Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthias&Noah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthias&Noah. Pokaż wszystkie posty

3.08.2017

Od Matthiasa c.d. Noah

Jak zwykle głupi buc nie mógł mnie nawet posłuchać, ale okej, niech mu tam będzie. Postanowiłem tym razem nie wtrącać się w jego bardzo napięty grafik i po prostu dałem sobie spokój. Umyłem naczynie po jego kawie i dokończyłem sprzątanie kuchni. To było jedyne pomieszczenie, do którego podchodziłem niemal pedantycznie. Może i nic nigdy nie stało na swoim miejscu, ale mimo to wszędzie panował porządek.
Po zakończeniu porządków mogłem w spokoju oddać się lekturze. Na szczęście ten buc był dobry z matmy, co było mi bardzo na rękę. Nie raz myślałem tylko, jak wymigać się od robienia zadań z tego durnego przedmioty, jednak Raf się do tego nie nadawał. Nie był oczywiście jakimś kompletnym idiotą, co to to nie. Bardzo dobrze radził sobie z chemią czy biologią, ale królowa nauk zawsze była jego piętą achillesową. Cudem zdawał, więc nawet nie myślałem o tym by go na takie coś naciągać. Teraz za to znalazłem sobie ofiarę, którą mogłem podpuszczać raz na jakiś czas by robiła to za mnie. Jakież to było piękne. 
Kilka godzin później odkleiłem się od książki, która swoją drogą była całkiem niezła i postanowiłem wziąć się za pisanie. Co prawda nie było to tworzenie pod super natchnieniem, jak to działo się podczas pisania wierszy, a jedynie zapisywanie historii, którą już dawno miałem ułożoną, jednak zawsze to lubiłem. Wiedziałem, że prawdopodobnie nigdy nie wydam tej książki, ale zawsze lubiłem to, że mogę się na niej wyżyć, cokolwiek by się nie działo, bo przecież nikt nie miał dostępu do moich zapisków. 
Otwarłem szafkę biurka, w której leżały wszystkie moje zeszyty, które aktualnie były przeze mnie używane i od razu rzucił mi się jawny brak kilku z nich. Zniknął jeden z poezją, co zbytnio mnie nie denerwowało, nigdy nie byłem w niej dobry i zapisanych miały tylko kilkanaście stron. Dużo bardziej zaniepokoiło mnie zniknięcie trzech pozostałych, w których zapisywałem moją powieść. Szybko przegrzebałem resztę biurka, gdzieś w końcu musiały być, prawda? No własnie nie do końca. Następnie przeszukałem moją biblioteczkę i szafę w sypialni, gdzie leżał jedynie zeszyt z bajkami mojej mamy. Dostałem go, gdy byłem jeszcze mały i zawsze był dla mnie czymś ważnym. Po przekopaniu drugiej części mieszkania usiadłem na kanapie i zacząłem intensywnie myśleć, co mogło się z nimi stać. Przecież ani nie wyparowały, ani nie dostały nóg i same nie wyszły. Pokręciłem głową w zamyśleniu. Kupy się to nie trzymało. 
Stukałem nerwowo palcami o oparcie kanapy, kiedy nagle mnie olśniło. Wstałem jak oparzony i ruszyłem do mieszkania mojego sąsiada. Byłem pewny, że jeśli to on je zabrał to chyba go po prostu zatłukę. Nikt nie mógł ich dotykać, a co dopiero czytać, a on nie zasłużył na przywilej pozwolenia mu na to. 
- Otwórz idioto - rzuciłem dobijając się do jego drzwi. 
Tak jak się spodziewałem nie otwierał, a byłem prawie pewien, że tam był. W końcu stwierdziłem, że po prostu sprawdzę czy drzwi są otwarte. Nacisnąłem klamkę i oczywiście były zamknięte. Chciałem otworzyć swoim kluczem, jednak jak się okazało ten buc nie był aż tak głupi i zostawił klucz w drzwiach, bym nie mógł się tam dostać. Aż krew mnie zalewała, ale w końcu dałem sobie spokój. Nie chciałem ryzykować, że inni sąsiedzi wezmą mnie za jakiegoś psychola. Chociaż może ta godzina, którą spędziłem pod drzwiami była wystarczająca by to udowodnić. Kto normalny dobija się do drzwi o głupie notatniki przez godzinę? No właśnie, z tego co wiedziałem nikt. 
Powrót do mieszkania, jednak nie był aż tak dobrym pomysłem jak się okazało. prawie zacząłem chodzić po ścianach i suficie ze zdenerwowania. Byłem pewny, że jak skończy to będzie drwił ze mnie do końca życia. Już nie mówiąc o fabule, ale sam styl pisania był strasznie pospolity, a z tego co wiedziałem on znał się chociaż na postawie literatury. 
Ostatecznie zdecydowałem się na spacer, by zająć myśli czymś innym. Wyszedłem na ulicę i po prostu szedłem przed siebie wodząc po ulicy i ludziach znudzonym wzrokiem. Nie umiałem się jednak na niczym dostatecznie skupić. Co jeśli na jakieś moje rysunki? Już sam w sumie nie pamiętałem co umieściłem akurat w tych zeszytach, które on zabrał. Miałem ich kilka i po pewnym czasie straciłem rachubę, co jest gdzie. 
Godzinę później wspinałem się po schodach do swojego mieszkania. Na schodach minąłem się z naszym listonoszem, którego powitałem krótkim skinieniem głowy. Widocznie spieszył się bardziej niż w normalne dni, bo nawet mi nie odpowiedział na tak krótkie powitanie. Już prawie otworzyłem zamek w drzwiach, kiedy nagle wpadło mi nagle do głowy, że Volker nie zamknął drzwi po odebraniu listu, co całkiem często mu się zdarzało, kiedy był czymś zajęty. Odwróciłem się do jego mieszkania i złapałem za klamkę. Okazało się, że jest otwarte. Nie czekając jak coś powie wszedłem do środka. Zdjąłem buty, kurtkę i zamknąłem drzwi na klucz. Zawsze robiłem tak, gdy przychodziłem nakarmić Sahira, więc nie było to nic nowego. Mruczek przywitał mnie zaraz po odprawieniu tego rytuału łasząc mi się do nóg. Najwidoczniej zdradził na chwilę swojego pana, dla mnie, co bardzo mnie cieszyło. Mądry zwierzak! Pogłaskałem go po głowie i wszedłem do salonu, gdzie zastałem gospodarza siedzącego na kanapie z moim zeszytem w dłoni. 
Od razu podszedłem do niego zły i wyrwałem mu go. Nie chciałem by czytał ani zdanie więcej. Może i zachowywałem się dziecinnie, ale to było moje i nie miał prawa tego ruszyć. 
- Ktoś Ci w ogóle pozwolił to ruszać? - zapytałem ciskając w jego stronę błyskawicami. 
Spojrzał na mnie jakbym był skończonym idiotą. Co tylko jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. 
- Pamiętasz słowa "odbiję to sobie później"? - zapytał unosząc wymownie brew. 
Poczerwieniałem ze złości. Co on sobie do cholery wyobrażał?! 
- Poza tym przerwałeś mi dość ważną czynność - powiedział rozsiadając się wygodniej na kanapie. 
Dopiero teraz uświadomiłem sobie jego stan, czyli penisa prezentującego się w pełnym wzwodzie, oraz dłonią, w której go trzymał. Zerknąłem w książkę, na którym momencie się zatrzymał i przetarłem twarz dłonią próbując pozbyć się zażenowania. 
- Jesteś skończonym idiotą - fuknąłem, jednak czułem jak odpływa ze mnie złość, a na jej miejsce wpływa jedynie wstyd. 
Pokręciłem głową by odgonić od siebie głupie myśli które napływały mi do głowy. 
- Skoro już tu jesteś... - zaczął Noah, zrobił chwilową pauzę. 
Najpierw poczułem mocny chwyt na moim nadgarstku, a w drugiej chwili już traciłem równowagę i leciałem na bruneta nie mając na czym się oprzeć. Nie zdążyłem nawet zaprotestować, bo sekundę później siedziałem na nim okrakiem wpatrując się w niego niezdolny do zebrania myśli, trzymany przez jego silne ramiona. W tej chwili porównując swoją budowę z jego czułem się co najmniej przytłoczony. 
- ...czemu by tego nie wykorzystać? - dokończył wcześniejszą myśl z zawadiackim uśmiechem czającym się w kącikach jego ust. 
No i znów miałem wielką ochotę zedrzeć mu ten durny uśmiech ust, w ogóle nie zwracając uwagi na moje obecne położenie. 

