkę, a z plecaka wyjąłem dwie książki. Obie z nich były o rewolucji Amerykańskiej. Jedna jednak była o udziale Francji, a druga po prostu mówiła o niej. Ta pierwsza była po francusku, a druga po angielsku. Książki położyłem na stoliku obok kanapy. Zacząłem grzebać w plecaku. Proszę niech ktoś mi powie, że miałem tam spakowane okulary... Niech ktoś mi powie, że na razie nie muszę tam wracać. Po krótkim zawale znalazłem jednak moje okulary. Były one metalowe. Szkiełka były okrągłe. Zdaniem wielu nie pasowały do mnie jednak ja je polubiłem. Położyłem je na książkach po czym wróciłem do sprzątania. Po około kwadransie dom wrócił do poprzedniego stanu. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że nadal się nie ubrałem. Otworzyłem szafkę i wyjąłem z niej spodnie i bluzkę. Zacząłem się ubierać. Przed oczami stanął mi obraz Bastiana rozpinającego moje spodnie oblizującego przy tym wargi. Mimowolnie się zarumieniłem. Dokończyłem się ubierać. Po tym usiadłem na kanapie, założyłem okulary i zacząłem czytać. Po jakimś czasie usłyszałem otwieranie drzwi. Kiedy Bastian wszedł do domu odwróciłem wzrok od książki i spojrzałem na Niemca.
<Vlad? Sorry, że tak długo musiałaś czeka ;-;>
30.07.2017
Od Vlada c.d. Sachy
Przez całe opróżnianie butelki bawiłem się przednio mogąc słuchać jakie głupoty zaczął pleść Francuz. Plątał mu się język i czasem źle wypowiadał nawet zdania po francusku, przez co miałem co jakiś czas problemy ze zrozumieniem go. Aż przypomniały mi się czasy, kiedy miałem szesnaście lat i dopiero zaczynałem przygodę z alkoholem. Tak czy inaczej poczułem, że trunek lekko zmącił mi w głowie, nie była to znaczna zmiana, a jednak wyczuwalna. Większość jego opowieści brałem za stek bzdur. Weźmy na to złapanie szczupaka rękami. Jasne, już go widziałem jak stoi w wodzie po kolana i poluje na tak wielką rybę. Nieco otrzeźwiła mnie dopiero jego historia o gwałcie. No cóż, tego akurat się nie spodziewałem. Patrzyłem na niego myśląc chwilę. Oczywiście pod wpływem alkoholu byłem nie tylko świetnym psychologiem, ale i specjalistą od wszystkiego, a jakże inaczej.
- Nie powinieneś raczej bać się dotyku, a nie rumienić jak dziewica? - zapytałem w końcu.
Pokręcił głową.
- To jedyny sposób by się go nie bać, nie chcę wyjść na tchórza, albo jakiegoś psychola - odparł łapiąc znów za butelkę, ale miał problem z trafieniem w kieliszek.
Westchnąłem cicho i mu ją zabrałem. Nie zostało tam wiele, więc po prostu wypiłem to z gwinta.
- Ej! - rzucił lekko urażony, jednak nie zamierzał mi jej wyrywać.
Najwidoczniej sam nie był do końca pewny czy chce pić dalej. Złapałem w drugą rękę kieliszki i poszedłem odnieść je do kuchni. Na szczęście podłoga jeszcze nie uciekała mi spod nóg. Odstawiłem wszystko w kuchni obiecując sobie, że sprzątnę to rano, po czym wróciłem do salonu. Sacha siedział z przymrużonymi oczami. Uśmiechnąłem się przebiegle, siadłem obok i poklepałem go po policzku.
- Wstawaj - rzuciłem, chciałem mu jeszcze powiedzieć o tym, że zostawię go jutro i pójdę załatwić sobie zwolnienie z pracy, jednak odpowiedział mi tylko pomruk niezadowolenia.
Potrząsnąłem nim więc dwoma rękami.
- Sacha wstawaj... tylko na chwilę - powiedziałem, na co on niezadowolony wolno uchylił oczy i spojrzał na mnie nieprzytomnie.
Znów poklepałem go po policzku na otrzeźwienie. Przestałem dopiero gdy złapał mnie za nadgarstek.
- Co chcesz? - zapytał nieprzytomnie.
Chciało mi się śmiać od jego nieprzytomnego wzroku. Zdecydowanie chciał już spać, ale ja jeszcze nie miałem zamiaru mu na to pozwolić.
- Idę o szóstej załatwić sobie zwolnienie z pracy, zostawię ci śniadanie w kuchni - powiedziałem.
Znów mruknął niezadowolony, że budziłem go dla takiej błahostki. Puścił mnie i zamknął oczy.
- Chyba nie zamierzasz spać w ubraniu? - znów go zagadałem.
Westchnął ciężko przez nos, widocznie coraz bardziej go irytowałem.
- Jak masz z tym jakiś problem to sam mnie rozbierz - odparł zły, najwidoczniej będąc pewnym, że tego nie zrobię, a po prostu zostawię go w spokoju.
No to jego niedoczekanie, bo ja właśnie podjąłem się jego wyzwania. Z niemałym trudem zsunąłem z niego koszulkę, na co on jedynie otworzył oczy i zaczął mnie obserwować wodząc wzrokiem za moimi dłońmi. Zaraz później wstałem, lekko się zatoczyłem, ale szybko złapałem równowagę. Pchnąłem go na łóżko i rozpiąłem mu spodnie, na to już zareagował ostrym rumieńcem. Mimowolnie oblizałem usta, a później je z niego zsunąłem. Zastygł w bezruchu, jakby czekając na więcej, ale ja jedynie przykryłem go kocem i dałem mu pod głowę poduszkę.
- Dobranoc - powiedziałem z uśmiechem.
Przymknął oczy, chcąc spać, ale chciałem jeszcze raz zobaczyć te słodkie rumieńce, więc pocałowałem go w czoło. Na szczęście rumieniec był jedyną reakcją, bo szatyn był już blisko snu. Pokręciłem głową rozbawiony i ruszyłem do sypialni. Tak, zdecydowanie będzie ciekawym współlokatorem.
<Sacha?>
Od Sachy CD. Vlad
Wpierw chciałem powiedzieć "Nie". To byłoby najlogiczniejsze wyjście odnośnie tego co się kiedyś stało z moimi kolegami. Nie chce tego przeżywać jeszcze raz. Jednak wtedy pomyślałem, że przecież Bastian jest normalniejszy od nich. Normalniejszy ode mnie.
- Jasne - powiedziałem z lekkim uśmiechem na twarzy.
Niemiec skierował się w stronę kuchni dlatego zszedłem mu z drogi. Uważnie przyglądałem się jego ruchom. To mieszkanie było większe niż moje dwa poprzednie. Tego we Francji niestety nie pamiętam jednak z opowieści rodziców był on piękną posiadłością z wielkim ogrodem. Bastian otworzył jedną z górnych szafek i wyjął dwa kieliszki do shotów. Ruszyliśmy w stronę salonu. Mam słabą głowę do alkoholu więc nie chciałem pić go za dużo. Bałem się, że jeśli nie on coś odwali to ja. Powiem coś głupiego i go zranię. W sumie to szybciej ja. Bastian nie wygląda jak człowiek, który ma słabą głowę do alkoholu. Po krótkim przemyśleniu uznałem jednak, że nie uda mi się tego wieczoru utrzymać trzeźwości umysłowej. Usiedliśmy na kanapie, a Niemiec postawił na stoliku przed nami kieliszki. Nalał do obu wódki. Bastian wziął do ręki jeden z kieliszków i uniósł go do góry. Zrobiłem to samo.
- Jasne - powiedziałem z lekkim uśmiechem na twarzy.
Niemiec skierował się w stronę kuchni dlatego zszedłem mu z drogi. Uważnie przyglądałem się jego ruchom. To mieszkanie było większe niż moje dwa poprzednie. Tego we Francji niestety nie pamiętam jednak z opowieści rodziców był on piękną posiadłością z wielkim ogrodem. Bastian otworzył jedną z górnych szafek i wyjął dwa kieliszki do shotów. Ruszyliśmy w stronę salonu. Mam słabą głowę do alkoholu więc nie chciałem pić go za dużo. Bałem się, że jeśli nie on coś odwali to ja. Powiem coś głupiego i go zranię. W sumie to szybciej ja. Bastian nie wygląda jak człowiek, który ma słabą głowę do alkoholu. Po krótkim przemyśleniu uznałem jednak, że nie uda mi się tego wieczoru utrzymać trzeźwości umysłowej. Usiedliśmy na kanapie, a Niemiec postawił na stoliku przed nami kieliszki. Nalał do obu wódki. Bastian wziął do ręki jeden z kieliszków i uniósł go do góry. Zrobiłem to samo.
- Za nasze zdrowie - powiedział z uśmiechem.
- Nasze zdrowie.
Wznieśliśmy toast po czym wypiliśmy wódkę jednym łykiem. Powstrzymałem się by nie zacząć kaszleć. Uczucie drapania w gardle było okropne. Nigdy w życiu nie piłem czystej wódki. Zawsze było to jakieś piwo. Spojrzałem na Bastiana. Ten wydawał się być niewzruszony. Przez głowę znów przeleciała mi myśl. Tym razem trochę inna. ''Bastian musi pochodzić z Rosji. Mówi przez sen po rosyjsku, ma mocną głowę...'' Nie. Na pewno nie. Po prostu ma mocną głowę jeśli chodzi o alkohol. Znam kilka takich osób. On by mnie nie okłamał... Chyba. Alkohol najwyraźniej już mi działa na głowę. Może i go uratowałem, może i on uratował mnie, ale ma prawo kłamać. Na serio alkohol mi się udziela. Nie myślę trzeźwo, a to dopiero pierwszy kieliszek. To szaleństwo. Wiem jak to się skończy, ale i tak się na to zgodziłem. Teraz jednak nie mogę się wycofać. To byłoby tchórzostwo.
- Postrzelili cię kiedyś? - spytał Bastian.
Pokręciłem głową. Świat mi się lekko rozmazał jednak po chwili znów widziałem normalnie. Tracę ostrość obrazu to źle znaczy.
- Nigdy. To uczucie jest... Przerażające. Myślałem, że umieram - wyznałem.
- Zawsze za pierwszym razem tak jest.
Uniosłem jedną z brwi.
- A z resztą? - spytałem.
Bastian postanowił to przemilczeć. Nie naciskałem. W jakiś sposób jeszcze częściowo myślałem trzeźwo jednak i już teraz powstrzymywałem się przed powiedzeniem czegoś niestosownego. Potem był kolejny kieliszek i kolejny. Rozmowa powoli schodziła na dość... Dziwne tematy. Próbowałem ich unikać, jakoś zmieniać bieg zdań jednak mój umysł był zbyt mocno zamroczony alkoholem. Nie pamiętam o czym wtedy rozmawialiśmy. Pamiętam jedynie głos Bastiana, mocno zniekształcony. Pamiętam jednak jeden z fragmentów tej ''przyjemnej'' rozmowy. Oparłem głowę o moją rękę. Spojrzałem w te piękne oczy Bastiana.
- Je t'aime... - powiedziałem z zawadiackim uśmiechem na twarzy.
Niemiec się uśmiechnął. Dopiero teraz rozumiem dlaczego to było głupie. Jeśli mnie zrozumiał jestem martwy w jego oczach. On, niemiecki żołnierz, nazista, tępiący osoby, które są homo i bi... Jestem martwy. Wtedy do głowy wpadł mi ''genialny'' pomysł.
- Ejjjjj.~ Wiesz dlaczego się tak rumienie gdy mnie dotykasz? - spytałem z tym głupim uśmiechem. - No więc. Gdy miałem około 16 lat z kolegami poszedłem do baru... No i jakoś tak wyszło, że mnie zgwałcili.
Bastian popatrzył na mnie. Nie wiem jaki to był wzrok. Nie mogłem wtedy tego rozpoznać...
<Vlad? Czekam na jego reakcję XD>
29.07.2017
Od Vlada c.d. Sachy
Patrzyłem chwilę na Francuza nieco nieprzytomnym wzrokiem, ale ostatecznie skinąłem głową i wstałem. Zanim zdążył nałożyć plecak na plecy sam go zgarnąłem i zarzuciłem na ramię, po czym ruszyłem w kierunku wyjścia z sali z głupim uśmiechem.
- Ej! - zawołał za mną.
Zerknąłem krótko na niego przez ramię, ale nic sobie nie zrobiłem z jego protestu. Czekałem na niego na korytarzu, aż w końcu do mnie dołączył. Kiedy już prawie wychodziliśmy ze szpitala podeszła do nas Amelia.
- Dowiem się w końcu co się stało? - zapytała patrząc na Sachę.
Nie zamierzałem czekać aż Sacha przypomni sobie wydarzenia
- Ta ruda wariata, która wczoraj przyszła z przestrzeloną dłonią chciała go zabić - odparłem zanim on w ogóle zdążył zebrać myśli.
Podniosła na mnie wzrok, potem na Francuza i pokręciła głową, jakby z niedowierzaniem.
- To chyba jakiś twój ochroniarz czy inny anioł stróż - powiedziała wracając do pracy.