<Noah? Zaczynają się króliki ;-; >

2.08.2017

Od Noah'a C.D. Matthias'a

Achtung:
Właśnie ogarnęłam, że ludki w tych czas nie posiadały topów - koszulek. Chyba, że wasze postacie chodzą w " męskim/żeńskim bikini " to co innego. Kobiety miały rękawek, do połowy ramienia w sukienkach - dziękuję za uwagę.

Z szerokim uśmiechem, który wciąż gościł na mych ustach, wyciągnąłem talerzyki z szafki i położyłem na stole. Matthias jest wspaniałym kucharzem, zdecydowanie lepszym od tych w restauracjach. Uwielbiałem jeść jego dania, a śniadanie, jakie szykował, to była swego rodzaju nowość.
Po chwili chłopak nakładał gotową jajecznicę na naczynia, a ja wszystko porozstawiałem na meblu, jak trzeba. Sztućce, herbatę, cukierniczkę, solniczkę i łyżeczki do słodzenia. Przyznam, że cukier mógł siedzieć u mnie długo, dlatego też wymieniałem go co jakiś czas, by nie był zbyt stary dla gości. Sam osobiście nie używałem tego słodzika, psuł smak. Czasami, ale dość rzadko, gdy coś pichciłem. Wtedy trochę go używałem, lecz znowuż nie za wiele, aby poszło całe opakowanie.
Zjedliśmy swoje porcje w ciszy, której nie chciałem zabijać, ze względu na stan, w jakim się znajdował: kacu. Wyglądał doprawdy mizernie, choć i tak wyczyn, iż nie wymiotował. Większość ślęczałaby przed sedesem na buddystę. Podziękowałem mu za dobroć, jaką okazał, robiąc owe danie. Zapewniłem, że posprzątam, a on spokojnie może się ubierać, co go zadowoliło. Wybył z mieszkania bez ociągania, nie zapinał specjalnie koszuli, ot co na kilka guzików. Zająłem się więc tym, czym musiałem: ogarnięciu syfu. Myłem talerze, gdy poczułem jak kot, ociera się łebkiem o moją nogę, miaucząc. No tak, moja kochana, puszysta kuleczka nie dostała swojej porcji. Westchnąłem cicho i wyjąłem z chłodziarki miseczkę, z przygotowanym wcześniej posiłkiem dla zwierzaka. Kiedy Sahir został nakarmiony, a mieszkanie doprowadzone przeze mnie do stanu przed wprowadzeniem, udałem się do pokoju. Dziś niestety musiałem poniańczyć swoją, jakże kochaną kuzynkę Iris. Godzinę po zwleczeniu się w łóżka w miłym towarzystwie, wychodziłem już na uliczkę, gdzie pozostawiłem swój pojazd. Musiałem dojechać aż do Pruszków – była to kwestia około dwudziestu pięciu minut.
Nim wsiadłem do swego Mercedesa, zauważyłem dwóch młodych chłopaków, którzy szli, śmiejąc się donośnie. Pokręciłem tylko głową, kiedy usłyszałem, jak miedzy sobą się chwalili, jakie to flagi niemieckie zdjęli z masztów. Jako że byli kilka kroków przede mną, odezwałem się do nich przyjaznym tonem:

28.07.2017

Od Matthiasa c.d. Noaha

Spałem sobie snem sprawiedliwych, na wygodnej poduszce, pod ciepłą kołderką, kiedy nagle rozległo się miauczenie. Pewnie to znowu Klakier, kot mamy próbował mnie obudzić. Nie było opcji żebym pokazał mu, że nie śpię. Co to to nie, wtedy na pewno by się nie odczepił. Po chwili mruczek dał sobie spokój z miauczeniem. Ah.. jak dobrze, mogłem spać dalej. Wtuliłem twarz w poduszkę.
Niestety zwierzak był na tyle upierdliwy, że przeszedł mi po twarzy i zaczął gryźć mnie w ucho. Normalną reakcją, chciałem ruszyć ręką by go odgonić i wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mogę. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że ręce mam związane, a oczy zakryte. Tępy ból głowy przypomniał mi wydarzenia z wczoraj. No super. Ten idiota zdecydowanie wiedział, co robi. Kot dał sobie spokój, a przynajmniej tak mi zdawało, bo mnie zostawił. Podciągnąłem się nieco do góry i udało mi się zsunąć opaskę z oczu, co nieco pomogło w zorientowaniu się w sytuacji. Od razu tego pożałowałem, promienie słońca wbiły się w moje oczy niczym sztylety. Zamrugałem nimi kilka razy i rozejrzałem się po pokoju. Spojrzałem na Sahira, a później powiodłem wzrokiem od rąk, które go głaskały na jego właściciela. Popatrzyłem trochę nieprzytomnie na Noaha.
- Nie śpisz już? - zapytał nawet na mnie nie spoglądając za bardzo zaaferowany kotem.
Skrzywiłem się lekko. Suchość w ustach zdecydowanie za dobrze utrudniała mi mowę, jednak po chwili udało mi się wytworzyć nieco śliny.
- Nie - odparłem sennie nieco zachrypniętym głosem.
- Ktoś złapał kaca - powiedział cicho Volker uśmiechając się, miałem wrażenie, że mówi bardziej do kota niż do mnie.
Chciałem przetrzeć oczy i wstać, ale związane ręce mi na to nie pozwalały. Na dłuższe spanie w tej pozycji też nie miałem co liczyć. Nie było mi zbyt wygodnie.
- Rozwiąż to - rzuciłem władczo, w ogóle nie zwracając uwagi na to, jak głupia była sytuacja.
Brunet w końcu zaszczycił mnie spojrzeniem. jego usta nadal były wygięte w uśmiechu, który był chyba najbardziej denerwującą rzeczą w całej jego osobowości. Gdyby pisano o nim biografię to opis jego uśmiechu i tego jak irytuje nim ludzi byłby na co najmniej 5 rozdziałów!
- Nie ma nic za darmo - odparł na to kpiącym tonem.
Nie mogłem powstrzymać wywrócenia oczami. Cholerny idiota. Co on sobie wyobrażał? Burak i tyle, był po prostu okropny. Nie miałem pojęcia co moja podświadomość w nim widzi, ale chyba musiałem ją przeczyścić, bo miała jakieś zabrudzenia, przez które uznała, że mi się podoba. Pf!
- Więc? Co za to chcesz? - zapytałem bez owijania w bawełnę.
- Co oferujesz? - odbił piłeczkę.
Głupi buc. Zauważyłem, że sytuacja ogromnie go bawi, co tylko bardziej mnie zirytowało. Wysiliłem się więc na dość brutalny żart.
- Że nie wybije Ci wszystkich zębów przy robieniu śniadania - odparłem, co innego miałem powiedzieć temu kretynowi?
Jego głupie uśmiechy nadal działały mi na nerwy, tak samo jak śmiech, którym mnie uraczył. Tak, chyba załapał żart, mimo że naprawdę miałem ochotę to zrobić.
- Wczoraj byłeś bardziej uroczy, kiedy jęczałeś moje imię - powiedział kpiąco.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać w tym momencie byłby już zimnym trupem. No tak, zapomniałem, że jest z rocznika mojego brata, oni to chyba mają kurwa zakodowane w głowie, że trzeba z kogoś podrwić, bo by się im coś stało. Nie wiem, dostali by ataku padaczki, albo coś.
- No i? - zapytałem jakby nigdy nic nie dając się sprowokować.
Pokręcił głową z rozbawieniem. Tak zdecydowanie zbyt często mylił mnie z moim bratem, buc jeden. Cały czas zapominał, że nie reaguję na jego zaczepki rodem z przedszkola.
- Jak ładnie poprosisz to Cię rozwiążę, ale odbiję to sobie później - zaproponował.
Nie było to ani kuszące, ani nawet mi na rękę, ale że mógł sobie wymyślić coś znacznie gorszego postanowiłem przystać na jego żądanie. Westchnąłem cicho, by nieco się uspokoić.