Mimowolnie moje usta rozciągnęły się w uśmiechu. Wyszedłem ze szpitala nie oglądają się na szatyna, który wolno podążał za mną. Szliśmy w komfortowej ciszy, przynajmniej dla mnie taka była. Dwadzieścia minut później byliśmy już w moim mieszkaniu. Od razu zdjąłem buty układając je koło drzwi. Sacha zrobił to samo. Odwiesiłem jego kurtkę na wieszak, uprzednio sprawdziwszy czy nie jest przypadkiem poplamiona krwią. Wszedłem do kuchni od razu przeszukując czy coś jeszcze tam jest. Nie było tam niestety nic szczególnego, były jajka, było trochę wędliny na kanapkę. Dało się przeżyć. Nie musiałem iść do sklepu. Zadowolony poszedłem po papier i pineskę. Przypiąłem nią do szafki kawałek papieru.
- Jakby trzeba było coś kupić twoim zdaniem to wal śmiało. Napisz mi, skoczę do sklepu z listą - powiedziałem wskazując na papier.
Szatyn pokiwał głową. Cały czas śledził moje kroki nadal nie czując się w mieszkaniu zbyt swobodnie. Wszedłem do salonu, otworzyłem jedną z szafek, wyciągnąłem z niej zapasową pościel, które odłożyłem na kanapę. Następnie otworzyłem szafkę, która była dla mnie zdecydowanie za wysoko. Westchnąłem niezadowolony.
- Ściągnij mi to - powiedziałem wskazując na szafkę, nie chciało mi się iść po żaden stołek, kiedy on mógł to zrobić.
Sacha podszedł do mnie, popatrzył chwilę na pudełko, które miał zdjąć. Po chwili ściągnął je i podał je mnie. Odstawiłem je na kanapkę, ściągnąłem plecak i wcisnąłem mu w ręce.
- Jeśli będziesz potrzebował więcej miejsca to wal śmiało. Przeniosę alkohol pod łóżko - powiedziałem zabierając pudło i niosąc je do sypialni.
Wstawiłem je do swojej szafy. Nie miałem, jak typowy człowiek każdej szafki pełniej od rzeczy, ale nie lubiłem zostawiać pustego miejsca. Zamknąłem szafę i pudło w niej. Już miałem wracać do salonu, gdzie zostawiłem Francuzika, jednak kiedy się odwróciłem zobaczyłem, że i tak stoi w drzwiach.
- Coś się stało? - zapytałem lekko.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że jeszcze się nie odezwał. Widocznie chodził dość zamyślony, jednak nie zamierzałem o to pytać.
- Wiesz, że mówiłeś przez sen po rosyjsku? - zapytał przeszywając mnie wzrokiem.
Uśmiechnąłem się do niego szeroko. Kłam, Vlad, kłam. Nie możesz pozwolić na to, żeby młody się czegokolwiek dowiedział, bo będzie miał tak samo przerąbane jak ty.
- Musiało mi się śnić, że rozmawiałem z jakimś Rosjaninem, nie pamiętam już - powiedziałem spokojnie.
Nie wyglądał na przekonanego, nadal się we mnie wpatrywał.
- Brzmiało to raczej jak piosenka niż groźby, a przecież Rosjanie są przeciwko, nie? - zapytał.
Wzruszyłem ramionami. Dzieciaku, przestań zadawać tyle niewygodnych pytań. Im mniej wiesz tym lepiej spisz. Nie możesz się o niczym dowiedzieć. Ani ty, ani nikt inny, bo jesteśmy skończeni. Daj już spokój.
- Najwidoczniej śniły mi się dwie prześliczne Rosjanki - odparłem żartobliwie.
Kiwał wolno głową. Przez chwilę wydawało mi się, jakby był nieco zawiedziony, ale zapewne mi się zdawało. Zacząłem myśleć, jak rozluźnić nieco sytuację i od razu zapaliła mi się żaróweczka, miałem na to ochotę od dłuższego czasu. Minąłem go w drzwiach energicznie wchodząc do salonu i wyciągnąłem butelkę wódki z szafki. Było tam ich jeszcze parę, tak samo jak wina, kilka nalewek, jakiś droższy alkohol pewnie też by się znalazł. Jednak ja miałem ochotę przyjąć więcej procentów.
- Napijesz się ze mną? - zapytałem odwracając się do niego z butelką w dłoniach
<Sacha?>
- Ej! - zawołał za mną.
Zerknąłem krótko na niego przez ramię, ale nic sobie nie zrobiłem z jego protestu. Czekałem na niego na korytarzu, aż w końcu do mnie dołączył. Kiedy już prawie wychodziliśmy ze szpitala podeszła do nas Amelia.
- Dowiem się w końcu co się stało? - zapytała patrząc na Sachę.
Nie zamierzałem czekać aż Sacha przypomni sobie wydarzenia
- Ta ruda wariata, która wczoraj przyszła z przestrzeloną dłonią chciała go zabić - odparłem zanim on w ogóle zdążył zebrać myśli.
Podniosła na mnie wzrok, potem na Francuza i pokręciła głową, jakby z niedowierzaniem.
- To chyba jakiś twój ochroniarz czy inny anioł stróż - powiedziała wracając do pracy.
Mimowolnie moje usta rozciągnęły się w uśmiechu. Wyszedłem ze szpitala nie oglądają się na szatyna, który wolno podążał za mną. Szliśmy w komfortowej ciszy, przynajmniej dla mnie taka była. Dwadzieścia minut później byliśmy już w moim mieszkaniu. Od razu zdjąłem buty układając je koło drzwi. Sacha zrobił to samo. Odwiesiłem jego kurtkę na wieszak, uprzednio sprawdziwszy czy nie jest przypadkiem poplamiona krwią. Wszedłem do kuchni od razu przeszukując czy coś jeszcze tam jest. Nie było tam niestety nic szczególnego, były jajka, było trochę wędliny na kanapkę. Dało się przeżyć. Nie musiałem iść do sklepu. Zadowolony poszedłem po papier i pineskę. Przypiąłem nią do szafki kawałek papieru.
- Jakby trzeba było coś kupić twoim zdaniem to wal śmiało. Napisz mi, skoczę do sklepu z listą - powiedziałem wskazując na papier.
Szatyn pokiwał głową. Cały czas śledził moje kroki nadal nie czując się w mieszkaniu zbyt swobodnie. Wszedłem do salonu, otworzyłem jedną z szafek, wyciągnąłem z niej zapasową pościel, które odłożyłem na kanapę. Następnie otworzyłem szafkę, która była dla mnie zdecydowanie za wysoko. Westchnąłem niezadowolony.
- Ściągnij mi to - powiedziałem wskazując na szafkę, nie chciało mi się iść po żaden stołek, kiedy on mógł to zrobić.
Sacha podszedł do mnie, popatrzył chwilę na pudełko, które miał zdjąć. Po chwili ściągnął je i podał je mnie. Odstawiłem je na kanapkę, ściągnąłem plecak i wcisnąłem mu w ręce.
- Jeśli będziesz potrzebował więcej miejsca to wal śmiało. Przeniosę alkohol pod łóżko - powiedziałem zabierając pudło i niosąc je do sypialni.
Wstawiłem je do swojej szafy. Nie miałem, jak typowy człowiek każdej szafki pełniej od rzeczy, ale nie lubiłem zostawiać pustego miejsca. Zamknąłem szafę i pudło w niej. Już miałem wracać do salonu, gdzie zostawiłem Francuzika, jednak kiedy się odwróciłem zobaczyłem, że i tak stoi w drzwiach.
- Coś się stało? - zapytałem lekko.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że jeszcze się nie odezwał. Widocznie chodził dość zamyślony, jednak nie zamierzałem o to pytać.
- Wiesz, że mówiłeś przez sen po rosyjsku? - zapytał przeszywając mnie wzrokiem.
Uśmiechnąłem się do niego szeroko. Kłam, Vlad, kłam. Nie możesz pozwolić na to, żeby młody się czegokolwiek dowiedział, bo będzie miał tak samo przerąbane jak ty.
- Musiało mi się śnić, że rozmawiałem z jakimś Rosjaninem, nie pamiętam już - powiedziałem spokojnie.
Nie wyglądał na przekonanego, nadal się we mnie wpatrywał.
- Brzmiało to raczej jak piosenka niż groźby, a przecież Rosjanie są przeciwko, nie? - zapytał.
Wzruszyłem ramionami. Dzieciaku, przestań zadawać tyle niewygodnych pytań. Im mniej wiesz tym lepiej spisz. Nie możesz się o niczym dowiedzieć. Ani ty, ani nikt inny, bo jesteśmy skończeni. Daj już spokój.
- Najwidoczniej śniły mi się dwie prześliczne Rosjanki - odparłem żartobliwie.
Kiwał wolno głową. Przez chwilę wydawało mi się, jakby był nieco zawiedziony, ale zapewne mi się zdawało. Zacząłem myśleć, jak rozluźnić nieco sytuację i od razu zapaliła mi się żaróweczka, miałem na to ochotę od dłuższego czasu. Minąłem go w drzwiach energicznie wchodząc do salonu i wyciągnąłem butelkę wódki z szafki. Było tam ich jeszcze parę, tak samo jak wina, kilka nalewek, jakiś droższy alkohol pewnie też by się znalazł. Jednak ja miałem ochotę przyjąć więcej procentów.
- Napijesz się ze mną? - zapytałem odwracając się do niego z butelką w dłoniach
<Sacha?>
Od Sachy CD. Vlad
Obudził mnie ból gdzieś pod żebrami. Nie pamiętam dokładnie co śniłem. Słyszałem Bastiana, który coś mówił. Nie tak jak zwykle. Jego głos był zimny. Kiedy tylko się ruszyłem moje ciało wypełnił ból. Syknął cicho. Przetarłem oczy. Na sali było ciemno. Spojrzałem na Bastiana. Padało na niego światło księżyca przez okno Spał na łóżku obok oparty o ścianę. Przytulał mój plecak. Wyglądał uroczo. Wtedy usłyszałem, że coś mamrocze. Wpierw myślałem, że to niemiecki jednak po chwili wykreśliłem tę opcję. Przysłuchałem się. Jak już wcześniej wspominałem mogłem pouczyć się języków jednak rozpoznałem rosyjski. Czekajcie... Czy skoro Bastian jest Niemcem nie powinien mówić przez sen po niemiecku? A może po prostu śni mu się jakaś misja w Rosji, w której był szpiegiem? Nie wiem... Zapytam go później... Znowu poczułem się senny. Przymknąłem oczy jednak nie dawałem rady zasnąć. Po chwili uznałem, że co robię nie ma najmniejszego sensu i po prostu zacząłem się wpatrywać w sufit. Chciałbym obudzić Bastiana i ruszyć w kierunku jego domu. Było jednak na pewno grubo po dwudziestej, a poza tym on musi odzyskać siły. Jakoś wytrzymam. Wypije mocną herbatę i przeżyje. Często tak robię. Dzisiejszy dzień był... Zwariowany. Zwariowanych akcji wystarczy mi na następne kilka dni. Teraz chce po prostu spać, ale ten cholerny ból brzucha mi na tonie pozwala. Zacisnąłem zęby i przewróciłem się na lewy bok by móc patrzeć na Bastiana. Byłem szczęśliwy, że on żyje, że udało mi się go uratować. Wtedy gdy Amelia poprosiła mnie o wyjście nie miałem siły się kłócić. Po prostu byłem zbyt przerażony. Zaprowadziła mnie do biura i tam mnie zostawiła. Trzęsłem się w środku. Nie wiedziałem czy byłem przerażony bardziej po zastrzeleniu Rafała, czy po tym jak on postrzelił Bastiana. Zamknąłem oczy. Widok śpiącego Niemca dał mi jakiś spokój. Poczułem się senny. Ziewnąłem. Po chwili zasnąłem.
*
Wstałem kiedy słońce było na niebie od jakiś dwóch godzin. Czyli jest około siódmej. Podniosłem się stękając z bólu. Spojrzałem na Bastiana. Jeszcze spał. Postanowiłem zejść z łóżka. Zacisnąłem zęby i usiadłem. Moje nogi stanęły na podłodze. Wstałem i podszedłem do Bastiana. Tym razem był cicho. Ruszył nim lekko.
- Hej. Bastian - powiedziałem. - Se réveiller...
Ruszyłem nim jeszcze kilka razy. Po chwili otworzył oczy.
- Co... - jęknął.
- Wstajemy... - uśmiechnąłem się lekko.
Musiałem wyglądać strasznie. Wiele osób mi mówiło, że jestem zbyt chudy. Niektórzy używali nawet określenia ''anorektyk''. Miałem na sobie jedynie bandaż i spodnie. Moje włosy były rozwalone, a blizna wyglądała jeszcze gorzej niż zwykle. I jeszcze ten uśmieszek. To jest na prawdę dziwne, że uśmiecham po tym jak mnie postrzelili.
- Dasz mi plecak? - spytałem patrząc na to jak Bastian go przytula.
Ten jakby się dopiero ogarnął, że nadal go trzyma. Podał mi go a ja wyciągnąłem z plecaka pierwszą lepszą bluzkę po czym ją nałożyłem.
- Idziemy? - spytałem.
Gdy będziemy u niego w domu zapytam go o te jego szeptanie po rosyjsku przez sen. Teraz gdy co to skomplikowanego nie będzie chciał powiedzieć.
<Vlad?>
28.07.2017
Od Vlada c.d. Sachy
Czekałem na Francuza grzecznie na dworze, niczym piesek przywiązany przy sklepie, kiedy jego pan robi zakupy. Wpatrywałem się w budynek bezmyślnie. Nie potrafiłem skupić się na myśleniu i to najbardziej mnie denerwowało. Będę musiał zdać raport, będę musiał wszystkich znowu okłamać, a nie mogłem się nawet dobrze skupić przez tępy ból w brzuchu. Chwilę później pojawiła się także migrena i już wiedziałem, że zdarzy się coś złego, jeszcze zanim usłyszałem strzał. Wpadłem do budynku jak burza, a kiedy moim oczom ukazała się dziewczyna z pistoletem bez zawahania przestrzeliłem jej dłoń. Puściła broń. Dobrze, że strzelałem dużo lepiej niż te dzieciaki, a ręka mi się nie omsknęła. Nie chciałem jej skrzywdzić, a jedynie spacyfikować.
- Odsuń się - poleciłem po niemiecku dalej w nią mierząc.
Nagły przypływ adrenaliny zniwelował ból. Jeśli powiedziałbym, że była zdziwiona moją obecnością byłoby to niedopowiedzenie. Była zszokowana tym co się stało. Cofnęła się kilka kroków przerażona i zjechała po ścianie na ziemię. Od razu zabrałem jej broń i padłem na kolana koło postrzelonego. Sprawdziłem czy oddycha i nieco uspokoiłem się, kiedy zrozumiałem, że tak. Kula nieładnie przeszła pod żebrami.
- Co..? - usłyszałem męski głos, więc obejrzałem się przez ramię.
Stał tam jakiś chłopak. Kiedy zobaczył tę scenę zatrzymał się zszokowany.
- Chodź tu i pomóż mi go przenieść - poleciłem siląc się na spokój.
On jednak stał jak skamieniały, dlatego wstałem i po prostu spoliczkowałem go wierzchem dłoni. Dopiero wtedy nieco się wzdrygnął.
- Ona go postrzeliła. Nie patrz się jak sroka w kość, tylko, do cholery, pomóż mi - warknąłem ostro.
Chyba pierwszy raz od kilku lat podniosłem na kogoś głos. Chłopak od razu bez zbędnych pytań podbiegł do Sachy i złapał go pod ramionami. Ja wziąłem go za nogi ignorując ból w roznoszący się po brzuchu i ruszyliśmy w drogę do szpitala. Nie minęło nawet dziesięć minut, a już byliśmy w tym szpitalu, z którego dopiero wyszliśmy i kładliśmy go miejscu wyznaczonym przez Amelię.
- Przepraszam, ale musi... - zaczęła, ale urwała widząc mój rozwścieczony wzrok.
Mnie się nie wygania, po prostu. Jasno dałem jej do zrozumienia, że nic nie muszę i jeśli zaraz nie odejdzie to pożałuje. Skuliła się nieco i przeniosła wzrok na chłopaka obok.
- Musisz wyjść - powiedziała.
Ten popatrzył na mnie niepewnie. Jakby w obawie.
- Idź do was, przynieś mi jego plecak i przyprowadź tą wariatkę, trzeba zrobić porządek z jej ręką - powiedziałem tonem, który nie przyjmował sprzeciwu.
Chłopak pokiwał szybko głową i wyszedł z sali. Przeszedłem obok sanitariuszy zajmujących się raną Sachy. Stanąłem tak by nikomu nie przeszkadzać, jednak szybko znów zamroczył mnie ból. Poczułem jak kolana się pode mną uginają i musiałem usiąść na wolnym łóżku obok. Dotknąłem bandażu i westchnąłem cicho czując krew. Ściągnąłem kurtkę i zacząłem wolno go rozwiązywać. Zobaczyła to jedna z pielęgniarek i zaraz poleciła jakieś młodszej dziewczynie iść po nowy opatrunek. Nie musiałem długo czekać by zajęła się tą parszywą raną. Wiedziałem, że będzie mi przeszkadzać i to przez długi czas. Nie spuszczałem wzroku z pielęgniarek kręcących się koło szatyna. Kolejne osoby przychodziły i odchodziły, uwijając się niczym mrówki, a ja siedziałem wlepiając w nie pusty wzrok. Widziałem już tyle śmierci. Tyle osób, które znałem i umarły tuż obok mnie, a jednak nadal nie umiałbym się pogodzić z tą śmiercią. Nie miałem pojęcia dlaczego, bo ot co, kolejna osoba, która zginęła, nic szczególnego, ale musiałem przyznać, że tak czy inaczej polubiłem tego Francuza. Mogłem to przyznać z czystym sumieniem. Wiedziałem, że jego śmierć raczej mnie nie zmieni, jednak kiedy o niej myślałem, aż przechodził mnie nieprzyjemny dreszcz.
Po godzinie ludzie wyszli, ale ja nie. Nadal siedziałem wpatrując się w jego miarowy oddech. Oparłem jedynie głowę na ręce, bo nagle zrobiła mi się nieco bardziej ciężka. Nie chciałem zamykać powiek, ale także robiły się coraz cięższe. Usłyszałem ciche skrzypnięcie drzwi, a do sali wszedł rudzielec, który wcześniej pomógł mi to tu przynieść. Postawił koło mnie plecak bez słowa i wyszedł. Westchnąłem cicho bardziej otulając się kurtką. Tak, zdecydowanie miałem dość wrażeń, jak na ten miesiąc. Pierwszy raz w życiu byłbym niewiarygodnie szczęśliwy z papierkowej roboty, nawet jeśli nie mógłbym się obijać.
Oparłem głowę o ścianę po mojej prawej. Umieściłem plecak na kolanach i objąłem go dłońmi. Wsłuchując się w równomierny oddech Francuzika sam szybko też zasnąłem.
Zazwyczaj nie miewam snów. Zasypiałem wieczorem wykończony, rano wstawałem, wszystko mnie omijało, lecz nie tym razem. Tym razem śniły mi się wystrzały. Po prostu stałem na środku pustki i co chwilę dochodził mnie ten sam dźwięk. Nie mogłem już tego wytrzymać. Mimo zatkanych uszu nadal słyszałem wszystko tak samo wyraźnie, więc po chwili po prostu zacząłem mówić do siebie by to jakoś zakłócić. Potem zacząłem podśpiewywać jakąś starą kołysankę, która gościła w mojej głowie jeszcze od czasów dzieciństwa. Dopiero to zagłuszyło strzały. Mogłem spać w spokoju. Nie wiedziałem jednak, że zacząłem cicho mamrotać jej słowa także pod nosem. Może nikt nie zauważy, że nie mówiłem ich po niemiecku, a po rosyjsku.
< Sacha?>
- Odsuń się - poleciłem po niemiecku dalej w nią mierząc.
Nagły przypływ adrenaliny zniwelował ból. Jeśli powiedziałbym, że była zdziwiona moją obecnością byłoby to niedopowiedzenie. Była zszokowana tym co się stało. Cofnęła się kilka kroków przerażona i zjechała po ścianie na ziemię. Od razu zabrałem jej broń i padłem na kolana koło postrzelonego. Sprawdziłem czy oddycha i nieco uspokoiłem się, kiedy zrozumiałem, że tak. Kula nieładnie przeszła pod żebrami.
- Co..? - usłyszałem męski głos, więc obejrzałem się przez ramię.
Stał tam jakiś chłopak. Kiedy zobaczył tę scenę zatrzymał się zszokowany.
- Chodź tu i pomóż mi go przenieść - poleciłem siląc się na spokój.
On jednak stał jak skamieniały, dlatego wstałem i po prostu spoliczkowałem go wierzchem dłoni. Dopiero wtedy nieco się wzdrygnął.
- Ona go postrzeliła. Nie patrz się jak sroka w kość, tylko, do cholery, pomóż mi - warknąłem ostro.
Chyba pierwszy raz od kilku lat podniosłem na kogoś głos. Chłopak od razu bez zbędnych pytań podbiegł do Sachy i złapał go pod ramionami. Ja wziąłem go za nogi ignorując ból w roznoszący się po brzuchu i ruszyliśmy w drogę do szpitala. Nie minęło nawet dziesięć minut, a już byliśmy w tym szpitalu, z którego dopiero wyszliśmy i kładliśmy go miejscu wyznaczonym przez Amelię.
- Przepraszam, ale musi... - zaczęła, ale urwała widząc mój rozwścieczony wzrok.
Mnie się nie wygania, po prostu. Jasno dałem jej do zrozumienia, że nic nie muszę i jeśli zaraz nie odejdzie to pożałuje. Skuliła się nieco i przeniosła wzrok na chłopaka obok.
- Musisz wyjść - powiedziała.
Ten popatrzył na mnie niepewnie. Jakby w obawie.
- Idź do was, przynieś mi jego plecak i przyprowadź tą wariatkę, trzeba zrobić porządek z jej ręką - powiedziałem tonem, który nie przyjmował sprzeciwu.
Chłopak pokiwał szybko głową i wyszedł z sali. Przeszedłem obok sanitariuszy zajmujących się raną Sachy. Stanąłem tak by nikomu nie przeszkadzać, jednak szybko znów zamroczył mnie ból. Poczułem jak kolana się pode mną uginają i musiałem usiąść na wolnym łóżku obok. Dotknąłem bandażu i westchnąłem cicho czując krew. Ściągnąłem kurtkę i zacząłem wolno go rozwiązywać. Zobaczyła to jedna z pielęgniarek i zaraz poleciła jakieś młodszej dziewczynie iść po nowy opatrunek. Nie musiałem długo czekać by zajęła się tą parszywą raną. Wiedziałem, że będzie mi przeszkadzać i to przez długi czas. Nie spuszczałem wzroku z pielęgniarek kręcących się koło szatyna. Kolejne osoby przychodziły i odchodziły, uwijając się niczym mrówki, a ja siedziałem wlepiając w nie pusty wzrok. Widziałem już tyle śmierci. Tyle osób, które znałem i umarły tuż obok mnie, a jednak nadal nie umiałbym się pogodzić z tą śmiercią. Nie miałem pojęcia dlaczego, bo ot co, kolejna osoba, która zginęła, nic szczególnego, ale musiałem przyznać, że tak czy inaczej polubiłem tego Francuza. Mogłem to przyznać z czystym sumieniem. Wiedziałem, że jego śmierć raczej mnie nie zmieni, jednak kiedy o niej myślałem, aż przechodził mnie nieprzyjemny dreszcz.
Po godzinie ludzie wyszli, ale ja nie. Nadal siedziałem wpatrując się w jego miarowy oddech. Oparłem jedynie głowę na ręce, bo nagle zrobiła mi się nieco bardziej ciężka. Nie chciałem zamykać powiek, ale także robiły się coraz cięższe. Usłyszałem ciche skrzypnięcie drzwi, a do sali wszedł rudzielec, który wcześniej pomógł mi to tu przynieść. Postawił koło mnie plecak bez słowa i wyszedł. Westchnąłem cicho bardziej otulając się kurtką. Tak, zdecydowanie miałem dość wrażeń, jak na ten miesiąc. Pierwszy raz w życiu byłbym niewiarygodnie szczęśliwy z papierkowej roboty, nawet jeśli nie mógłbym się obijać.
Oparłem głowę o ścianę po mojej prawej. Umieściłem plecak na kolanach i objąłem go dłońmi. Wsłuchując się w równomierny oddech Francuzika sam szybko też zasnąłem.
Zazwyczaj nie miewam snów. Zasypiałem wieczorem wykończony, rano wstawałem, wszystko mnie omijało, lecz nie tym razem. Tym razem śniły mi się wystrzały. Po prostu stałem na środku pustki i co chwilę dochodził mnie ten sam dźwięk. Nie mogłem już tego wytrzymać. Mimo zatkanych uszu nadal słyszałem wszystko tak samo wyraźnie, więc po chwili po prostu zacząłem mówić do siebie by to jakoś zakłócić. Potem zacząłem podśpiewywać jakąś starą kołysankę, która gościła w mojej głowie jeszcze od czasów dzieciństwa. Dopiero to zagłuszyło strzały. Mogłem spać w spokoju. Nie wiedziałem jednak, że zacząłem cicho mamrotać jej słowa także pod nosem. Może nikt nie zauważy, że nie mówiłem ich po niemiecku, a po rosyjsku.
< Sacha?>
Od Sachy CD. Vlad
Stałem na wielkiej polanie,a wokoło mnie był las. Panowała tam głucha cisza. W dłoni trzymałem pistolet Bastiana.. Przede mną stał Rafał, moi rodzice, koledzy i osoby, które dla mnie coś znaczą. Za mną stał Bastian. Położył mi dłonie na przedramionach. Były zimne jak nigdy.
- Dawaj - szepnął przerywając ciszę. - Masz u mnie dług, pamiętasz?
Kiwnąłem głową. Naładowałem pistolet. Wycelowałem w Rafała i strzeliłem. Z jego gardła wydobył się krzyk. Upadł. Strzelałem w każdego po kolei. Usłyszałem głos Bastiana. Był jednak jakby stłumiony. Obróciłem się jednak nie wydobywał się on z ust bruneta za mną. Wtedy się obudziłem. Poderwałem na dźwięk głosu Bastiana. Rozejrzałem się. Dopiero po chwili zrozumiałem gdzie jestem. Amelia po moich protestach postanowiła, że mogę tutaj zostać. Spojrzałem na niego jeszcze zaspany. Uśmiechnął się do mnie.