- Proszę, wypuścisz mnie? - zapytałem bardziej pokornym głosem.
- W ogóle się nie starasz - odparł złośliwie.
Byłem zachwycony faktem, że umiem po części panować nad złością, bo w innym wypadku już dawno bym wybuchnął. Przygryzłem na chwilę wargę, by jeszcze bardziej się uspokoić.
- Proszę... panie poruczniku Volkerze... - na to określenie Noah zareagował głupim uśmieszkiem - Mógłby pan mnie rozwiązać?
Chwilę udawał, że się namyśla, ale ostatecznie leniwie skinął głową na znak zgody.
- Od razu lepiej, jak się trochę przyłożyłeś, ale obeszło by się bez porucznika - skomentował rozbawiony.
Odstawił kota na łóżko obok siebie i na podszedł do mnie na klęczkach, nachylił się i zaczął rozwiązywać supły. Mimowolnie lekko speszyłem się bliskością jego nagiego torsu tak blisko mojej twarzy, jednak albo to zignorował, albo nie zauważył. Osobiście byłem bardziej za opcją numer jeden, bo wątpiłem by coś mu umknęło. Po chwili już mogłem zsunąć krawaty z nadgarstków i oddać je właścicielowi. Noah po prostu rzucił je na szafkę prawdopodobnie zamierzając rozprawić się z nimi później.
- Skoro już mówiłeś o śniadaniu... - zaczął z lekkim uśmiechem.
Westchnąłem i wywróciłem oczami. Co za głupi buc, wiedziałem, że jeśli tylko o tym wspomnę to zaraz karze mi gotować.
- Mam nadzieję, że zrobiłeś zakupy - odparłem
- Pewnie - usłyszałem w odpowiedzi.
Skubany się przygotował. Już chciałem wstawać, kiedy uświadomiłem sobie, że nadal siedzę nagi, nie pojmowałem jak umknęło to tak długo mojej uwadze, ale najwidoczniej ból głowy mi nie służył. Podniosłem z ziemi bieliznę i nasunąłem ją na tyłek wstając. Nie chciało mi się iść do mojego mieszkania po ubranie, a nie miałem zamiaru gotować w garniturze, więc w tym oto stroju poczłapałem do kuchni. Po chwili Volker przyczłapał za mną. Wziąłem się za smażenie jajecznicy. Mimo wszystko ten poranek nie był aż taki zły.

<Noah?>

Od Noah'a C.D. Matthias'a (18+)

Treść o lekkim stopniu erotyzmu! 

Nie, nie będą się seksić. To dopiero później, aczkolwiek uważam, że treść jest wystarczająco zboczona, by uznać ją za 18+ - biorę pod uwagę homofobów, których moja tolerancja nie pojmuje :).
Życzę miłego czytania ochotnikom tejże homoerotycznej lektury :3

Podążyłem za blondynem do samochodu wielce ucieszony, w końcu dowiedziałem się, że nie interesują go kobiety. Może być coś piękniejszego? Tak, seks. Nie żebym myślał o jednym i był bezuczuciowym dupkiem - chociaż może tak wyglądać - jednakże jak jest okazja, to trzeba korzystać jak los daje. Tym bardziej, że w tych czasach bycie homoseksualistą było karane i uważane również za chorobę co jest śmieszne.
Z szerokim uśmiechem wsiadłem do auta. Matt zdawał się być dobrze naćpany, miał wyjątkowo dobry humor  i to aż za. Nie wiedziałem co wprawiło chłopaka w ten nastrój - może mój atrakcyjny wygląd i fakt, że wyglądam zniewalająco w gajerze, albo zapach. Chyba wszystkie kobiety na tym bankiecie do mnie doskoczyły, z każdą wypadało przetańczyć chociaż chwilę bo jeszcze pozostali mężczyźni mogliby przypisać mi odmienną orientację. Tą, za którą zabijano oczywiście. Jechaliśmy około pół godziny do naszego wspólnego blokowiska. Fart fartem, nie musiałem zatrzymywać się w sklepie by owe wino zakupić, bo i tak by mi się nie udało. Sklepy były już dawno zamknięte, dlatego cieszyłem się, że miałem na stanie dobre cztery butelki i to prościutko z Włoch w swoim pokoju i jedno domowej roboty. Podjechałem pod kamienicę, rozglądałem się za dogodnym, wolnym miejscem, które niemal od razu wypatrzyłem. Trochę obok drzewa i ciut na skos od mojego okna od pokoju. Zaparkowałem czarnego Mercedesa i wysiadłem z pojazdu. Matthias również, lecz dopiero po mnie - tak się młody zamyślił. Zamknąłem je i upewniwszy się czy dobrze to zrobiłem skierowałem się w kierunku klatki schodowej.