- Dawaj - szepnął przerywając ciszę. - Masz u mnie dług, pamiętasz?
Kiwnąłem głową. Naładowałem pistolet. Wycelowałem w Rafała i strzeliłem. Z jego gardła wydobył się krzyk. Upadł. Strzelałem w każdego po kolei. Usłyszałem głos Bastiana. Był jednak jakby stłumiony. Obróciłem się jednak nie wydobywał się on z ust bruneta za mną. Wtedy się obudziłem. Poderwałem na dźwięk głosu Bastiana. Rozejrzałem się. Dopiero po chwili zrozumiałem gdzie jestem. Amelia po moich protestach postanowiła, że mogę tutaj zostać. Spojrzałem na niego jeszcze zaspany. Uśmiechnął się do mnie.
- Byłeś bardzo dzielny, teraz już nie mogę Cię nazywać dzieciakiem, nawet jeśli będę chciał.
Przetarłem
sobie oczy. Nie mogłem uwierzyć, że przede mną stoi Bastian bez
koszulki w bandażach. Powstrzymałem się od ataku rumieńców. Na prawdę
bałem się, że go już nigdy nie zobaczę. Amelia powiedziała, że stracił
dużą ilość krwi i jest niewielka szansa, że przeżyje. Wstałem i
położyłem dłonie na jego ramionach.
- Błagam nie strasz mnie więcej. Traciłem cię w oczach... - patrzyłem w te jego piękne, miodowe oczy.
Czasem
mam myśli, że go kocham jednak staram się je odrzucasz. Chciałem go
przytulić jednak bałem się, że przed przypadek go zranię. Nie byłem
silny jednak i zapewne tak już był obolały.
- Ale żyje - nadal się uśmiechał.
Uśmiechnąłem
się do niego. Serce nadal mi waliło w piersi. Wtedy przez głowę
przeleciała mi myśl: ''Jestem skreślony. Nie mam gdzie wracać''.
Zabrałem ręce z jego ramion. Skuliłem się lekko.
- Merde - zakląłem zakłopotany.
- Co jest? Boli cię coś? - spytał Bastian, a jego mina trochę spoważniała.
Pokręciłem głową.Jednak mimo to kłamałem. Bolało mnie serce. Osoby, które pomogły mi się pozbierać po tym jak moi rodzice zostali zabici teraz chcieli mnie wykończyć. Czułem się jak kawałek śmiecia.
- Zabiłem Rafała... - mruknąłem. - Jeśli wrócę do domu będę martwy. W sumie... Już jestem.
Bastian spojrzał na mnie zdziwiony, że jestem zdolny do takich rzeczy.
- Jak chcesz możesz przenocować u mnie. I nie gadaj, że nie będziesz mi zawracał głowy.Teraz byłem postawiony w kropce.
- Bastian proszę... Jakoś sobie poradzę - powiedziałem jednak sam nie wierzyłem w swoje słowa.
Brunet westchnął.
- Sacha ja ciebie też proszę. Na prawdę możesz u mnie zostać - jego głos był trochę stanowczy.
Po chwili jednak pokiwałem głową.
- Dobra... Mogę u ciebie zostać. Ale... Muszę zajść do siebie po jakieś ciuchy. Bastian na pewno dasz radę iść, aż taki kawałek drogi?
- Uważaj, że jestem słaby? - spytał.
- Nie. Po prostu Cię podwójnie postrzelili.
Brunet uśmiechnął się. Wyszliśmy z biura i ruszyliśmy w kierunku sali szpitalnej, której leżał.
- Moje ciuchy nadają się do wyrzucenia.
Kiwnąłem głowa.
- Wiem. Ale muszę powiedzieć Amelii, że idziemy. Poza tym muszę coś jej wyjaśnić.
Bastian zatrzymał się przed salą szpitalną, w której była Amelia. Wszedłem do pomieszczenia. Podszedł do czarnowłosej.
- Amelia. Przyniosłem go tutaj ponieważ on mnie uratował. Poza tym my już idziemy.
Dziewczyna spojrzała na mnie jak na jakiegoś wariata.
- Co?! Ale... Nie możesz go zabrać...
- Ammy - położyłem dłoń na jej policzku. Na jej policzkach pojawiły się rumieńce. - On jest silny. Poradzi sobie.
Amelia położyła swoją dłoń na mojej. Wtuliła się.
- Dobrze.
Pocałowałem ją w czoło.
- Dziękuje.
Odszedłem od niej. Uśmiechałem się tak samo jak Amelia. Spojrzałem na Bastiana.
- Dziewczyna? - spytał.
W tym momencie trochę posmutniałem.
- Chciałbym.
Zaczęliśmy iść w stronę wyjścia.
- Amelia ma narzeczonego... Z przymusu.
Bastian nie drążył więcej tematu. Zatrzymaliśmy się przed wyjściem.
- Jest za zimno. Nie puszczę cię tak..
Bastian uniósł jedną z brwi. Zdjąłem swoją kurtkę i dałem ją dla bruneta.
- Zapnij się. Przeziębisz się.
*
Stanął pod swoimi drzwiami i wszedłem. Bastian powiedział, że mam na siebie uważać. Kiwnąłem mu głową. Zamknąłem drzwi i otworzyłem następne. Nawet nie spojrzałem na Miłosza siedzącego w salonie. Wszedłem na górę i wziąłem swój plecak. Wpakowałem kilka par spodni, kilka bluzek i trochę bielizny. Wpadłem do łazienki i wziąłem mydło. Szampon miałem wspólny z Rafałem i Miłoszem. Wziąłem go. Miłosz się nie obrazi. Zapiąłem plecak i zacząłem zbiegać na dół. Usłyszałem kroki za sobą. Nim zdążyłem się odwrócić usłyszałem strzał.
- To za Rafała - powiedziała Konstancja.
Poczułem ciepło na klatce piersiowej.
- Fait chier... - jęknąłem.
< Vlad? c: >
Od Vlada c.d. Sachy
Bolało i to jak cholera. Ból cały czas mroczył mój umysł ilekroć łapałem świadomość, więc szybko znów ją traciłem. Kiedy w końcu moje powieki przestały być aż tak ciężkie, mogłem otworzyć oczy. W końcu zamiast ciemności zobaczyłem biel szpitala. Oderwałem wzrok od sufitu by rozejrzeć się po sali. Chwilę później mój wzrok zatrzymał się na szatynie siedzącym obok. W pierwszej chwili pomyślałem o Francuziku, jednak później zauważyłem niemiecki mundur. Nie kojarzyłem go zbytnio, ale po oznakowaniu munduru i wieku zauważyłem, że to jakiś szeregowiec. Nic szczególnego. Kiedy zauważył, że na niego patrzę poderwał się na równe nogi.
- Panie Müller... - zaczął, jednak nie zwróciłem na niego większej uwagi.
Usiadłem wolno, zauważyłem bandaż na całym brzuchu i klatce piersiowej. Mogło być gorzej. Rozejrzałem się po sali. Kilku chorych, paru rannych nic szczególnego. Zacisnąłem zęby z bólu, ale poradziłem sobie z poprawieniem poduszki, tak by móc siedzieć. Oczywiście stojący jak na szpilkach szeregowiec nie pomyślał, żeby mi pomóc, ba gdzieżby śmiał. Pomyślałem czy nie złożyć na niego jakieś skargi. Dopiero po chwili uraczyłem go spojrzeniem, na które prawie podskoczył.
- Tak? - zapytałem.
Przyszpiliłem go spojrzeniem tak, że nie mógł dobrze złożyć zdania, więc sam musiałem zapytać o to, co się działo. Nie podobało mi się, że obudziłem się koło niego.
- Twoje nazwisko, szeregowy? - padło moje pierwsze pytanie.
- Willy Krause - odparł niepewnie.
Oj, już był prawie pewien, że coś na niego złożę. Widać było po zdenerwowaniu, które malowało się na jego twarzy. Musiał być jakimś młodzikiem, bo stanowczo był zbyt przerażony rozmową ze mną. Przetarłem twarz dłońmi. Tak bardzo chciało mi się spać.
- Co się działo, kiedy byłem nieprzytomny? - zapytałem z nutą irytacji w głosie, która działała na niego niczym błyskawica.
Spiął się, ale miałem nadzieję, że opanuje się na tyle, by chociaż mi odpowiedzieć na to pytanie.
- Był pan nieprzytomny jedną noc, teraz jest godzina dziesiąta - odparł szatyn.
W tym momencie byłem pewien, że nie udaje idioty, tylko po prostu nim jest. Postanowiłem go więc tak traktować.
- Czyżbyś nie zrozumiał pytania? Pytałem, co się działo. Skąd się tu wziąłeś? - zapytałem ponownie, jednak nieco z innej strony.
Popatrzył na mnie jednocześnie dumnie i ponuro. Najwidoczniej nie spodobało mu się to pytanie.
- Przybył tu z panem jakiś Francuz, powiedział, że panu pomógł, było to dla mnie absurdalne, ale czekałem aż pan się obudzi by to wyjaśnić - zapewnił.
Westchnąłem cicho. No świetnie, pewnie Sacha był mocno zestresowany i bez tego, a ten pajac dodał mu dodatkowego stresu. Rozmasowałem nieco nasadę nosa, czując nagły napływ migreny, który pojawiał się za każdym razem, gdy coś nie szło po mojej myśli.
- Przyprowadź go do mnie - odparłem w końcu, kiedy ból ustał.
- Nie powinien się pan przemęczać - zauważył.
Zły machnąłem na niego ręką. Wstałem bez jego pomocy i trzymając się jedną ręką za brzuch ruszyłem do wyjścia z sali. Nawet nie zwróciłem uwagi na to, że nie założyłem żadnej koszuli, ale stwierdziłem, że pal to licho. Chociaż będzie widać, jeśli zacznę się wykrwawiać. Żołnierz nie zatrzymał mnie tylko ruszył za mną. Nie wiem kto brał do wojska takie zakały. Zatrzymałem się przy jednej z pielęgniarek stojącej na korytarzu. Uśmiechnąłem się do niej.
- Przepraszam... - zacząłem po niemiecku, jednak spojrzała na mnie z byka, więc kontynuowałem po polsku - przepraszam, szukam młodego Francuza, szatyna, na oko metr dziewięćdziesiąt wzrostu, nazywa się Sacha. Nazwisko wypadło mi z głowy.
Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem, ale w końcu skinęła głową i pokazała dłonią za mnie. Obejrzałem się w kierunku, który wskazała.
- Do końca korytarza i w prawo, ale nie powinien pan za dużo chodzić - poinstruowała mnie.
- Dziękuję pani bardzo - odparłem i ruszyłem we wskazanym kierunku.
Nie zwróciłem uwagi na jej komentarz, o tym, że mam się nie przemęczać, teraz miałem coś ważniejszego do załatwienia. Po chwili przypomniałem sobie o żołnierzu. Machnąłem na niego ręką, nadal kręcił się koło mnie.
- Spadaj stąd, tylko mnie denerwujesz, poradzę sobie - powiedziałem, nie zwracając na niego więcej uwagi.
Szeregowy stał chwilę na korytarzu patrząc za mną, ale później po prostu wykonał rozkaz ruszając w stronę wyjścia. Stanowczo był z niego debil. Wszedłem do wyznaczonego pokoju. Stało tam parę biurek i szafek z lekami. Było to czymś w stylu magazynu połączonego z biurem. Przy jednym z biurek siedział Sacha, a raczej spał na nim. Niepewnie podszedłem i delikatnie go szturchnąłem.
- Hej... Francuziku... wstawaj... - powiedziałem ciepłym głosem, nadal delikatnie nim trzęsąc.
Kiedy usłyszał mój głos poderwał się prawie od razu. Uśmiechnąłem się do niego wesoło.
- Byłeś bardzo dzielny, teraz już nie mogę Cię nazywać dzieciakiem, nawet jeśli będę chciał - dodałem żartobliwie.
<Sacha?>
- Panie Müller... - zaczął, jednak nie zwróciłem na niego większej uwagi.
Usiadłem wolno, zauważyłem bandaż na całym brzuchu i klatce piersiowej. Mogło być gorzej. Rozejrzałem się po sali. Kilku chorych, paru rannych nic szczególnego. Zacisnąłem zęby z bólu, ale poradziłem sobie z poprawieniem poduszki, tak by móc siedzieć. Oczywiście stojący jak na szpilkach szeregowiec nie pomyślał, żeby mi pomóc, ba gdzieżby śmiał. Pomyślałem czy nie złożyć na niego jakieś skargi. Dopiero po chwili uraczyłem go spojrzeniem, na które prawie podskoczył.
- Tak? - zapytałem.
Przyszpiliłem go spojrzeniem tak, że nie mógł dobrze złożyć zdania, więc sam musiałem zapytać o to, co się działo. Nie podobało mi się, że obudziłem się koło niego.
- Twoje nazwisko, szeregowy? - padło moje pierwsze pytanie.
- Willy Krause - odparł niepewnie.
Oj, już był prawie pewien, że coś na niego złożę. Widać było po zdenerwowaniu, które malowało się na jego twarzy. Musiał być jakimś młodzikiem, bo stanowczo był zbyt przerażony rozmową ze mną. Przetarłem twarz dłońmi. Tak bardzo chciało mi się spać.
- Co się działo, kiedy byłem nieprzytomny? - zapytałem z nutą irytacji w głosie, która działała na niego niczym błyskawica.
Spiął się, ale miałem nadzieję, że opanuje się na tyle, by chociaż mi odpowiedzieć na to pytanie.
- Był pan nieprzytomny jedną noc, teraz jest godzina dziesiąta - odparł szatyn.
W tym momencie byłem pewien, że nie udaje idioty, tylko po prostu nim jest. Postanowiłem go więc tak traktować.
- Czyżbyś nie zrozumiał pytania? Pytałem, co się działo. Skąd się tu wziąłeś? - zapytałem ponownie, jednak nieco z innej strony.
Popatrzył na mnie jednocześnie dumnie i ponuro. Najwidoczniej nie spodobało mu się to pytanie.
- Przybył tu z panem jakiś Francuz, powiedział, że panu pomógł, było to dla mnie absurdalne, ale czekałem aż pan się obudzi by to wyjaśnić - zapewnił.
Westchnąłem cicho. No świetnie, pewnie Sacha był mocno zestresowany i bez tego, a ten pajac dodał mu dodatkowego stresu. Rozmasowałem nieco nasadę nosa, czując nagły napływ migreny, który pojawiał się za każdym razem, gdy coś nie szło po mojej myśli.
- Przyprowadź go do mnie - odparłem w końcu, kiedy ból ustał.
- Nie powinien się pan przemęczać - zauważył.
Zły machnąłem na niego ręką. Wstałem bez jego pomocy i trzymając się jedną ręką za brzuch ruszyłem do wyjścia z sali. Nawet nie zwróciłem uwagi na to, że nie założyłem żadnej koszuli, ale stwierdziłem, że pal to licho. Chociaż będzie widać, jeśli zacznę się wykrwawiać. Żołnierz nie zatrzymał mnie tylko ruszył za mną. Nie wiem kto brał do wojska takie zakały. Zatrzymałem się przy jednej z pielęgniarek stojącej na korytarzu. Uśmiechnąłem się do niej.
- Przepraszam... - zacząłem po niemiecku, jednak spojrzała na mnie z byka, więc kontynuowałem po polsku - przepraszam, szukam młodego Francuza, szatyna, na oko metr dziewięćdziesiąt wzrostu, nazywa się Sacha. Nazwisko wypadło mi z głowy.
Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem, ale w końcu skinęła głową i pokazała dłonią za mnie. Obejrzałem się w kierunku, który wskazała.
- Do końca korytarza i w prawo, ale nie powinien pan za dużo chodzić - poinstruowała mnie.
- Dziękuję pani bardzo - odparłem i ruszyłem we wskazanym kierunku.
Nie zwróciłem uwagi na jej komentarz, o tym, że mam się nie przemęczać, teraz miałem coś ważniejszego do załatwienia. Po chwili przypomniałem sobie o żołnierzu. Machnąłem na niego ręką, nadal kręcił się koło mnie.
- Spadaj stąd, tylko mnie denerwujesz, poradzę sobie - powiedziałem, nie zwracając na niego więcej uwagi.
Szeregowy stał chwilę na korytarzu patrząc za mną, ale później po prostu wykonał rozkaz ruszając w stronę wyjścia. Stanowczo był z niego debil. Wszedłem do wyznaczonego pokoju. Stało tam parę biurek i szafek z lekami. Było to czymś w stylu magazynu połączonego z biurem. Przy jednym z biurek siedział Sacha, a raczej spał na nim. Niepewnie podszedłem i delikatnie go szturchnąłem.
- Hej... Francuziku... wstawaj... - powiedziałem ciepłym głosem, nadal delikatnie nim trzęsąc.
Kiedy usłyszał mój głos poderwał się prawie od razu. Uśmiechnąłem się do niego wesoło.
- Byłeś bardzo dzielny, teraz już nie mogę Cię nazywać dzieciakiem, nawet jeśli będę chciał - dodałem żartobliwie.
<Sacha?>
Od Sachy CD. Vlad
Widząc krwawiącego Bastiana zamarłem. Chciałem coś powiedzieć jednak nie dałem rady nawet się zająknąć. Gdy brunet wtulił się w mój tors nie wiedziałem czy byłem bardziej przerażony czy zarumieniony. Zapewne i jedno i drugie. Słysząc proźbę o pomoc - na dodatek po francusku - ocknąłem się. Poczułem, że Bastian powoli traci siły. Przytrzymałem go by nie upadł na ziemię i jeszcze bardziej się nie poranił.
- Boże Bastian... Kto ci to do cholery zrobił? - wyjąkałem widząc, że ubranie Niemca jest całe we krwi.
Dopiero wtedy dotarł do mnie stukot butów zagłuszany wcześniej przez deszcz i moje przerażenie. Usłyszałem walenie serca. Swojego serca. Starałem się podnieść Bastiana. Udało się jednak ledwo się nie wywaliłem. Wtedy stukot butów już bardzo blisko. Zacząłem iść w drugą stronę - w stronę szpitala. Wtedy gdy się obracałam ujrzałem Rafała mierzącego we mnie i w Bastiana z pistoletu.
- Zostaw go - powiedział. Usłyszałem przerażenie w jego głosie.
Odwróciłem się do niego.
- Rafał proszę. Odłóż ten pistolet...
- To ty odłóż niego. Czy na prawdę chcesz go ratować? On codziennie zabija wielu naszych!
Wziąłem głęboki wdech. Bastian był coraz bardziej ciężki.
- Mam u niego dług. Wielki dług.
Rafał zaśmiał się sztucznie.
- I to jedyny powód? - powiedział śmiejąc się.
Pokręciłem głową. Spojrzałem na Bastiana. Położyłem go ostrożnie na ziemi. Spojrzałem w oczy Rafała.
- Nie. Jest moim przyjacielem - schyliłem się i wyciągnąłem z pasa Bastiana pistolet.
Naładowałem go. Usłyszałem strzał jednak Rafał chybił. Wymierzyłem w niego i... Strzeliłem. Serce zaczęło mi bić coraz szybciej. Zobaczyłem upadające ciało Rafała, a krzyk bólu wypełnił moje uszy. Odwróciłem wzrok. Nie chciałem patrzeć jak się wykrwawia. Wsadziłem pistolet do pasa Bastiana i wziąłem go na ręce. Chciałem się jak najszybciej oddalić. Nie spotkałem nikogo na swojej drodze. To było na prawdę dziwne. Nikogo. Nawet żołnierza. Jedynie koty łaziły po ulicach. Cały czas słyszałem bicie swojego serca. Próbowałem wyłapać oddech Bastiana jednak byłem na to zbyt przerażony. Kiedy dotarłem do szpitala natychmiast podszedłem do Amelii. Czarnowłosa spojrzała na mnie i na bruneta.
- Coś znowu zrobił? - spytała.
Mój oddech był szybki.
- Później ci wytłumaczę... - wysapałem.
- Imię - powiedziała Amelia.
- Bastian Müller. Amelia błagam. Szybko.
Czarnowłosa wyglądała na lekko zdziwioną.
- Niemiec? Ale ty...
- TAK WIEM! MERDE. PROSZĘ. ON ZARAZ SIĘ WYKRWAWI - mój głos był podniesiony.
Amelia westchnęła.
- Dobrze. Chodź z nim.
Zaczęliśmy iść korytarzem. Czułem, że ciało Bastiana robi się coraz zimniejsze. Zanieśliśmy go na salę. Delikatnie położyłem go na łóżko.
- Sacha sorry, że ci to mówię, ale musisz wyjść.
Kiwnąłem głową. Wyszedłem. Wtedy zobaczyłem tego żołnierza, który wczoraj mnie przytrzymywał. Podszedł do mnie.
- Co zrobiłeś dla pana Müllera? - spytał.
- Rien - założyłem ręce.
Jak na większość osób patrzyłem na niego z góry. Uniósł jedną z brwi.
- Nic - powiedziałem tym razem po polsku.
- Dlaczego zatem masz jego krew na ubraniu?
Westchnąłem. Czy on jest na serio, aż taki głupi?
- Został postrzelony... Uratowałem go. To chyba oczywiste.
- No nie - powiedział. - Wy nam nie pomagacie.
<Vlad?>
- Boże Bastian... Kto ci to do cholery zrobił? - wyjąkałem widząc, że ubranie Niemca jest całe we krwi.
Dopiero wtedy dotarł do mnie stukot butów zagłuszany wcześniej przez deszcz i moje przerażenie. Usłyszałem walenie serca. Swojego serca. Starałem się podnieść Bastiana. Udało się jednak ledwo się nie wywaliłem. Wtedy stukot butów już bardzo blisko. Zacząłem iść w drugą stronę - w stronę szpitala. Wtedy gdy się obracałam ujrzałem Rafała mierzącego we mnie i w Bastiana z pistoletu.
- Zostaw go - powiedział. Usłyszałem przerażenie w jego głosie.
Odwróciłem się do niego.
- Rafał proszę. Odłóż ten pistolet...
- To ty odłóż niego. Czy na prawdę chcesz go ratować? On codziennie zabija wielu naszych!
Wziąłem głęboki wdech. Bastian był coraz bardziej ciężki.
- Mam u niego dług. Wielki dług.
Rafał zaśmiał się sztucznie.
- I to jedyny powód? - powiedział śmiejąc się.
Pokręciłem głową. Spojrzałem na Bastiana. Położyłem go ostrożnie na ziemi. Spojrzałem w oczy Rafała.
- Nie. Jest moim przyjacielem - schyliłem się i wyciągnąłem z pasa Bastiana pistolet.
Naładowałem go. Usłyszałem strzał jednak Rafał chybił. Wymierzyłem w niego i... Strzeliłem. Serce zaczęło mi bić coraz szybciej. Zobaczyłem upadające ciało Rafała, a krzyk bólu wypełnił moje uszy. Odwróciłem wzrok. Nie chciałem patrzeć jak się wykrwawia. Wsadziłem pistolet do pasa Bastiana i wziąłem go na ręce. Chciałem się jak najszybciej oddalić. Nie spotkałem nikogo na swojej drodze. To było na prawdę dziwne. Nikogo. Nawet żołnierza. Jedynie koty łaziły po ulicach. Cały czas słyszałem bicie swojego serca. Próbowałem wyłapać oddech Bastiana jednak byłem na to zbyt przerażony. Kiedy dotarłem do szpitala natychmiast podszedłem do Amelii. Czarnowłosa spojrzała na mnie i na bruneta.
- Coś znowu zrobił? - spytała.
Mój oddech był szybki.
- Później ci wytłumaczę... - wysapałem.
- Imię - powiedziała Amelia.
- Bastian Müller. Amelia błagam. Szybko.
Czarnowłosa wyglądała na lekko zdziwioną.
- Niemiec? Ale ty...
- TAK WIEM! MERDE. PROSZĘ. ON ZARAZ SIĘ WYKRWAWI - mój głos był podniesiony.
Amelia westchnęła.
- Dobrze. Chodź z nim.
Zaczęliśmy iść korytarzem. Czułem, że ciało Bastiana robi się coraz zimniejsze. Zanieśliśmy go na salę. Delikatnie położyłem go na łóżko.
- Sacha sorry, że ci to mówię, ale musisz wyjść.
Kiwnąłem głową. Wyszedłem. Wtedy zobaczyłem tego żołnierza, który wczoraj mnie przytrzymywał. Podszedł do mnie.
- Co zrobiłeś dla pana Müllera? - spytał.
- Rien - założyłem ręce.
Jak na większość osób patrzyłem na niego z góry. Uniósł jedną z brwi.
- Nic - powiedziałem tym razem po polsku.
- Dlaczego zatem masz jego krew na ubraniu?
Westchnąłem. Czy on jest na serio, aż taki głupi?
- Został postrzelony... Uratowałem go. To chyba oczywiste.
- No nie - powiedział. - Wy nam nie pomagacie.
<Vlad?>
Od Vlada c.d. Sachy
Zmierzyłem chłopaka uważnym wzrokiem. Na pewno coś się stało. Wykrywacz kłamstw wszczepiony w moją głowę zaczął wibrować.
- Francuziku, czy widzisz w mojej ręce białą laskę? - zapytałem, zrobiłem gest jakbym ją trzymał.
- Co...? - zaczął zaskoczony, patrząc jak się wydurniam.
Czując podmuch wiatru owinąłem się szczelniej kurtką. Na niebie od jakiegoś czasu kłębiły się ciemne chmury i tylko czekać można było na deszcz.
- No właśnie, też nie widzę, a to oznacza, że prawdopodobnie nie jestem ślepy, widzę, że coś jest nie tak - odparłem.
Chłopak nie wiedział czy uśmiechnąć się z dobrego żartu czy skrzywić przez to, że zauważyłem jego stan, więc wyszło mu coś po środku. Nie wróżyło to nic dobrego.
- To skomplikowane - powiedział odwracając ode mnie wzrok.
Oj tak, zdecydowanie coś się stało i ani trochę mi się to nie podobało. Może i to narcystyczne, ale zdecydowanie podobało mi się, kiedy patrzył na mnie jak na bohatera. Chyba każdemu by się to podobało! To spojrzenie pełne nadziei i radości, jednak zniknęło bezpowrotnie.