27.07.2017

Od Matthiasa c.d. Noaha

Całą drogę samochodem nie potrafiłem odgonić myśli o stroju Noaha, który idealnie do niego pasował. Nie żeby jego służbowa marynarka pasowała do niego mniej, ale wydawał się wprost stworzony do garnituru. Nawet nie przeszkadzało mi, że został w służbowych spodniach i oficerkach, bo bardzo dobrze się w to wkomponowały. Po prostu nie mogłem odwrócić od niego wzroku, kiedy tylko go na nim zawiesiłem, więc starałem się ignorować go jak najbardziej potrafiłem. Całą drogę autem patrzyłem uparcie za okno, mimo że strasznie mi się nudziło i mimowolnie raz na jakiś czas na niego zerkałem. Tak, zdecydowanie mi się w tej chwili podobał.
Podjechaliśmy budynek sporych rozmiarów dokładnie o wyznaczonej przez Noaha godzinie. Brunet zaparkował i wytoczyliśmy się z samochodu. Kilka minut później znaleźliśmy się na sporej wielkości hali. Większość gości od razu kierowała się w stronę sali obok, która zapewne była częścią bankietową. Ja jednak nawet nie zwracając uwagi na mojego sąsiada, czy innych gości zacząłem się przechadzać po wystawie oglądając obrazy. Przechodziłem się od dzieła do dzieła, przy nieco ciekawszych przystając. Wystawa miała zaprezentować większość sztuki nowoczesnej i kiedy impresjonizm jeszcze jakoś przełknąłem to ekspresjonizm zdecydowanie do mnie nie przemawiał. Skrzywiłem się patrząc na jeden z obrazów, który praktycznie nic nie przedstawiał. Była to w sumie tylko zbieranina nic nie znaczących kształtów i kolorów, które niczego mi nie mówiły.

Od Noah'a C.D.Matthias'a

Nowy dzień i nowe obowiązki witajcie. Jak dobrze, że wczoraj sobie popływałem w rzece, bo dzięki temu rano czułem się rześko i  nie miałem problemu z wstawaniem. Do tego piękne widoki na nagie ciało sąsiada, tak, tamten dzień był zdecydowanie udany, a dzisiejszy... się zobaczy. Standardowo zaraz po wyskrobaniu się z łóżka wziąłem zimny prysznic przypominając sobie nieco więcej szczegółów z wizerunku Matthias'a. Będzie mieć niespodziankę, ale to dopiero koło godziny czternastej. Ubrałem póki co mundur - garnitur na "wystawę" musiałem odebrać od krawcowej. Ostatnim krokiem by móc już iść było śniadanie, czyli jakaś kanapka, papieros oraz kawa. Rzecz jasna, kotu jedzenie dawałem dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Czarnuszek w południe przeważnie spał, albo chodził na polowanie także martwić się o niego nie musiałem, że zdechnie z głodu. Nie raz nie było mnie kilka dni, czasami i miesiąc jak jechaliśmy na front to Sahir, ten kochany mruczek mający uchylone okno na gwoździu i sznurze - żywił się myszami, ptakami czy też innymi zwierzakami, jakie udało mu się zdobyć. Kot był idealnym zwierzęcym przyjacielem dla mnie, za wiele dbać o niego nie musiałem: przyjdzie by go miziać, zaczepi by się bawić i tyle. Westchnąłem cicho zauważywszy wspomniane wyżej stworzenie śpiące centralnie pod drzwiami. Zbierałem się jak zwykle w kwadrans, chciałem wychodzić, a tu masz ci los.
Wziąłem ostrożnie puszysty kłębek na ręce i zaniosłem do salonu, kładąc na kanapę. Uśmiechnąłem się mimowolnie widząc jak kociak się przeciąga.