- Może wyjaśnisz mi to więc przy kolacji? Dzisiaj może wyrobimy się w czasie - powiedziałem z rozbawionym uśmiechem, może miał po prostu zły humor.
Znowu nie spodobała mi się jego reakcja. Skulił się nieco, minimalnie zbladł, zdecydowanie zaczął się denerwować.
- Nie mogę dzisiaj - odparł wlepiając wzrok w ziemię.
- Sacha, na Boga, jesteś beznadziejnym aktorem, a co dopiero kłamcą - zabrzmiało to trochę, jakbym znał go od zawsze.
Posłał mi zaskoczone spojrzenie. Nie, nie zaskoczone dlatego, że to zauważyłem, a przez mój ton głosu. Wzruszyłem ramionami z lekką irytacją.
- No co? - zapytałem obronnie.
- Nie mogę się już z tobą spotykać, rozumiesz?- wybuchnął nagle, czułem, że jemu też zbytnio się to nie podoba.
- Francuziku, czy widzisz w mojej ręce białą laskę? - zapytałem, zrobiłem gest jakbym ją trzymał.
- Co...? - zaczął zaskoczony, patrząc jak się wydurniam.
Czując podmuch wiatru owinąłem się szczelniej kurtką. Na niebie od jakiegoś czasu kłębiły się ciemne chmury i tylko czekać można było na deszcz.
- No właśnie, też nie widzę, a to oznacza, że prawdopodobnie nie jestem ślepy, widzę, że coś jest nie tak - odparłem.
Chłopak nie wiedział czy uśmiechnąć się z dobrego żartu czy skrzywić przez to, że zauważyłem jego stan, więc wyszło mu coś po środku. Nie wróżyło to nic dobrego.
- To skomplikowane - powiedział odwracając ode mnie wzrok.
Oj tak, zdecydowanie coś się stało i ani trochę mi się to nie podobało. Może i to narcystyczne, ale zdecydowanie podobało mi się, kiedy patrzył na mnie jak na bohatera. Chyba każdemu by się to podobało! To spojrzenie pełne nadziei i radości, jednak zniknęło bezpowrotnie.
- Może wyjaśnisz mi to więc przy kolacji? Dzisiaj może wyrobimy się w czasie - powiedziałem z rozbawionym uśmiechem, może miał po prostu zły humor.
Znowu nie spodobała mi się jego reakcja. Skulił się nieco, minimalnie zbladł, zdecydowanie zaczął się denerwować.
- Nie mogę dzisiaj - odparł wlepiając wzrok w ziemię.
- Sacha, na Boga, jesteś beznadziejnym aktorem, a co dopiero kłamcą - zabrzmiało to trochę, jakbym znał go od zawsze.
Posłał mi zaskoczone spojrzenie. Nie, nie zaskoczone dlatego, że to zauważyłem, a przez mój ton głosu. Wzruszyłem ramionami z lekką irytacją.
- No co? - zapytałem obronnie.
- Nie mogę się już z tobą spotykać, rozumiesz?- wybuchnął nagle, czułem, że jemu też zbytnio się to nie podoba.
Od Sachy CD. Vlad
- Jasne - posłałem mu lekki uśmiech. - I... Jeszcze raz ci dziękuję. Mam u ciebie ogromny dług... - powiedziałem lekko speszony.
- Dzieciaku ciesz się, że trafiłeś na mnie. Gdyby nie ja byłbyś w obozie lub gdzieś w zbiorowym grobie.
Kiwnąłem głową. Zaczęliśmy iść w stronę mojego domu. Mam nadzieje, że tym razem Oktawia nie rzuci mi się na szyję jak ostatnio gdy wracałem z Bastianem. Ta dziewczyna mnie powoli denerwuje. Wracając do słów bruneta... Miał rację. Gdyby nie on najpewniej byłbym już martwy. To jest trochę nielogiczne. Ja taka wielka żyrafa, która nie umie się sobą zająć dlatego potrzebuje do tego niemieckiego żołnierza. Jestem trochę takim przerośniętym dzieckiem, a on moją zminimalizowaną nianią. Tylko tak potrafię określić tą relacje. Chciałbym móc mu mówić po imieniu nie tylko w moich myślach, chciałbym go nazywać przyjacielem. Ale... Ja się zwyczajnie boje. To normalne. On jest osobą, która prawdopodobnie jeszcze nie raz mnie uratuje. Jeśli mnie zostawi... Będę martwy.
- Na prawdę jesteś miły - powiedziałem uśmiechając się.
- A ty na prawdę umiesz się uśmiech - Bastian znów powstrzymywał się od śmiechu.
Wtedy się zatrzymałem, a wraz ze mną Niemiec.
- Ha ha. Bardzo śmieszne.
Wtedy oboje nie wytrzymaliśmy. Zaczęliśmy się śmiać. Czasem na prawdę zapominam, że on jest Niemcem. Osobą narodowości, której nienawidzę. On nie jest taki jak inni. Znów zaczęliśmy iść gadając o jakiś pierdołach. Na mojej twarzy gościł uśmiech jak nigdy. Nawet nie zauważyłem kiedy doszedłem do domu. Pomachałem mu na pożegnanie.
- Do zobaczenia. Mam nadzieje, że kiedy się znów spotkamy nie będziesz mnie znów ratować - powiedziałem chichocząc.
- Też mam taką nadzieję.
Wszedłem do domu z uśmiechem. To było na serio dziwne. Nie wiem czy, któryś z domowników widział jak się uśmiecham nie drwiąc z kogoś. Wszedłem do środka. Na moje szczęście nie zastałem tam Oktawii. Musiała być jeszcze w barze. Obiegłem pomieszczenie wzrokiem. Wszyscy patrzyli na mnie jakby zawiedzeni. Moja mina trochę spoważniała.
- Co... - zacząłem.
Konstancja mi przerwała.
- Przestań się z nim spotykać - powiedziała chłodno.
O to im chodzi.
- Dlaczego niby? - spytałem zaciskając wargi.
Rude rodzeństwo i Rafał popatrzyli po sobie jakby przerażeni.
- Czy to nie oczywiste? - spytał Miłosz. - Jest Niemcem! Cholernym niemieckim żołnierzem!
Rafał spojrzał na mnie jakby zatroskany.
- Nie pamiętasz co niemiecy żołnierze zrobili twoim rodzicom? - spytał.
Chciałem mu przyłożyć w twarz jednak się powstrzymałem.
- On nie jest taki - fuknąłem.
- Każdy Niemiec jest taki sam - Konstancja rozłożyła ręce.
Miałem ich powoli dość.
- Merde! On mi już trzy razy uratował życie! Przed chwilą wyciągnął mnie z łapanki!
Widziałem jak znów patrzą między sobą. Kiwnęli głowami. Konstancja westchnęła.
- Albo zerwiesz z nim kontakt albo wydamy cię dla Bartka, że spoufalasz się z wrogiem.
Bartek? Chyba nie chodzi im o...
- Nie możecie - powiedziałem kryjąc załamanie.
- Ależ możemy.
- Nie wydacie mnie dowódcy Szarych Szeregów.
Miłosz się uśmiechnął.
- Zdziwisz się.
- Dzieciaku ciesz się, że trafiłeś na mnie. Gdyby nie ja byłbyś w obozie lub gdzieś w zbiorowym grobie.
Kiwnąłem głową. Zaczęliśmy iść w stronę mojego domu. Mam nadzieje, że tym razem Oktawia nie rzuci mi się na szyję jak ostatnio gdy wracałem z Bastianem. Ta dziewczyna mnie powoli denerwuje. Wracając do słów bruneta... Miał rację. Gdyby nie on najpewniej byłbym już martwy. To jest trochę nielogiczne. Ja taka wielka żyrafa, która nie umie się sobą zająć dlatego potrzebuje do tego niemieckiego żołnierza. Jestem trochę takim przerośniętym dzieckiem, a on moją zminimalizowaną nianią. Tylko tak potrafię określić tą relacje. Chciałbym móc mu mówić po imieniu nie tylko w moich myślach, chciałbym go nazywać przyjacielem. Ale... Ja się zwyczajnie boje. To normalne. On jest osobą, która prawdopodobnie jeszcze nie raz mnie uratuje. Jeśli mnie zostawi... Będę martwy.
- Na prawdę jesteś miły - powiedziałem uśmiechając się.
- A ty na prawdę umiesz się uśmiech - Bastian znów powstrzymywał się od śmiechu.
Wtedy się zatrzymałem, a wraz ze mną Niemiec.
- Ha ha. Bardzo śmieszne.
Wtedy oboje nie wytrzymaliśmy. Zaczęliśmy się śmiać. Czasem na prawdę zapominam, że on jest Niemcem. Osobą narodowości, której nienawidzę. On nie jest taki jak inni. Znów zaczęliśmy iść gadając o jakiś pierdołach. Na mojej twarzy gościł uśmiech jak nigdy. Nawet nie zauważyłem kiedy doszedłem do domu. Pomachałem mu na pożegnanie.
- Do zobaczenia. Mam nadzieje, że kiedy się znów spotkamy nie będziesz mnie znów ratować - powiedziałem chichocząc.
- Też mam taką nadzieję.
Wszedłem do domu z uśmiechem. To było na serio dziwne. Nie wiem czy, któryś z domowników widział jak się uśmiecham nie drwiąc z kogoś. Wszedłem do środka. Na moje szczęście nie zastałem tam Oktawii. Musiała być jeszcze w barze. Obiegłem pomieszczenie wzrokiem. Wszyscy patrzyli na mnie jakby zawiedzeni. Moja mina trochę spoważniała.
- Co... - zacząłem.
Konstancja mi przerwała.
- Przestań się z nim spotykać - powiedziała chłodno.
O to im chodzi.
- Dlaczego niby? - spytałem zaciskając wargi.
Rude rodzeństwo i Rafał popatrzyli po sobie jakby przerażeni.
- Czy to nie oczywiste? - spytał Miłosz. - Jest Niemcem! Cholernym niemieckim żołnierzem!
Rafał spojrzał na mnie jakby zatroskany.
- Nie pamiętasz co niemiecy żołnierze zrobili twoim rodzicom? - spytał.
Chciałem mu przyłożyć w twarz jednak się powstrzymałem.
- On nie jest taki - fuknąłem.
- Każdy Niemiec jest taki sam - Konstancja rozłożyła ręce.
Miałem ich powoli dość.
- Merde! On mi już trzy razy uratował życie! Przed chwilą wyciągnął mnie z łapanki!
Widziałem jak znów patrzą między sobą. Kiwnęli głowami. Konstancja westchnęła.
- Albo zerwiesz z nim kontakt albo wydamy cię dla Bartka, że spoufalasz się z wrogiem.
Bartek? Chyba nie chodzi im o...
- Nie możecie - powiedziałem kryjąc załamanie.
- Ależ możemy.
- Nie wydacie mnie dowódcy Szarych Szeregów.
Miłosz się uśmiechnął.
- Zdziwisz się.
*Następnego dnia*
Szedłem ulicami Warszawy. Tak trochę bez celu. Błądziłem z jakimś ognikiem nadziei w sercu, że nie spotkam Bastiana. Byłem załamany. Nie mogę spotylać sie z jedyną osobą, którą mogę nazwać przyjacielem.Ten ognik jednak zgasł.
- Hej dzieciaku - powiedział Bastian z tym wiecznym uśmiechem.
Widząc jednak mój stan jego uśmiech nieco zbladł.
- Coś nie tak? - spytał.
Zmusiłem się do uśmiechu.
- Wszystko jest dobrze.
- Hej dzieciaku - powiedział Bastian z tym wiecznym uśmiechem.
Widząc jednak mój stan jego uśmiech nieco zbladł.
- Coś nie tak? - spytał.
Zmusiłem się do uśmiechu.
- Wszystko jest dobrze.
<Vlad? No to się porobiło>
Od Vlada c.d. Sachy
Jak co po południe poszedłem sprawdzić grafik, miałem nadzieję, że jak ostatnio dość często będę miał zaszczyt obijania się, ale nie, po co. Lepiej wpisać mnie na łapankę, no ba, przecież będę zachwycony. Jedyne co nieco polepszyło mój dzień to fakt, że chociaż szli sami chłopcy z mojego oddziału. Miód malina. Ponad połowa to byli moi dobrzy koledzy, którzy uwielbiali spędzać przerwy obiadowe na rozmowach ze mną. Może nie będzie aż tak źle.
Po jakże rutynowych krzykach, płaczach i błaganiach rzuciłem okiem na dzisiejszy zestaw. Kilku mężczyzn, kilka kobiet, bez dzieci, bez staruszków. Może dzisiaj jeszcze nie pójdę do piekła, a nie, wróć, już miałbym tam zarezerwowane miejsce gdyby istniało. Wszystko było okej, aż mój wzrok nie zatrzymał się na moim przyjacielu, Francuziku, który miał zdecydowanie za dużo pecha. Miałem po mały wrażenie, że los chce mnie zagiąć. Im bardziej starałem się mu uratować dupę, tym gorzej się wkopywał.
- Ten odpada - powiedziałem wskazując na niego głową.
Oho. Więcej zaskoczonych spojrzeń się nie dało?