25.07.2017

Od Matthiasa c.d. Noah

O tej godzinie było już chłodno, z czego byłem wręcz zachwycony. Wzrok tego cholernego bruneta strasznie mnie peszył, ta zbyt dokładna analiza była bardzo odczuwalna. Nie lubiłem zbytnio wody, dlatego w innym wypadku wszedłbym do niej powoli i ostrożnie, ale w tej sytuacji lepszym rozwiązaniem wydawał mi się szybki skok do niej. Tak też zrobiłem. Już miałem wypłynąć i zaczerpnąć tchu, kiedy silne ramiona idioty przytrzymały mnie pod wodą. Popatrzyłem na niego nieco zdezorientowany. Pewnie normalna osoba z chociaż minimalnym instynktem samozachowawczym zaczęłaby się szarpać, ale ja nie. Byłem zbyt dobrze nauczony przez Rafaela, że kiedy zaczynasz odpowiadać na zaczepkę, wtedy nazistę znęcanie się nad tobą bawi jeszcze bardziej. Woda nieco rozmazywała mi jego twarz, jednak woda płynęła na tyle wolno, że widziałem go dość dobrze. Patrzył na mnie nieco zdziwiony moim brakiem reakcji. 

Od Noah'a C.D. Matt'a

Myślałem, że kiedy wrócę do mieszkania te będzie puste, a jak się okazało blondyn siedział w salonie z kotem na kolanach. Stałem chwile zaskoczony wpatrując się w niego jak zahipnotyzowany. Po chwili jednak się odwiesiłem, mrugając szybko powiekami.
- Em, nie przypuszczałem, że zastanę cię o tej godzinie u siebie - odparłem szczerze wzruszając lekko ramionami. - A z tego co widzę Sahir cię polubił - wygiąłem wargi w delikatnym uśmiechu. Czarny kłębek zmienił pozycję, układając się wygodniej na nogach błękitnookiego i patrzył na mnie spod przymrużonych ocząt.
- Przykleił się do mnie - rzucił w obronie młodszy, jakby chcąc się usprawiedliwić, dlaczego jeszcze tu siedzi.
Skinąłem głową.- Jeśli nie masz co teraz robić... - zacząłem chwile się zastanawiając.- Zapraszam cię nad rzekę popływać - powiedziałem opierając się ramieniem o ścianę.
Niższy tylko spojrzał na mnie jak na idiotę mówiąc, że chyba zwariowałem chcąc iść teraz pływać, bo na pewno jest już zimno.
- Rozumiem, że się boisz - mruknąłem kpiąc z niego. Przeczesałem opuszkami palców swoje włosy w tył, była to przyjemna czynność i mógłbym określić to głupim nawykiem.
Matt zaś bąknął pod nosem iż Rafael, mój najlepszy przyjaciel, próbował tego sposobu z marnym skutkiem. Zmrużyłem lekko oczy. Fakt, Raf mówił tak do każdego dość często, jak widać do swojego brata również. Westchnąłem ciężko, chłopak wahał się, widziałem to po jego wyrazie twarzy.
- W sumie... mogę iść nad tą rzekę - odparł po chwili namysłu.
- No to świetnie, wezmę tylko ręczniki i możemy iść - wyszczerzyłem się zadowolony i zniknąłem w łazience, gdzie je trzymałem. Wyjąłem z szafki dwa i schowałem od razu do zielonej, lnianej torby. Wróciłem do nastolatka, który zastanawiał się przez chwilę jak zdjąć kota z kolan. Wessałem dolną wargę patrząc na nich z rozbawieniem. Podszedłem do niego i po prostu wziąłem Sahir'a na ręce. Czarnuszek miauknął niezadowolony ale dał się zanieść do pokoju, gdzie położyłem go na łóżku.
Blondyn odprowadzał wzrokiem futrzaka, zapewne myśląc jak bardzo jestem okrutnym właścicielem.
- Idziemy ? - spytał, najwidoczniej nie chciało mu się już stać.
- Tak, idziemy - powiedziałem wyjmując z munduru klucze. Wyszliśmy z mieszkania, które zamknąłem by nikt się nie włamał i spacerkiem poszliśmy w kierunku pobliskiego zbiornika wody.
Podeszliśmy trochę do brzegu Wisły, tam dopiero zacząłem rozbierać się do naga. Składałem oczywiście ubrania, bo jakże by inaczej na kostkę i złożone położyłem ziemi zaraz obok torby z ręcznikami. Będąc nagim tak jak mnie natura obdarzyła - a obdarzyła hojnie, podszedłem do wody. W końcu Matt miał to samo, w dodatku byłem starszy więc jedynie on mógł się speszyć. Rozciągnąłem się i z szerokim uśmiechem wskoczyłem do rzeki. Dookoła tejże miejscówki był swego rodzaju lasek, a poziom wody idealny by móc pływać. Spojrzałem na Matta, który leniwie się rozbierał pozwalając sobie na wpatrywanie w jego ciało bez ubrań. Muszę  przyznać, całkiem niezłe, zmrużyłem oczy zastanawiając się co zrobić, aż wpadłem na genialny pomysł, by go podtopić jak Rafael'a. Chociaż troszkę pomacałbym tego młodzika.