- Wykonać - warknąłem, na co jeden z żołnierzy odciągnął Sachę od reszty.
Cały oddział wpatrywał się we mnie nadal niepewnie. Chcieli wiedzieć, co teraz rozkażę, że też cymbały nie mogły się domyślić.
- No co się tak gapicie? Wiecie chyba co z nimi zrobić - powiedziałem ostro.
Rozkaz został od razu wykonany, a Polacy załadowani do jednego z samochodów. Odprowadziłem ich znudzonym wzrokiem. Na szczęście Sacha nie był aż takim idiotą i nie zaczął wyjeżdżać z tekstami o tym, że mam ich też wypuścić. Miałem nadzieję, że zrozumie moje postępowanie i trud, który mam ratując go. Na bank będę musiał się przed innymi tłumaczyć. Skinąłem w podzięce szeregowemu, który go przytrzymał. Poleciłem reszcie wsiąść do samochodu, mówiąc, że ja wrócę pieszo i własnoręcznie zdam raport. Nie był to pierwszy raz, tak więc nikt nie powinien być zdziwiony. Kiedy samochód odjechał podniosłem wzrok na Francuzika.
- Czasem mam wrażenie, że ty się sam podkładasz - powiedziałem rozmasowując skronie.
Tak, w idealnym momencie złapał mnie ból głowy.
- To naprawdę nie moja wina - odparł trochę niepewnie.
No super. Teraz będzie mnie miał za tego złego i okropnego Niemca, który ma ochotę wszystkich zabić. Po prostu świetnie. Westchnąłem i wysiliłem się na uśmiech.
- Uważaj trochę bardziej i tyle, dobrze? - zapytałem łagodniej.
Zdecydowanie nie miałem zamiaru się na nim wyżywać, na nikim nie miałem zamiaru się wyżywać, ale czasem po prostu musiałem coś odreagować. Tutaj była to irytacja, że znów się w coś wkopał, ale zamierzałem mu to wybaczyć, bo w końcu jak mogłem inaczej. Pokiwał głową na moje słowa.
- Odprowadzić cię do domu? Mam teraz przerwę - zaoferowałem.
< Sacha?>
27.07.2017
Od Sachy CD. Vlad
Zaraz przez niego umrę i stanę obok. Mimo moich obaw Niemiec zauważył rumieńce na mojej mordzie. W tamtym momencie chciałem się po prostu gdzieś schować. Ja na serio jestem dzieckiem. Jestem tamtym dzieckiem z baru zgwałconym przez własnych kolegów. Czy na prawdę za każdym razem gdy ktoś mnie dotyka muszą pojawiać się te głupie rumieńce? Dobra może nie za każdym. Gdy Oktawia rzuca mi się na szyję stoję niewzruszony. Przyzwyczaiłem się. Jednak dotyk chłopaka zawsze będzie dla mnie taki sam. To fobia? Fetysz? Nie wiem jak to nazwać.
- Nie... - powiedziałem niepewnie.
"Zgwałci nas. Mówię ci." Nieeeeee. On jest normalny. Na prawdę. No dobra może nie jest do końca normalny, ale na pewno nie jest aż tak zjebany jak ja. Jemu na pewno jego własny głos nie szepcze w głowie jakiś zbereźnych rzeczy. "Ale ty tego chcesz. Chcesz by to zrobił." Dobrze chce! Ehhh. Zamkniesz się? Już i tak się pokazałeś. Zabije cię ty głosie w głowie za te rumieńce.
- Nie? - spytał Bastian z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Nie - mój głos był już trochę bardziej pewny.
Jestem dla niego zabawką. Jakimś rodzajem zabicia czasu lub po prostu urozmaicenia go. Wiem, że on jest inny, ale komu chciałoby się niańczyć takiego dzieciaka jak ja? Eh. Skoro już jestem tu uzieminiony i jestem na jego głowie to może powinienem dać mu się pobawić? Jeśli chce ze mnie drwić... Niech to robi.
- To skąd te wypieki? - kolejne pytanie wpłynęło z ust bruneta.
Tym razem postanowiłem nie odpowiadać. Bastian odsunął się ode mnie zabierając przy tym rękę.
- Słodko z nimi wyglądasz - zachichotał.
Przez to rumieńców na na pewno przybyło. To sprawiło, że Bastian chichotał trochę dłużej, sam Niemiec skierował się ku - najpewniej - łazience. W tym momencie miałem w jakiś sposób szczęście. Myłem się rano, a w jakiś cudowny sposób się za bardzo nie pocę. Niemiec zniknął mi z pola widzenia, a w domu zapanowała chwilowa cisza. Po około minucie została ona przerwana przez szum wody z prysznica. Wsłuchałem się w niego. Oparłem głowę o górę kanapy. Kocham deszcz i szum wody. To mnie w jakiś sposób uspokaja. Poczułem, że te moje przeklęte rumienie powoli znikają. Zrobiłem się senny. Zamknąłem oczy
- Nie... - powiedziałem niepewnie.
"Zgwałci nas. Mówię ci." Nieeeeee. On jest normalny. Na prawdę. No dobra może nie jest do końca normalny, ale na pewno nie jest aż tak zjebany jak ja. Jemu na pewno jego własny głos nie szepcze w głowie jakiś zbereźnych rzeczy. "Ale ty tego chcesz. Chcesz by to zrobił." Dobrze chce! Ehhh. Zamkniesz się? Już i tak się pokazałeś. Zabije cię ty głosie w głowie za te rumieńce.
- Nie? - spytał Bastian z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Nie - mój głos był już trochę bardziej pewny.
Jestem dla niego zabawką. Jakimś rodzajem zabicia czasu lub po prostu urozmaicenia go. Wiem, że on jest inny, ale komu chciałoby się niańczyć takiego dzieciaka jak ja? Eh. Skoro już jestem tu uzieminiony i jestem na jego głowie to może powinienem dać mu się pobawić? Jeśli chce ze mnie drwić... Niech to robi.
- To skąd te wypieki? - kolejne pytanie wpłynęło z ust bruneta.
Tym razem postanowiłem nie odpowiadać. Bastian odsunął się ode mnie zabierając przy tym rękę.
- Słodko z nimi wyglądasz - zachichotał.
Przez to rumieńców na na pewno przybyło. To sprawiło, że Bastian chichotał trochę dłużej, sam Niemiec skierował się ku - najpewniej - łazience. W tym momencie miałem w jakiś sposób szczęście. Myłem się rano, a w jakiś cudowny sposób się za bardzo nie pocę. Niemiec zniknął mi z pola widzenia, a w domu zapanowała chwilowa cisza. Po około minucie została ona przerwana przez szum wody z prysznica. Wsłuchałem się w niego. Oparłem głowę o górę kanapy. Kocham deszcz i szum wody. To mnie w jakiś sposób uspokaja. Poczułem, że te moje przeklęte rumienie powoli znikają. Zrobiłem się senny. Zamknąłem oczy
*Następnego dnia*
Obudziłem się dość późno. Słońce musiało już wstać przynajmniej półtorej godziny temu. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że jestem przykryty kocem. Mógłbym przysiąc, że gdy zasypiałem nie miałem go na sobie. Chyba, że... Uśmiechnąłem się pod nosem, a na moich policzkach pojawiły się lekkie rumieńce. Po chwili jednak ochłonąłem, a te przeklęte, różowe wypieki zniknęły. Usłyszałem kroki. Spojrzałem w stronę dźwięku. Ujrzałem Bastiana.
- Hej - powiedziałem.
- Cześć.
Przejechałem wzrokiem po nim. Był już najwyraźniej ubrany.
- Dzięki, że mogłem przenocować. Sorry, że byłem ci tak na głowie...
Bastian machnął na to ręką.
- Nie marudź. Nic się nie stało. Po prostu nie spojrzeliśmy na zegarek.
- Ja też mogłem na niego spojrzeć.
- Mogłeś - przyznał Niemiec.
Zdjąłem z siebie koc i wstałem. Lekko się zachwiałem.
- Wiesz... Nie chce ci marnować czasu. Chyba już będę iść.
- Odprowadzić cię? - spytał. - Z tą nogą na pewno nie jest jeszcze dobrze.
Uśmiechnąłem się.
- Nie musisz. Na prawdę.
Skierowałem się ku drzwi.
- Dzięki, że mogłem u ciebie zostać na noc.
*Kilka dni później*
Z moją nogą jest już lepiej. Prawie nie kulałem. Szedłem ulicą, a usłyszałem jakiś krzyk w tle. Jedyne słowo jakie wyłapałem to ''łapanka''. MERDE! Ujrzałem przed sobą niemieckich żołnierzy. Odwróciłem się. Tam też już stali.
- POD ŚCIANĘ! - wrzasnął jeden z nich.
Usłyszałem kilka szlochów i krzyków przerażenia. Wszyscy jednak zaczęli wykonywać polecenie. Ja też. Zobaczyłem jak zaczynają naładowywać broń. ''Bastian proszę. Uratowałeś mi dupę już kilka razy, możesz jeszcze raz? Błagam cię.''
<Vlad?>
Od Vlada c.d. Sachy
Po prostu nie mogłem. Zostawić tego dzieciaka na parę minut się nie dało. Sam zwracał na siebie uwagę. To tak jakby mały kotek bawił się przy kałuży przez którą przepływały kable pod napięciem. Kiedy zobaczyłem jak mizernie kuleje aż zrobiło mi się go szkoda. Podszedłem i nieco odciążyłem mu bolącą nogę.
- Chodź z tym do mnie, jest bliżej - zadecydowałem i ruszyłem przed siebie bez najmniejszego problemu.
Jak na takiego wielkoluda w sumie za wiele nie warzył, a codzienne treningi nieco mi pomogły, tak samo jak wprawa w zbieraniu kalek, bo kto inny byłby tak dobry by pomóc "ślicznym" panią pielęgniarką? No ba, że tylko ja, bo zazwyczaj były to stare zrzędy, których biadolenia nie dało się po prostu słuchać.
Usłyszałem jego cichy protest, ale wtedy po prostu puściłem go, że musiał stanąć na bolącej nodze by się nie wywrócić. Jęknął z bólu.
- Merde, jesteś okrutny - zarzucił mi, na co ja po prostu wywróciłem oczami.
- Bez biadolenia tam. W moim oddziale nawet panienki tak nie biadolą - odparłem żartobliwie.
Znów go podtrzymałem i ruszyłem dalej. Piętnaście minut później byliśmy już w moim mieszkaniu na drugim piętrze. Delikatnie się od niego odsunąłem, tak by zdążył podeprzeć się ściany i zgarnąłem brudne ubrania z kanapy. Tak, tak, ja i moje bałaganiarstwo. Machnąłem mu w kierunku kanapy by usiadł, a on bez słowa wykonał polecenie. Kiedy on na niej usiadł posunąłem małą pufę, na której umieściłem jego nogę. Ściągnąłem mu delikatnie but i skarpetkę, mimo że uważałem nie obyło się bez sapnięcia z bólu. Następnie podwinąłem mu nieco nogawkę. W mieszkaniu panował półmrok, ponieważ nie złapałem jeszcze chwili na zapalenie światła, jednak zauważyłem jego mimowolne rumieńce. No tak, co za dzieciak, od razu sobie wymyślił nie wiadomo co. Nie musiałem długo patrzeć na kostkę, by stwierdzić, że jest skręcona. Podłożyłem pod nią poduszkę
- Nieźle się załatwiłeś - skwitowałem wstając i ruszając do pomieszczenia obok, w którym mieściła się kuchnia.
Zapaliłem przy okazji światło w salonie. Nie chcąc jednak bardziej go peszyć nie obejrzałem się na rumieniec, który pewnie jeszcze gościł na jego twarzy. W kuchni szybko zaopatrzyłem się w miskę z zimną wodą i dwa płócienne kawałki materiału. W usta wsunąłem sobie papierosa, bo już po prostu nie mogłem bez niego wytrzymać. Wróciłem na swoje miejsce przy jego kostce i zrobiłem jej zimny okład, który został przyjęty z cichą aprobatą. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Nie podniecaj się tak - powiedziałem, kiedy usłyszałem dźwięk ulgi, który z siebie wydał, jednak, kiedy znów zauważyłem, że się przez to zaczerwienił ni to ze złości, ni to z zakłopotania dodałem - zrobię coś na kolację. Będzie trzeba chłodzić tą kostkę z godzinę jak nic.
Wróciłem do kuchni, gdzie zabrałem się za prostą jajecznicę i po dwie kromki chleba na głowę, a także zaparzyłem herbatę. Po chwili wziąłem całość w ręce, udało mi się to zrobić za jednym razem, chyba miałem zadatki na kelnera i sprezentowałem to w salonie.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Wiem, wiem, niewybrzydzanie i te sprawy, ale jak nie lubisz to powiedz mogę zrobić coś innego - zacząłem mówić stawiając wszystko na małym stoliku i podsuwając to w jego zasięg.
- Dzięki - powiedział trochę niepewnie.
- Drobiazg. Chciałem zrobić gulasz, ale nasze małe spotkanie zajęło więcej czasu, niż przypuszczałem - odparłem spokojnie i dopiero wtedy mnie olśniło.
Spojrzałem szybko na zegarek i palnąłem się w czoło. Zapomniałem, że dochodziła dwudziesta. Po prostu świetnie. Ani mi się myślało o tej godzinie eskortować go w takim stanie do domu, a o późniejszej godzinie nie było mowy.