<Matt?>

22.07.2017

Od Matthiasa c.d. Noah

Nie mogłem już po prostu wytrzymać w towarzystwie tego gbura. W pewnym momencie po prostu odniosłem wrażenie, że robi to specjalnie. Miałem ochotę jak najszybciej się go pozbyć.
- Mam nadzieję, że nie jest aż tak denerwujący jak jego właściciel - fuknąłem na bruneta.
Uśmiechnął się pod nosem słysząc moją odpowiedzieć. Pokręcił głową z rozbawieniem, ale już nic nie powiedział w tej sprawie. Na szczęście po umyciu talerzy szybko pozbyłem się go z domu. Był po prostu okropny, chociaż pewnie większość kobiet na moim miejscu byłaby zachwycona wizją takiego przystojniaka w domu... moment... nie, nie dostanie ode mnie żadnego komplementu głupi buc!
Kiedy tylko wyszedł ja usiadłem za biurkiem, od jutra miałem zacząć lekcję, zapowiadało się ciekawie, ponieważ miały być to zajęcia z polszczyzny i byłem pewny, że na początku będę pięknie kaleczyć ten język. Nie chciałem jednak wyjść na ignoranta, więc zamierzałem zarówno nauczyć się języka, jak i podstaw z kultury polskiej, historia była mi jako tako znana.
Zapisałem na karce parę pierwszych słów, jednak jakoś mi się nie układały. Nie miałem kompletnie głowy ani do pisania ani do rysowania. Po chwili siedzenia nakreśliłem na kartce tylko głupio uśmiechnięte usta, kiedy to zauważyłem mimowolnie skojarzyły mi się one z tym durnym wyrazem twarzy Noah, dlatego szybko kartka zmieniła się w kulkę. Nie chciałem o nim myśleć, ani robić nic z nim wspólnego, tym bardziej podświadomie.

Od Noah'a C.D Matthias'a

Po dostarczeniu moich przyjaciół do pociągu, którzy zbytnio nie ogarniali życia wróciłem do samochodu i wróciłem do mieszkania. Kiedy wchodziłem po schodach na pierwsze piętro zauważyłem Matthias'a, którego miałem pilnować na polecenie jego ojca.
- Cześć... - bąknął pod nosem, męcząc się z kluczem.
- Hej... - odpowiedziałem przyglądając mu się. Zauważyłem zakupy, które przy sobie niósł, ziemniaki i kurczak. Oho, młody będzie pichcił coś smacznego. -Widzę, że zabierasz się za obiad - zauważyłem z uśmiechem. - Dzisiaj muszę cie pilnować z rozkazu twojego ojca, dlatego wpadnę na obiad - odparłem patrząc na niego uważnie. Blondyn nadymał policzki jak małe dziecko, któremu na siłę dają brokuły na obiad.
- Ta, jasne.. - rzucił tyko w odpowiedzi i wszedł do swoich czterech ścian, wpuszczając mnie do środka.
Ruszyłem za nim rozglądając się chwilę po mieszkaniu, podążałem za Mattem do kuchni, gdzie na blacie położył zakupy.
- Zabiorę się za ziemniaki - oznajmiłem.
Kiwnął głową nie mając nic przeciwko, a sam zaczął przygotowywać kurczaka. Widać stwierdził, że tak było szybciej. Wziąłem jeden z noży i od razu przystąpiłem do obierania kartofli, jak to u nas w jednostce robiono. Nim jednak zacząłem pozbawiać ich łupy, wziąłem garnek by móc je od razu do czegoś włożyć. Zadowolony obierałem ziemniaki, jednak jak szybko się za nie zabrałem tak szybko skończyłem. Matthias patrzył na mnie morderczym wzrokiem.
- Ja pierdole, zaraz cie ukatrupię. Daj mi to, bo marnujesz pół ziemniaka - warknął odbierając nóż i sam zajął się przygotowywaniem ziemniaków do gotowania. Wywróciłem lekko oczami w rozbawieniu, umyłem ręce, a raczej je przepłukałem i wytarłem w ściereczkę. Skoro nie miałem co robić postanowiłem poprzeglądać książki, jakie zdołałem zauważyć na biblioteczkach. Ciekaw byłem jakich to on autorów preferował, może mieliśmy podobny gust? Wziąłem pierwszą lepszą książkę z regału. Piękna okładka ze skóry, oraz złotym napisem wyglądała na jakiś klasyk. Otworzyłem ją, patrząc od razu na pierwszą stronę. Kapitan Cook - 3 wyprawy. Historyczna, jeszcze lepiej. Przełożyłem kilka kartek patrząc na czcionkę, kiedy z kuchni wyszedł młodszy chłopak.
- Przysięgam, jak zaraz tego nie odłożysz to wyrwę ci serce i przekuje drewnianym kołkiem, niczym serce Draculi - syknął. Zaśmiałem się odkładając księgę na półkę.
- Proszę szanownego łowcę o zachowanie spokoju - podniosłem ręce w geście kapitulacji szczerząc się. Doprawdy był uroczy i przezabawny ze swoimi tekstami o tym jak bardzo chciał mnie zabić.
Od wewnątrz rozpierała mnie ogromna ochota denerwowania go, by móc słyszeć więcej jego porównań. Warknął znów w odpowiedzi, a ja ruszyłem za nim.
- Jeśli nie przestaniesz za mną chodzić, obiecuję, że obudzisz się ze zmienioną płcią - ostrzegł, posyłając mi przy tym wzrok pełen nienawiści.
- Wybacz, jednakże to zajęcie jest zbyt ekscytujące. Z resztą zapraszam, twoja propozycja brzmi doprawdy bardzo ciekawie, chętnie zobaczę cię w akcji - uśmiechnąłem się pod nosem podsyłając młodemu kolejny podtekst.
Blondyn wkurzony rzucił we mnie obranym ziemniakiem, kiedy parsknąłem śmiechem.
- Oh, zamknij się!- krzyknął tylko i wrócił do gotowania.
Pokręciłem głową i wziąłem kartofla, miał młody cela, że mnie trafił. Opłukałem go i dorzuciłem do garnka z pozostałymi. Usiadłem przy stole nie przeszkadzając mu więcej. Po jakimś czasie, gdy wszystko było gotowe zalecił mi bym wyjął talerze z szafki. Bez słowa sprzeciwu zrobiłem co kazał, a on nałożył jedzenie. Wyglądało i pachniało wybornie, aż do głowy przyszedł mi całkiem niegłupi pomysł. Częściej będę wpadać do niego na obiad, kupię tam parę składników i mu je podsunę. Czułem się jak jakiś geniusz zła. Wyjąłem sztućce i ułożyłem je na stole jak należy, kiedy młodszy wziął talerze i położył je wedle swego uznania.
- Smacznego - uśmiechnąłem się siadając spokojnie i zabierając się za jedzenie. Błękitnooki rzucił krótkie "wzajemnie" i również wziął się za pałaszowanie. Pierwszy kęs, a już myślałem, że rozpłynę się pod wpływem tego smaku. Idealny, perfekcyjny to za mało powiedziane. Nie chcąc wyjść na żarłoka jadłem z klasą, jak to się nauczyłem. Tylko w wojsku wpierdalało się palcami i nie powiem, ciężko było się upilnować by w restauracji tak nie zrobić. Po paru minutach odniosłem pusty talerz do zlewu, biorąc również i ten od Matta.
- Było wyborne - mruknąłem oblizując jeszcze usta po posiłku. - Będę mieć do ciebie prośbę, nakarmiłbyś jutro kota? Tak koło ósmej wieczorem? - spytałem patrząc na niego i myjąc porcelanę.

<Matt ? >



18.07.2017

Od Matthiasa c.d. Noah

Po pierwszej rozmowie z moim nowym sąsiadem byłem pewny, że niezły z niego buc. Strasznie denerwował mnie pod wieloma względami. Ja staram się tu być kulturalny i zachować jak powinienem, a on mi wyskakuje z czymś takim. Toż to tak się nie robi. Jeszcze ten jego uśmiech... Yh, bardziej denerwującego wyrazu twarzy w życiu nie widziałem. Nie rozumiałem co Rafael w nim widział. Całą drogę mógł zachwalać jaki to ten jego kumpel nie jest zajebisty, jak to z nim nie uchleje. Po prostu świetnie.

Od Noah'a do Matthias'a

Kolejny dzień zaczął się jak zwykle punkt piąta rano na zegarze. Usiadłem na łóżku przecierając zaspane oczy, chcąc pozbyć się śpiochów. Dziś, wedle zawartości faksu, który otrzymałem wczoraj, mieli odwiedzić mnie moi dobrzy znajomi z wojska- Kapitan Joans wraz z synami: sierżantem Rafael'em i dzieciakiem, którego osobiście nie poznałem Matthias'em.
Niby Raf coś o nim wspominał, ale tylko tyle, że jest młodszy, pięknie pisze wiersze i nie nadaję się do służby.  Nie lubiłem się dopytywać, a on wiedział, że nie interesuje się prywatnym życiem znajomych, ani kto jest jaki, więc oszczędzał sobie przy mnie szczegółów. Mogłem się ich spodziewać dopiero około godziny osiemnastej, z tego co napisali ciężko o połączenie, a raczej wolny wagon. Byliby wcześniej, jednak ktoś zarezerwował praktycznie wszystkie miejsca i niestety nie zdołali się załapać. Pozostał im tylko ten późniejszy. W sumie nawet i lepiej, nim by się zebrali trochę by minęło, w szczególności iż mój dobry przyjaciel miał spory kawałek do przejechania z jednostki wojskowej do mieszkania. Dodatkowo wymeldowanie się, załatwienie papierów na warunkowe zwolnienie na kilka dni ze służby w Berlinie zajmowało szmat czasu. Tym bardziej, że Gertruda tym się zarządzała - wredna jędza, która najchętniej zamknęła by cię w bunkrze. Wiedziałem jednak, że mój rówieśnik posiada prawdziwy dar czarowania zgorzkniałych dam, choć ona wygląda jak gruby chłop po pięćdziesiątce, to da radę.
 Póki co w planach miałem kilka załatwień, m.in kolejna kontrola w obozie. Jak to dowódca powiedział "Sprawdź tego pieprzonego chuja, bo mi brakło dwóch rekrutów z wymiany". No cóż, zdarzały się i takie przypadki, gdy pociąg jechał nie tam gdzie trzeba, czyli do obozu zagłady z ludźmi jadącymi do roboty do fabryki. A ci z wymiany to wiadomo, trochę po niemiecku i trochę w swoim języku nie wytłumaczą, że się zgubili i się nie wybronią. Z tego co wiedziałem byli to dwaj Duńczycy, tak pisało w ich kartach, które dostałem.