- Co się stało? - zapytał biorąc swoją porcję.
- Przepraszam, nie zwróciłem uwagi na godzinę, chyba będziesz musiał zostać na noc - wyjaśniłem z przepraszającym uśmiechem.
Miałem nadzieję, że nie uzna tego za jakiś głupi przekręt czy tego typu rzecz. W sumie sam też mi o godzinie nie przypomniał, więc to nie była tylko moja wina, ale nie miałem zamiaru tego roztrząsać. Wsunąłem zawartość mojego talerza w zaledwie kilka chwil, a następnie poszedłem po koc i poduszkę dla Francuza. Odłożyłem je chwilowo na kanapę obok. Złapałem kubek z herbatą i mimo zbyt dużej temperatury cieszy szybko pociągnąłem kilka łyków. Oszacowałem temperaturę źle, herbata była na szczęście nieco chłodniejsza, więc nie poparzyłem sobie języka. Zaraz później, kiedy także jedzenie dokończył mój gość zabrałem naczynia do kuchni, ale nie miałem zamiaru ich zmywać. Co to to nie! Krzątając się jak mała mrówka znów wparowałem do salonu.
- Nie mam niestety zbyt wielu książek, tym bardziej po francusku, ale mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe - powiedziałem.
Szatyn pokręcił głową obserwując mnie uważnie. Po kilkunastu minutach wziąłem się za zmianę opatrunku na zimniejszy. Kostka nie wyglądała o wiele lepiej, ale chociaż nie była aż tak rozgrzana. Kiedy znów zobaczyłem wypieki na jego twarzy postanowiłem sobie nieco z niego zakpić. Przybrałem zatroskaną minę i pochyłem się za nim.
- Czyżbyś się dodatkowo przeziębił? - zapytałem dotykając jego policzka wierzchem dłoni - to wygląda jak gorączka...
Wyglądał doprawdy słodko rumieniąc się jeszcze bardziej. Zdecydowanie moja bliskość go peszyła, a to było nader zabawne, ale nie miałem zamiaru się z niego śmiać. Co to to nie. Może i czasem serio zachowywałem się zbyt nachalnie?
< Sacha?>
- Chodź z tym do mnie, jest bliżej - zadecydowałem i ruszyłem przed siebie bez najmniejszego problemu.
Jak na takiego wielkoluda w sumie za wiele nie warzył, a codzienne treningi nieco mi pomogły, tak samo jak wprawa w zbieraniu kalek, bo kto inny byłby tak dobry by pomóc "ślicznym" panią pielęgniarką? No ba, że tylko ja, bo zazwyczaj były to stare zrzędy, których biadolenia nie dało się po prostu słuchać.
Usłyszałem jego cichy protest, ale wtedy po prostu puściłem go, że musiał stanąć na bolącej nodze by się nie wywrócić. Jęknął z bólu.
- Merde, jesteś okrutny - zarzucił mi, na co ja po prostu wywróciłem oczami.
- Bez biadolenia tam. W moim oddziale nawet panienki tak nie biadolą - odparłem żartobliwie.
Znów go podtrzymałem i ruszyłem dalej. Piętnaście minut później byliśmy już w moim mieszkaniu na drugim piętrze. Delikatnie się od niego odsunąłem, tak by zdążył podeprzeć się ściany i zgarnąłem brudne ubrania z kanapy. Tak, tak, ja i moje bałaganiarstwo. Machnąłem mu w kierunku kanapy by usiadł, a on bez słowa wykonał polecenie. Kiedy on na niej usiadł posunąłem małą pufę, na której umieściłem jego nogę. Ściągnąłem mu delikatnie but i skarpetkę, mimo że uważałem nie obyło się bez sapnięcia z bólu. Następnie podwinąłem mu nieco nogawkę. W mieszkaniu panował półmrok, ponieważ nie złapałem jeszcze chwili na zapalenie światła, jednak zauważyłem jego mimowolne rumieńce. No tak, co za dzieciak, od razu sobie wymyślił nie wiadomo co. Nie musiałem długo patrzeć na kostkę, by stwierdzić, że jest skręcona. Podłożyłem pod nią poduszkę
- Nieźle się załatwiłeś - skwitowałem wstając i ruszając do pomieszczenia obok, w którym mieściła się kuchnia.
Zapaliłem przy okazji światło w salonie. Nie chcąc jednak bardziej go peszyć nie obejrzałem się na rumieniec, który pewnie jeszcze gościł na jego twarzy. W kuchni szybko zaopatrzyłem się w miskę z zimną wodą i dwa płócienne kawałki materiału. W usta wsunąłem sobie papierosa, bo już po prostu nie mogłem bez niego wytrzymać. Wróciłem na swoje miejsce przy jego kostce i zrobiłem jej zimny okład, który został przyjęty z cichą aprobatą. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Nie podniecaj się tak - powiedziałem, kiedy usłyszałem dźwięk ulgi, który z siebie wydał, jednak, kiedy znów zauważyłem, że się przez to zaczerwienił ni to ze złości, ni to z zakłopotania dodałem - zrobię coś na kolację. Będzie trzeba chłodzić tą kostkę z godzinę jak nic.
Wróciłem do kuchni, gdzie zabrałem się za prostą jajecznicę i po dwie kromki chleba na głowę, a także zaparzyłem herbatę. Po chwili wziąłem całość w ręce, udało mi się to zrobić za jednym razem, chyba miałem zadatki na kelnera i sprezentowałem to w salonie.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Wiem, wiem, niewybrzydzanie i te sprawy, ale jak nie lubisz to powiedz mogę zrobić coś innego - zacząłem mówić stawiając wszystko na małym stoliku i podsuwając to w jego zasięg.
- Dzięki - powiedział trochę niepewnie.
- Drobiazg. Chciałem zrobić gulasz, ale nasze małe spotkanie zajęło więcej czasu, niż przypuszczałem - odparłem spokojnie i dopiero wtedy mnie olśniło.
Spojrzałem szybko na zegarek i palnąłem się w czoło. Zapomniałem, że dochodziła dwudziesta. Po prostu świetnie. Ani mi się myślało o tej godzinie eskortować go w takim stanie do domu, a o późniejszej godzinie nie było mowy.
- Co się stało? - zapytał biorąc swoją porcję.
- Przepraszam, nie zwróciłem uwagi na godzinę, chyba będziesz musiał zostać na noc - wyjaśniłem z przepraszającym uśmiechem.
Miałem nadzieję, że nie uzna tego za jakiś głupi przekręt czy tego typu rzecz. W sumie sam też mi o godzinie nie przypomniał, więc to nie była tylko moja wina, ale nie miałem zamiaru tego roztrząsać. Wsunąłem zawartość mojego talerza w zaledwie kilka chwil, a następnie poszedłem po koc i poduszkę dla Francuza. Odłożyłem je chwilowo na kanapę obok. Złapałem kubek z herbatą i mimo zbyt dużej temperatury cieszy szybko pociągnąłem kilka łyków. Oszacowałem temperaturę źle, herbata była na szczęście nieco chłodniejsza, więc nie poparzyłem sobie języka. Zaraz później, kiedy także jedzenie dokończył mój gość zabrałem naczynia do kuchni, ale nie miałem zamiaru ich zmywać. Co to to nie! Krzątając się jak mała mrówka znów wparowałem do salonu.
- Nie mam niestety zbyt wielu książek, tym bardziej po francusku, ale mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe - powiedziałem.
Szatyn pokręcił głową obserwując mnie uważnie. Po kilkunastu minutach wziąłem się za zmianę opatrunku na zimniejszy. Kostka nie wyglądała o wiele lepiej, ale chociaż nie była aż tak rozgrzana. Kiedy znów zobaczyłem wypieki na jego twarzy postanowiłem sobie nieco z niego zakpić. Przybrałem zatroskaną minę i pochyłem się za nim.
- Czyżbyś się dodatkowo przeziębił? - zapytałem dotykając jego policzka wierzchem dłoni - to wygląda jak gorączka...
Wyglądał doprawdy słodko rumieniąc się jeszcze bardziej. Zdecydowanie moja bliskość go peszyła, a to było nader zabawne, ale nie miałem zamiaru się z niego śmiać. Co to to nie. Może i czasem serio zachowywałem się zbyt nachalnie?
< Sacha?>
Od Sachy CD. Vlad
Te moje zacinki są już pewnie denerwujące. Muszę się tego oduczyć. Ale... Jest to trudne, a zwłaszcza przy nim. On po prostu... Jest zbyt miły, a dla mnie to nie jest normalne, że normalnie sobie gadam z niemieckim żołnierzem.
- Sorry za moje zacinki to musi być dość denerwujący. Nazwa ''dzieciak'' chyba do mnie pasuje - mruknąłem masując obolały tył głowy.
Bastian lekko się uśmiechnął.
- W końcu sobie to uświadomiłeś, dzieciaku.
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Miał rację. Może i wyglądam jak jakaś żyrafa, może i mam cięty język, ale w środku jestem małym dzieckiem. Małym dzieckiem zagubionym w tej całej wojnie. Jednak... Patrząc z widoku osoby trzeciej w tej naszej rozmowie dzieciakiem jest Bastian. Do czego tu doszło... Chłopak niższy ode mnie o jakieś 20 cm nazywa mnie dzieciakiem.
- Ohohohoho! Nasz Francuzik się pierwszy raz uśmiechnął - brunet powstrzymywał się od śmiechu.
Tak, tak. Potrafię ruszać swoimi mięśniami twarzy. Ale wielki wyczyn.
- Masz rękę do zwierząt - przyznałem.
- Wiem.
- Jaki skromny.
Wtedy Bastian najwyraźniej już nie wytrzymał i się po prostu roześmiał. Mój uśmiech lekko zbladł. Nie uraził mnie swoim śmiechem po prostu ruszyłem tą cholerną nogą, a ona znów zaczęła mnie nawalać. Ehhh... Muszę iść jak najszybciej do domu i czymś to obłożyć.
- Wiesz. Muszę iść, ale może się jeszcze zobaczymy? - spytałem.
- Jasne - powiedział z tym wieczny uśmiechem na swojej twarzy.
''Boże on mnie na serio zgwałci. Chce tego.'' Nie. Nie proszę. Odwróciłem się i zacząłem iść przed siebie, a na moich policzkach pojawiły się lekkie rumieńce. ''Znikajcie do cholery. MERDE! NIE CHCE WAS NA MOJEJ MORDZIE'' - zakląłem w duchu. Kostka nadal mnie nawalała więc dość mocno kulałem. Przeszedłem tak kilka metrów po czym poczułem czyjąś rękę na moim przedramieniu. Od razu wiedziałem czyja to dłoń. Bastian. Nie, nie, nie. Nie tykaj mnie teraz bo wszyscy umrzemy. Poczułem jak moja twarz zmienia się w buraka. Mam nadzieję, że jest zbyt ciemno by Bastian to zobaczył...
<Vlad?>
- Sorry za moje zacinki to musi być dość denerwujący. Nazwa ''dzieciak'' chyba do mnie pasuje - mruknąłem masując obolały tył głowy.
Bastian lekko się uśmiechnął.
- W końcu sobie to uświadomiłeś, dzieciaku.
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Miał rację. Może i wyglądam jak jakaś żyrafa, może i mam cięty język, ale w środku jestem małym dzieckiem. Małym dzieckiem zagubionym w tej całej wojnie. Jednak... Patrząc z widoku osoby trzeciej w tej naszej rozmowie dzieciakiem jest Bastian. Do czego tu doszło... Chłopak niższy ode mnie o jakieś 20 cm nazywa mnie dzieciakiem.
- Ohohohoho! Nasz Francuzik się pierwszy raz uśmiechnął - brunet powstrzymywał się od śmiechu.
Tak, tak. Potrafię ruszać swoimi mięśniami twarzy. Ale wielki wyczyn.
- Masz rękę do zwierząt - przyznałem.
- Wiem.
- Jaki skromny.
Wtedy Bastian najwyraźniej już nie wytrzymał i się po prostu roześmiał. Mój uśmiech lekko zbladł. Nie uraził mnie swoim śmiechem po prostu ruszyłem tą cholerną nogą, a ona znów zaczęła mnie nawalać. Ehhh... Muszę iść jak najszybciej do domu i czymś to obłożyć.
- Wiesz. Muszę iść, ale może się jeszcze zobaczymy? - spytałem.
- Jasne - powiedział z tym wieczny uśmiechem na swojej twarzy.
''Boże on mnie na serio zgwałci. Chce tego.'' Nie. Nie proszę. Odwróciłem się i zacząłem iść przed siebie, a na moich policzkach pojawiły się lekkie rumieńce. ''Znikajcie do cholery. MERDE! NIE CHCE WAS NA MOJEJ MORDZIE'' - zakląłem w duchu. Kostka nadal mnie nawalała więc dość mocno kulałem. Przeszedłem tak kilka metrów po czym poczułem czyjąś rękę na moim przedramieniu. Od razu wiedziałem czyja to dłoń. Bastian. Nie, nie, nie. Nie tykaj mnie teraz bo wszyscy umrzemy. Poczułem jak moja twarz zmienia się w buraka. Mam nadzieję, że jest zbyt ciemno by Bastian to zobaczył...
<Vlad?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)